W cieniu Dobra i Zła

„Prawo” do aborcji

„Prawo” do aborcji nie tylko dla nastolatek?

Natalia Dueholm

Werdykt Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPC) sprawie młodziutkiej „Agaty” to oczywiście zła wiadomość dla Polski. Jego konsekwencje są również fatalne dla nastolatek. I dlatego powinny skłonić polską stronę do jego zakwestionowania. I to nie z powodu nałożonej kary finansowej.

Z informacji przekazanej prasie przez ETPC wynika kilka zaskakujących kwestii. Pierwszą jest ta, że słowo „gwałt” zostało w nim użyte jako synonim czynu zabronionego. I jak prawdą jest, że gwałt takim czynem jest, nie każdy czyn zabroniony jest gwałtem. Trudno o nim mówić w tym przypadku, skoro gwałciciel nie został przez polski sąd skazany za to właśnie przestępstwo. Czy nie zbyt pochopnie? Czy teraz, po osiągnięciu dorosłości, grozi innym kobietom?

A może jednak gwałtu nie było? Wiele może wskazywać na to, że wykorzystano tu starą, feministyczną metodę wymuszania aborcji „na gwałt”, kiedy była ona nielegalna. Została ona opracowana w latach 60. XX wieku przez amerykańskie feministki i opisana w szczegółach w ich książkach (celowo nie podaję publicznie danych bibliograficznych).

Aborcja „na gwałt”

W amerykańskich stanach, w których istniały wtedy prawa podobne do polskiego, zezwalające na aborcję w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia kobiety, czynu zabronionego lub deformacji płodu, wykorzystywano różne sposoby, aby się pod nie podpiąć. Feministki sugerowały nawet, co robić, aby fabrykować „skuteczne okoliczności”. Kluczem do sukcesu było znalezienie proaborcyjnego lekarza, gotowego użyć każdego pretekstu, albo takiego, który mógł się nabrać na aborcyjne sztuczki. Niektóre były na tyle poważne, że niewielu mogło je zwyczajnie zignorować.

Pierwszym fortelem był właśnie gwałt, wybieg bardzo skuteczny, bo akceptowalny i będący zarazem koronnym argumentem za niewprowadzaniem całkowitego zakazu aborcji. W tym przypadku amerykańskie feministki radziły, żeby po zgłoszeniu fikcyjnego gwałtu na policję, zasugerować policjantowi odesłanie na badania do wybranego przez kobietę lekarza. Istnieje prawdopodobieństwo, że poczciwy policjant w trosce o zminimalizowanie cierpienia kobiety, godził się na taką sugestię. W ten sposób budowano dokumentację potrzebną do wymuszenia aborcji. Czyżby polskie feministki, prowadzone za rączkę (i na finansowej smyczy) przez swoje amerykańskie siostry nie znały tego tricku?

A jeśli „gwałciciel” zaskarży?

Jest z nim jednak pewien szkopuł. Osoba niesłusznie oskarżona o gwałt może nie tak łatwo dać się wykorzystać. I chodzi nie tylko o zniesławienie, zniszczenie komuś reputacji. W przyszłości bowiem samo oskarżenie może wyjść na światło dzienne i zaskutkować np. zakazem wykonywania pewnych zawodów (m.in. w sektorze edukacyjnym) oraz utratą praw rodzicielskich w przypadku sprawy rozwodowej, bądź też uniemożliwieniem adopcji. Skutki oskarżenia mogą wyjść po wielu latach i być teraz nieprzewidywalne. Jeśli istotnie dany mężczyzna został wykorzystany, może, a nawet powinien dochodzić swoich praw sądownie. Myślę, że i on może liczyć na finansowe zadośćuczynienie. Jeśli nie zechcą posłuchać go polskie sądy, pewnie ETPC wysłucha.

Aborcyjny wyjątek szeroką bramą?

Miejmy nadzieję, że proponowana przez feministki metoda wymuszania aborcji „na gwałt” prawdopodobnie nie znajdzie aż tak wiele zwolenniczek w naszym kraju. Z tysięcy młodziutkich dziewcząt, które w Polsce każdego roku stają się matkami, większość rodzi dzieci, a nie wali drzwiami i oknami do siedziby Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Federa). Gdyby działo się przeciwnie, procesów byłoby dużo więcej.

Teoretycznie jednak trzeba się zastanowić, czy wyrok ETPC nie daje w praktyce dziewczętom poniżej 15. roku życia prawa do aborcji. Czy nie wystarczy skłamać w polskim sądzie albo w ETPC, że był gwałt? Czy poluźnianie wymagań proceduralnych dotyczących uznania gwałtu nie jest przypadkiem na rękę feministkom właśnie z tego powodu, aby de facto otworzyć w ten sposób drogę do aborcji na żądanie? Jeśli niesłusznie oskarżani o takie przestępstwo będą siedzieć cicho, metoda ta może być w praktyce użyta na szerszą skalę.

Przemoc wobec brzemiennych

Podczas gdy domaganie się tzw. aborcji przez nastolatki nie wydaje się być w Polsce powszechne, problemem, o którym się praktycznie nie mówi, są za to przypadki zabijania nienarodzonych dzieci bez zgody kobiet. Zjawisko przemocy wobec ciężarnych jest realne, bardzo poważne i nie dotyczy tylko odległych krajów, Indii i Chin, ale np. Stanów Zjednoczonych (we wszystkich tych krajach tzw. aborcja jest legalna!).

W analizie z 2012 r. zatytułowanej „Przemoc poza radarem w konflikcie o aborcję” („Under-the-Radar Violence in the Conflict Over Abortion”), organizacji obrońców życia Life Dynamics Inc., opisane są 82 przypadki kobiet, które pomiędzy 1989 a 2011 r. straciły własne życie, dlatego, że odmówiły aborcji: .

Wśród nich było wiele nastolatek (33 przypadki na 82, w tym kilka piętnastolatek!). Jak podają polskie statystyki policyjne, w 2011 r. 17 kobiet zostało zmuszonych do zabicia swojego dziecka przemocą, groźbą lub podstępem (przestępstwo definiowanie w art.153 Kodeksu Karnego). W roku 2010 i 2009 było ich 14:

Kto będzie pomagał?

Dlaczego od tym wspominam? Bo wyrok ETPC może pogorszyć sytuację takich właśnie kobiet. Będzie miał wpływ odstraszający (tzw. chilling effect), czyli ochłodzi zamiary tym wszystkim, którzy będą chcieli pomóc kobietom w sytuacji wywierania na nie presji. Łatwo jest zaciągnąć do sądu księdza, który np. nie może się bronić z powodu tajemnicy spowiedzi, albo obrońców życia, którzy nie mają prawników pod telefonem. Wszyscy mogą za to być oskarżani o upokarzanie, manipulowanie czy prześladowanie, bo kobiety mogą się przecież zawsze „rozmyślić”, że już dziecka nie chcą.

Z drugiej strony, należy zadać pytanie, jakie narzędzia obrony będą miały nastolatki w przypadku, gdy na tzw. aborcję naciska ich matka, ojciec czy rodzice? Czy zwrócą się o pomoc publicznie, za pomocą Internetu, do dziennikarzy, i czy ktokolwiek zechce im pomóc, skoro groźba procesu wisi w powietrzu? Czy osoby, które angażują się w pomoc zagrożonym kobietom w ciąży nie mogą być potraktowane dużo gorzej niż osoby, które przymuszają je do zabicia własnego dziecka? Efekt będzie taki, że nastolatki mogą pozostać samotne w sytuacji, kiedy decyzja o urodzeniu dziecka może je przytłaczać. Wyrok ETPC mówi o „osobistej autonomii nieletnich”, a to eufemizm oznaczający po prostu samotność w obliczu tragedii.

Na koniec nie da się pominąć kwestii ewidentnej. Niestety, wyrok ten może być użyty do rozmontowania polskiego prawa aborcyjnego, gdyż po raz trzeci (sprawa Tysiąc, R. i R. i „Agaty”) wytyka Polsce tzw. braki systemowe (brak dostępu do legalnej aborcji). Trudno nie zauważyć, że zarabiają na nich nie tylko „poszkodowane”. Jak napisał portal LifeSite News, Johanna Weston z amerykańskiej organizacji Center for Reproductive Rights (CRR), współpracująca z polską Federą, poprosiła sąd o 10 tysięcy euro kompensacji w ramach kosztów prawniczych w sprawie „Agaty”.

Warto dodać, że CRR miało kiedyś nazwę: Center for Reproductive Law and Policy, pokazującą bardziej otwarcie jej polityczne zaangażowanie (o politykę tu bowiem chodzi nie o „prawa”). Istnienie tzw. wyjątków aborcyjnych jest po prostu… wodą na aborcyjny młyn. Chodzi przecież o to, aby przerobić je nie tylko na furtki, ale wielkie bramy. Czy zwolennicy tzw. kompromisu nie zaczynają mieć teraz wątpliwości czego tak naprawdę bronią?

Rząd polski ma trzy miesiące na wniesienie apelacji do Wielkiej Izby Trybynału (Grand Chamber). Ostatni wyrok w sprawie Z. przeciwko Polsce pokazuje, że nie zawsze musimy przegrywać. Jeśli nie podniesie rękawicy rzuconej nam w twarz przez proaborcyjnych prawników, będzie to oznaczać nie tylko tchórzostwo i lenistwo, ale przede wszystkim wystawienie młodziutkich, wrażliwych i często emocjonalnie zmiennych kobiet na łup lobby aborcyjnego.

Przyklepanie tego wyroku da również zielone światło do zaskarżania lekarzy, księży i wszystkich osób, które chcą dobra dla kobiet w stanie błogosławionym. Będzie zwycięstwem radykalnych feministek, które potrafią zagrać na nosie nie tylko przedstawicielom polskiej władzy, ale również wystrychnąć na dudka różnych mężczyzn. Czy nie również tych „mężczyzn w sukienkach” (jak zapewne nazwałyby ich feministki) siedzących w togach w europejskim trybunale? Jeszcze jest trochę czasu, aby je zatrzymać. Ludzie, którzy znają prawdę, nie mogą teraz milczeć.

Artykuł ukazał się na

Natalia Dueholm

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code