Udręki Psyche

Nikt nie spełnia się

Nikt nie spełnia się poza miłością

Z o. Pantelimonem (Șușnea) z klasztoru w Oaşa rozmawiał Dia Radu, Formula As

Zabrnęliśmy dziś chyba w ślepą uliczkę, bardziej niż kiedykolwiek. Statystyki pokazują, że co dziesiąty mieszkaniec Rumunii cierpi na depresję. Co to mówi nam, ojcze, o czasach, w których żyjemy?

Świat dotknięty przez depresję to świat pozbawiony radości i miłości. To świat wyobcowany, samotny i nienawistny, który zgubił punkty odniesienia. Taki, w którym stracono wertykalną miarę, a człowiek rozwija się jedynie horyzontalnie wobec swego istnienia, nieskończenie różnorodnego i pustego zarazem. To świat, który nie ma nic więcej do powiedzenia.

Pozbawiony Boga świat, w którym szczęście często mylone jest z przyjemnością. Przy tym prawdziwa radość związana jest ze znacznie głębszymi mechanizmami. A należy do nich samorealizacja siebie jako człowieka, ściśle związana z postępami czynionymi w życiu duchowym. Depresja pojawia się wówczas, gdy ludzie nie rozumieją swojego przeznaczenia, sensu bycia na ziemi.

Wygląda na to, że myśl o bezsensie życia nie oszczędza nikogo, kto cierpi na depresję. Przecież to nie my decydujemy o tym, czy się urodzimy czy nie, jak i nie wybieramy tego, kiedy umrzemy.

Jedynym sensem życia jest zbawienie. Tyle, że ludzie często myślą, że zbawienie to coś, co dostajemy po jakimś ostatecznym werdykcie, jeżeli spełniliśmy dobre uczynki. A zbawienie to szczęście i raj. Raj to nie miejsce, a stan relacji z Bogiem, którą tworzymy jeszcze tu, na ziemi. Trudno jest pokochać ideę dla niej samej. Dlatego Bóg stał się człowiekiem, by nauczyć nas, że możemy kochać Go, kochając tych, którzy są obok nas.

Na zbawienie składa się dynamika miłości wraz ze wszystkimi jej wzlotami i upadkami. Nikt nie może realizować się poza miłością, poza kontaktami. Ludzie zapominają, że Bóg nie jest sam. Bóg to relacja (Trójca), a my stworzeni jesteśmy na Jego podobieństwo. Radość ma to do siebie, że chce być dzielona. Nie daje się jej przeżywać w samotności. Dlatego mówi się, że największym szczęściem jest kochać i być kochanym.

Jest ojciec jeszcze i kapłanem, i spowiednikiem. Czy cierpiący na depresję szukają pocieszenia w klasztorze?

Wielu przychodzi, by odnaleźć w klasztorze spokój, co nie znaczy, że z łatwością otwierają swoje dusze. Można ich poznać po wyglądzie. Człowiek nieszczęśliwy to taki, którego oblicze nie jaśnieje. Jest przybity, zgnębiony, mroczny i często bywa agresywny. A staje się agresywny, gdy jest niezadowolony z samego siebie. Zachowuje się jak ranione, cierpiące zwierzę, które jest niebezpieczne i nie daje sobie pomóc. Najczęściej za tą agresją nie kryje się jednak złość, lecz cierpienie.

Bóg nigdy nie zdradza

Życie nigdy nie było tak proste jak dziś. Mimo to na świecie pojawia się coraz więcej cierpienia. Skąd się ono bierze?

Depresja to stan upadku. Pojawia się, gdy dusza nie zaznaje spokoju z samą sobą, z Bogiem i z ludźmi. Wymagamy także potwierdzenia, że jesteśmy potrzebni na świecie ze strony ludzi naszego pokroju. Dlatego niemożliwością jest wybawienie się od depresji bez niezbędnej dla nas miłości, która nie wymaga niczego w zamian, która nie osądza cię i nie wini, a zaprasza i uspokaja.

Tak więc autentycznie kochając cierpiących, moglibyśmy pomóc ich uratować?
Powinniśmy być dla bliźnich jak Bóg – przynosić im ulgę, dawać nadzieję i być ostoją niczym przystań podczas burzy. Opiekować się nimi i być dla nich jak dom. Gdy żywisz bliźniego, żywisz naprawdę Boga; gdy go obejmujesz, on jakby ubiera się tobą i nie jest mu już zimno. Gdy mówisz do niego, ogrzewa się twoimi słowami.

Miłość to jedyne zbawienie. Spotykałem ludzi, którzy zwalczyli w sobie stany graniczące z patologią. Nie zaznawali spokoju, bo nie potrafili wybaczyć, a stan niepogodzenia łamał ich, niszczył ich wnętrze. Gdy udało im się wybaczyć, pojednać się, przyjąć w serce tych, którzy przeciw nim zgrzeszyli, wówczas radykalnie się zmieniali.

Do tego potrzeba jednak cierpliwości. Jedynie oddanie się miłości bliźniego może uciszyć ludzkie żądze. Gdy człowiek znajduje spokój w relacjach międzyludzkich, dochodzi do siebie. W tym celu należy pozbyć się władzy naszego ego.

Czyli wyzbyć się egoizmu?

Egoizm i własne pragnienia są naszymi największymi wrogami. Tłamszą nas i bliźnich. Nie możemy żyć w głębokich relacjach z bliźnimi bez „odrzucenia siebie”. Jeżeli nie odrzucam siebie, wymagam, by bliźni dostosowywał się do mnie, by dostrajał swój sposób myślenia, swoje odczucia do mnie, by widział świat dokładnie tak jak ja. To oznacza zniewolenie go, pozbawienie wolności. Wówczas sprowadzam jego osobę do zera i ktoś taki nie może się już swobodnie rozwijać.

Człowiek w tej sytuacji zaczyna się bronić i oddalać ode mnie, ponieważ czuje, że staram się go „opróżnić”, nawet jeżeli, być może kompensuję to czymś zewnętrznie. Wynagradzam mu prezentami, lecz faktycznie przejmuję nad nim władzę, zniewalam i zamieniam w modny dodatek. A w efekcie czuję się tak samo samotny jak wcześniej.

Gdy jesteś wolny od wszechwładzy „ja”, od służby własnemu ego, zaczynasz naprawdę myśleć o bliźnim. Zaczynasz zastanawiać się, co mógłbyś dla niego zrobić nie czekając, aż cię o to poprosi. Może zaczekasz na niego w domu z jakimś dobrym posiłkiem? Podasz mu szklankę wody? Ustąpisz mu miejsca? Cóż może być piękniejszego, niż poprawić komuś kołdrę, żeby się nie przeziębił, gdy zaśnie?

Paradoks polega na tym, że tylko, gdy siebie odrzucamy, zyskujemy i siebie, i bliźniego. Pozyskujesz go, gdy odżegnujesz się od tego, by go pozyskać. Im bardziej chcesz kogoś kontrolować i nim rządzić, tym bardziej stajesz się samotny; im bardziej zaś oddajesz się pomocy innym, tym więcej ludzi cię otacza. Ludzie powinni upodabniać się do świec, które spalając się, dają otoczeniu światło i ciepło.

Szczęśliwy jesteś nie wtedy, gdy zbierasz, a gdy dajesz.

Niezadowolenie z tego, co mamy, również może wywoływać depresję. Większość ludzi wciąż pragnie czegoś innego, niż posiada. Ich życie jest zawsze jakby gdzie indziej. Czemu nie znajdują dla siebie miejsca i sensu życia?

Za wieloma poszukiwaniami człowieka w rzeczywistości kryje się jego potrzeba boskości. Ludzie pragną boskiego stanu. Męczy ich bezsilność. Czują, że mogliby stać się kimś ważniejszym, niż są. Ale stanie się „kimś ważniejszym” wyrzuca ich poza ich samych, zamiast akumulować się we wnętrzu. Ludzie chcą mieć, zamiast być. Chcą posiadać, zamiast dawać.
Błędem jest zorientowanie na dobra doczesne, ponieważ pragnienie takie zaczyna mieszać się z frustracją, gdyż idealne przedmioty nie mogą zadowolić duszy.

Niektórzy ludzie mają wszystko, czego im potrzeba: wymarzoną pracę, wystarczającą ilość pieniędzy, która starczy im na starość. Nawet sławę… A mimo to są głęboko nieszczęśliwi. Czego im brakuje?

Ci ludzie otoczeni są przedmiotami, których pragnęli i ludźmi, których kupili, ale przestali zwracać uwagę na swój stosunek do bliźnich. Z powodu własnej niepewności co do istnienia innej rzeczywistości zależni są od rzeczywistości materialnej. Jeżeli zdajesz sobie sprawę, że istnieje wieczność, z łatwością pozbędziesz się trosk o sferę materialną. Już nie będziesz zbierać bez opamiętania. Nie będziesz się bać nadchodzącego dnia. Nabierasz pewnośc,i a to oznacza, że nabierasz wiary.

Materia sama w sobie nie może dać szczęścia tak, jak nie może dać go sława w świecie artystycznym czy naukowym. Szczęśliwym stajesz się nie wtedy, gdy zbierasz, a gdy dajesz. Rzeczy drogocenne – nieważne, czy będą one materialne, duchowe czy intelektualne – powinny być gromadzone po to, by je podarować. Materię trzeba przetwarzać. Powinna stać się dobrem duchowym za sprawą naszych hojnych i dobrych uczynków.

Człowiek, gdy stara się z egoistycznych pobudek nazbierać masę rzeczy, zgromadzić majątek, pozbawia się swego prawdziwego przeznaczenia – służenia relacjom międzyludzkim. Materia jest bowiem wciąż ta sama i nie rozmnaża się. To zaskakujące, gdy się zastanowić, że woda, którą pijemy, istnieje ciągle w takiej samej ilości jak tysiące lat temu. To wciąż ta sama woda, która cyrkuluje i nie opuściła planety. Ten sam dar dla każdego z nas.

Zauważyłam u wielu młodych ludzi rodzaj masochizmu nieszczęścia. Z rozkoszą oddają się cierpieniu, niemal się nim żywiąc. Wiją sobie gniazdo w depresji.

Istnieje taka perwersyjna, melancholijna skłonność czerpania przyjemności z bólu, mającego romantyczne podłoże. „Upajanie się“ jakimiś cierpieniami tylko dlatego, że poruszają one w nas coś innego, niż instynkt, pozwalają poczuć człowiekowi, że jego dusza jest żywa i wibrująca. Nie mogąc pójść zbawczą drogą radości (dla której zakłada się potrzebę dobrych uczynków), ludzie wybierają drogę niezbawiającego cierpienia, która skazuje ich na to, by przenigdy z tego stanu nie wychodzić
.
Czerpanie przyjemności z bólu jest anomalią rozwoju duchowego. I pozostaje przyjemnością, nie zaś radością!

To upajanie się cierpieniem bywa również sposobem na samoutwierdzenie się ludzi słabych. O wiele łatwiej utwierdzać się w destrukcji! To sposób na wyjście z anonimowości, potrzeba wywołania współczucia, nieświadoma potrzeba skupiania na sobie uwagi.

Nie trzeba być szczęśliwym w każdej sekundzie

Gdzie nie spojrzysz, wszędzie propagowany jest model wiecznie uśmiechniętego człowieka sukcesu. Szczęście to imperatyw, depresja zaś to hańba, wstydliwe piętno. Pod takim naciskiem społecznym nieumiejętność cieszenia się jeszcze bardziej wpędza niektórych ludzi w rozpacz.

Założenie, że powinniśmy być zawsze w życiu szczęśliwi, jest z gruntu błędne i rodzi bardzo wiele frustracji, ponieważ ludzie konkurują z modelem nierealnym i utopijnym. Życie nie jest ciągłym szczęściem, nawet jeżeli zawsze do szczęścia dążymy. Życie to przeplatające się cierpienia i radości. Radość zaś często pojawia się jako nagroda za wysiłek. Przychodzi jako zapłata za oddanie długu, spełnienie jakiegoś zobowiązania. Zależy od tego, jak obchodzisz się z talentami, które zostały ci dane. Bóg pracował sześć dni, siódmego odpoczywał.

Owładnięcie przez potrzebę szczęścia za każdą cenę jest zgubne. Znaczy to, że twoje potrzeby przegoniły życie i stały się nierzeczywiste. Najważniejsze, aby nie oczekiwać tego, co jest niemożliwe do uzyskania, a cieszyć się z tego, co masz: i z dobrego, i ze złego. Znajdować musisz sens we wszystkim, co się tobie przytrafia. Każdą stawianą w twoim życiu próbę napełniaj sensem.

Gdybyś pozbawił się codziennych trosk i starań, pozbawiłbyś się także radości. Życie niezmącone problemami, przeżyte na przyjemnościach to życie, w którym gubisz możliwość samorealizacji. Tylko próby opłacone dyskomfortem i ofiarą pozostawiają ślad w istocie człowieka.

Myśląc o nagrodzie, jaką dostaniesz, nie będziesz już patrzeć ze strachem na trudy i cierpienia życia. Jeżeli spojrzeć by na ten stan rzeczy z perspektywy wieczności, stanie się jasne, że odejdziemy z tego świata tylko z tym, kim sami się staliśmy.

Gdy trafiamy do psychologa, depresję leczy się jak chorobę. Oferowane jest nawet wychodzenie z depresji metodą dziesięciu kroków. Czy można wyzbyć się cierpień duchowych na receptę?

Nie można być w dobrym stanie bez pracy duchowej. Radość przychodzi nie inaczej, jak z jej źródła, którym jest Bóg. Nie pojawia się w inny sposób, niż z przeżywania miłości. Dlatego powinniśmy przetrzeć oczy i dostrzec w bliźnim obraz Boga, a nie skupiać się na jego negatywnych stronach (bo one nie odnoszą się do sedna jestestwa, są w nim czymś przypadkowym) – powinniśmy spojrzeć głębiej.

Gdy kogoś pokochasz, mówił ojciec Justyn, przeor klasztoru w Oaszy, jesteś jak w skafandrze, w którym możesz zanurkować na dno oceanu i wydobyć skarby. Gdy kogoś kochasz, dajesz mu natchnienie, pobudzasz w nim siły, o których istnieniu nawet pojęcia nie miał. Siły, które ukryte są jak skarby na dnie oceanu.
Istotami ludzkimi nie możemy stawać się bez miłości bliźniego. Każdy człowiek odkrywa w nas za każdym razem jakiś inny sposób naszego bytu na świecie.

Możemy być bardzo różni w zależności od tego, do jak wielu głębokich relacji jesteśmy zdolni. Tylko poprzez przeżywanie relacji międzyludzkich odkrywamy siebie samych i kroczymy w stronę naszego prawdziwego obrazu, który jest nieskończony – to Bóg w nas. Niestety odkrywamy w sobie 1% tego, co moglibyśmy. Przeżywamy mocno pomniejszoną wersję samych siebie. Bardzo jesteśmy wobec siebie skąpi, nie dajemy sobie prawa do życia i do samostanowienia. Nie kochamy siebie samych w wystarczającym stopniu.

Niektórzy ludzie łamią się już przy niewielkich problemach, inni zaś, choć napotykają ogrom problemów, idą przez życie z podniesioną głową. Dlaczego jedni potrafią im podołać a drudzy nie? Czyżbyśmy byli ulepieni z tak różnej gliny?

To, że życie niektórych osób jest cięższe, nie oznacza, że to życie samo w sobie jest tak ciężkie, lecz fakt, iż oni nie potrafią dostrzec jasnej strony życiowych trudności. Dlatego główna sprawa to znajdować sens każdej próby lub cierpienia, z którymi przychodzi nam się skonfrontować. Jeżeli napełnisz je sensem, znajdziesz siłę, by niewzruszenie i z podniesioną głową kroczyć dalej. Jeżeli nie znajdziesz w życiu sensu, dojdzie do tego, że ono cię stłamsi/zdławi/przerośnie.

Gdyby człowiek nie napotykał cierpienia, byłby skrajnie powierzchowny. Tylko życiowe próby każą mu spojrzeć głębiej. Kiedy wszystko jest pod każdym względem dobre, pojawia się zastój, żyje się na powierzchni, nie przeżywa się całego swojego jestestwa.

Nie musimy się bać cierpienia. Chrystus nauczył nas, jak się od niego wyzwolić. On przepędził je ze swego ziemskiego życia, przekroczywszy strach przed głodem, brakiem snu, bólem, nawet strach przed śmiercią, który odczuwają wszyscy ludzie. Stojąc ponad strachem, był wolny.

Lęk przed życiowymi problemami hamuje nas i przeszkadza nam w rozwoju. Trzeba mieć odwagę, by zamyślać dla siebie życie bardziej heroiczne. Trzeba mieć odwagę marzyć tak, by móc spojrzeć na siebie ponad strachem i niemocą.

Ludzie prawdziwie szczęśliwi często nie wiedzą, że są szczęśliwi

Żyje ojciec w takim miejscu, które jest jak raj na ziemi. A w mieście króluje depresja połączona z nieumiejętnością odnalezienia się jak u siebie w domu…

Prawdziwy świat to ten, który stworzył Bóg, nie zaś sztuczny, stworzony przez człowieka. Mówi się, że mnisi żegnają się ze światem. Nam zaś podoba się stwierdzenie, że do świata idą, podczas gdy ludzie w mieście z niego wyszli. Jakie to szczęście żyć rytmem przyrody, móc poczuć wiosenne budzenie się pulchnej, wilgotnej ziemi, widzieć, jak dojrzewają pąki.

W mieście pełnym komunikacyjnych interfejsów gubi się piękno życia i obrzędów, zachowań, gestów i słów, którymi oddawało się cześć ludziom żyjącym koło ciebie. Ich miejsce zajęły arogancja i grubiaństwo. Chłop potrafił napełniać pięknem wszystko, łącznie z odzieżą. Każdy haft miał swoje znaczenie. Nawet instrumenty muzyczne były zdobione. Gdy zaś szedł do pracy w polu, śpiewał, by ulżyć swojemu trudowi. Dziś nawet i z pracy człowiek się nie potrafi cieszyć, bo stała się ona dla niego tylko źródłem uzyskania pieniędzy. Ten tak oczywisty w mieście utylitaryzm spowodował utratę mierzenia życia wartościami duchowymi.

Zabrakło sacrum w tworzeniu, w relacjach, nie widzimy wnętrza bliźniego, patrząc na niego wyłącznie z perspektywy użyteczności i eksploatowania go. Eksploatujemy bliźnich i gotowi jesteśmy eksploatować samego Boga.
Co moglibyśmy uczynić, by przemóc te wady i zbawić dusze?

Każdy z nas może skupić się na życiu, gdy napełni sensem wszystko, co czyni. Jeśli przez wszystko, co robi, będzie zbliżał się do Boga. Uświęcasz się nie tylko modlitwą i chodzeniem do cerkwi, ale także każdym uczynkiem i gestem. Począwszy od tego, jak stoisz, skończywszy na tym, jak pracujesz. Począwszy od tego, jak gotujesz, skończywszy na tym, jak sadzisz kwiatek. Poczynając od sposobu twojej rozmowy z człowiekiem, kończąc na tym, jak kładziesz się spać.

Wszystkie nasze codzienne gesty powinny być przeobrażane poprzez szczególny sposób bycia – miłość, którą niesiemy. Trzeba napełniać je dążeniem do bliskości Boga, sensem, sacrum, pięknem i radością.

Mówi się, że prawdziwa radość jest głęboka, lecz przemijająca. Dlaczego nie możemy jej zatrzymać raz na zawsze?

Nie należy postrzegać radości jako narkotyku, który pozwoli nam zapomnieć o udrękach tego świata. Nie wolno poszukiwać w niej ucieczki. Jej w ogóle nie trzeba szukać! Ludzie, którzy naprawdę są szczęśliwi, wiedzą, że jest w nich szczęście, ponieważ mierzą je szczęściem bliźniego. Oni wyszli poza siebie, by żyć dla bliźnich. Szczęście pojawia się samo. A przychodzi jako dar dla tych, którzy umieją szukać bliźnich i Boga.

Wszystkie te uskrzydlające nas wzloty ku szczęściu, porywy i upadki naszego życia – to etapy przejściowe, chwile odpoczynku, nagrody za każdy stopień, który przeszliśmy. Nie wolno się nam na tych schodach zatrzymać. Bowiem u ich końca Chrystus daruje nam pokój, którego nikt nam już nie odbierze. Da nam pokój i tę wieczną radość, która zrzuci z nas wszystkie kajdany i uczyni nas wolnymi [por. Jan. 16:22].

11. 11. 2014

Z o. Pantelimonem (Șușnea) z klasztoru w Oaşa rozmawiał Dia Radu, Formula As

Tłumaczenie z języka rumuńskiego Zinaida Piejkowa
Tłumaczenie z języka rosyjskiego Wiktor Sybilski

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code