Miesięcznik "Znak"

Nie zabijaj

Nie zabijaj

Tekst pochodzi z Miesięcznika "Znak"

Justyna Siemienowicz

Jestem przekonana, że los zwierząt i ich śmierć nie powinny pozostawać poza religijną świadomością ludzi, lecz na nowo wchodzić w jej obręb, po wiekach wygnania znów do niej powracać, ale w odpowiedni tym czasom i naszej obecnej wiedzy o nas samych i świecie sposób. A miejsca, w których więzy religijne między człowiekiem i zwierzętami nie uległy przerwaniu, często zapomniane i nieme, bo nieprzemawiające do współczesnych ludzi kryjących się w nich sensem, powinny być na nowo odkrywane i eksplorowane przez intuicję i myśl.

Ślady tych miejsc są także w chrześcijaństwie. Jedną z bliskich mi prób przywracania ich współczesnej wrażliwości i duchowości jest teologia Jerzego Nowosielskiego. W jednej ze swoich rozmów ze Zbigniewem Podgórcem wyznawał on: „Wydaje mi się, że stosunek do zwierząt, owa martwa plama, martwy obszar, który doświadczenie chrześcijańskie w tym miejscu pozostawia, jest główną przyczyną kryzysu chrześcijaństwa w świecie zachodnim (…).

Podejrzewam, że zwierzęta są aniołami w stanie kenotycznym, że poniżenie i cierpienie zwierząt to jest kenozis anielska i że to pozostaje w dogmatycznej jedności z kenozis Chrystusową i dziełem zbawienia świata” . Nowosielski wspierał swoje intuicje zarówno szeroką wiedzą o zapomnianych lub pozostających poza głównym nurtem tradycjach duchowych chrześcijaństwa, jak również na dokonaniach takich teologów jak o. Sergiusz Bułgakow.

W niedyskursywny zaś sposób dał im wyraz w namalowanej przez siebie drodze krzyżowej w kościele na krakowskich Azorach, nad którym pieczę sprawują franciszkanie reformaci, a dokładnie: w znajdujących się obok stacji obrazach przedstawiających św. Franciszka z Asyżu, zwłaszcza zaś wizję jego stygmatyzacji.

Jeśli pójść za tymi intuicjami i wmyśleć się w nie, w całkiem innym świetle można spojrzeć chociażby na tak zdezawuowaną już obecnie praktykę, jaką jest piątkowa wstrzemięźliwość od spożywania pokarmów mięsnych, która coraz częściej zastępowana jest przez katolików innymi formami pokuty lub całkowicie zaniechiwana. W dosłownym swym odbiorze, a więc jako rodzaj umartwienia, rzeczywiście dawno straciła już przypisywane jej znaczenie i przestała pełnić swoją rolę.

Dziś mięso stanowi jeden z najtańszych i najłatwiej dostępnych pokarmów. Powstrzymanie się od zjedzenia go na rzecz wykwintnego dania bezmięsnego popijanego np. dobrym winem w żadnym stopniu nie spełnia wymogów umartwienia. Odejście od niejedzenia mięsa w piątek jest więc całkowicie zrozumiałe. Jeśli jednak spojrzymy – pamiętając, że Jezus umiera w tym dniu jako baranek – na tę praktykę wstrzemięźliwości jak na rytuał, który ma o tym bosko-ludzko-zwierzęcym męczeństwie przypominać, to może ona nabrać nowego, ożywczego duchowo znaczenia, na powrót stać się sensowna.

Dlaczego ta praca nad świadomością religijną wydaje mi się tak bardzo ważna? Religia stanowi, moim zdaniem, jeden z rezerwuarów takiego języka, który jest szczególnie sensotwórczy. Używane w jego ramach słowa i wyrażenia pozwalają nadawać wagę i głębię poszczególnym sferom życia, niejako tchnąć w nie duszę.

A los zwierząt, zwłaszcza tych hodowlanych, to jeden z tych obszarów ludzkiego świata (sic!), który bardziej niż żaden inny wymaga opowiedzenia go nowym językiem. Dziś mogę mówić o życiu i śmierci świń, krów czy kur, ani razu nie posługując się słowami użytymi w pierwszym członie tego zdania. Mamy bowiem wieprzowinę, wołowinę i drób, chów klatkowy, bezklatkowy, ściółkowy, ekologiczny, skup żywca, przemysł mięsny, produkcję mięsa – i wiele innych żywieniowo-rynkowych eufemizacji. Zwierząt nie zabijamy, ale dokonujemy uboju, one same zaś wciąż jeszcze często (dla podkreślenia nieprzekraczalnej granicy między nami a nimi) nie umierają, lecz zdychają.

Oczywiście religia nie jest jedynym źródłem „usensowniania” świata. Inne to filozofia, sztuka, literatura. Dzięki nim nasz język, a tym samym świadomość, która w języku znajduje swój wyraz i odzwierciedlenie, mogą podlegać jak najbardziej realnym i radykalnym zmianom, mogą się przeobrażać.

Jedno z takich przedsięwzięć z pogranicza filozofii i literatury stanowi eseistyka Jolanty Brach-Czainy. Pozwolę sobie przytoczyć fragment jej tekstu Metafizyka mięsa ze zbioru Szczeliny istnienia, by dać obraz tego, jak ta praca myśli nad świadomością poprzez inne niż przyjęte dotychczas do opisu danych wydarzeń użycie języka może wyglądać: „Jakie to dziwne, że zjadając inne ciało, doświadczać potrafimy przyjemności smaku, a nie budzi się w nas poczucie wdzięczności i nie myślimy o tym, że oto uczestniczymy w zdarzeniu ostatecznym.

Przyjmując inne stworzenie jako pokarm, dokonujemy transformacji śmierci w życie. Na razie jest to śmierć innej istoty, a nasze życie, ale z czasem wszystko zostanie wyrównane. Za każdym razem, gdy połykamy inne ciało, stajemy się miejscem przejścia przez śmierć na drugą stronę życia. Przemiana ta ustanawia świętość aktu jedzenia, szczególnie wyrazistą, gdy przyjmowanym pokarmem jest mięso (…).

Obojętność, jaką objawiamy wobec tego aktu i wobec ceny, za jaką zachowane jest nasze i każde istnienie – dopóki trwa – jest karygodna, i tę karę sami stale płacimy, gdy wegetujemy niezdolni do przeżycia wartości zdarzeń podstawowych (…). Żywe procesy zamieniamy w mechaniczne przebiegi, których sensu nie tylko nie próbujemy zrozumieć, ale nawet nie domyślamy się, że jest w nich coś, co może domagać się uwagi (…). Gdy nadchodzi śmierć, powinniśmy z wdzięcznością pomyśleć o tych wszystkich stworzeniach, które w ciągu życia zjadaliśmy, bo były ofiarą służącą naszemu istnieniu. I powinniśmy modlić się do tych stworzeń. A następnym powiedzieć: jedzcie! To jest moje ciało i moja krew”.

Więzy krwi

Wierzę, że przemiana świadomości jest w stanie dokonać zmiany w świecie, że odzyskiwanie utraconych fragmentów rzeczywistości dla myśli jest przywracaniem ich również doświadczeniu. W przeciwnym razie doszukiwanie się sensu rytuałów, dobieranie nowych, nieoczywistych słów do opisu codzienności grozi estetyzacją rzeczywistości, pięknoduchostwem i ostatecznie może służyć odwracaniu wzroku od tego, co brzydkie, niewygodne, co ten wzrok swoim nagim istnieniem oskarża.

Dziś ubój rytualny niewiele ma z rytuału. Wszystko odbywa się przemysłowo. Obrotowe klatki, wykorzystywane przy uboju krów, poza tym, że narażają zwierzę na ogromne cierpienie i strach, są często przyczyną skaleczeń, jeszcze przed poderżnięciem gardła. A przecież zgodnie z zasadami kaszrutu i halal nie powinno być ono ranne (ogłuszenie jest zakazane właśnie dlatego, że uznawane jest za zranienie zwierzęcia). Wszyscy mamy dziś wspólne rzeźnie i jesteśmy równie daleko od śmierci stworzeń.

W przemysłowych gospodarstwach hodowlanych zwierzęta się nie rodzą i nie umierają, są produkowane i przetwarzane, a nawet – jak w przemyśle mleczarskim – stają się produktem ubocznym mleka czy też pozostającymi w nadmiernych ilościach po procesie produkcyjnym odpadkami organicznymi, wykorzystywanymi na masową skalę do nawożenia przemysłowych plantacji warzyw i owoców.

A to wszystko ma miejsce przy wypracowywaniu i zachowaniu coraz wyższych standardów produkcji. Nie chodzi o to, że nie należy zabiegać o humanitarne traktowanie zwierząt, starać się zapewnić im dobre życie i bezbolesną śmierć, ale o to, by mieć jasną świadomość, że „humanitarne zabijanie” to w gruncie rzeczy niesmaczny oksymoron, gdyż jak bardzo ludzkie by ono nie było, jest zawsze krzywdą wyrządzaną innemu stworzeniu, które chce żyć.
(…)

Tekst, którego fragment publikujemy powyżej, jest częścią bloku tekstów, dotyczących relacji ludzi i zwierząt, opublikowanych na łamach marcowego „Znaku” z 2013 roku (nr 694).

Justyna Siemienowicz

Tekst pochodzi z Miesięcznika "Znak"

Źródło: Miesięcznik „Znak”(Nr. 03. 2012)

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code