Książki Wydawnictwa Mateusza

Świat moim klasztorem

Świat moim klasztorem

John Michael Talbot

Tytuł oryginału: The World Is My Cloister Living from the Hermit Within

termin wydania: wrzesień 2010

Tłumaczenie: Anna Jetkowska

Księgarnia Mateusza

Najnowsza książka legendy chrześcijańskiego rocka, barda i pisarza. Prawdziwa gratka nie tylko dla tych, którzy zetknęli się z twórczością Talbota.

Czy wiedziałeś, że możesz być pustelnikiem, mieszkając w drapaczu chmur czy pracując w banku? Bez względu na to, czy mieszkasz w zatłoczonym mieście, czy na wsi, pracujesz w biurze, jeździsz ciężarówką czy jesteś w domu, jesteś samotny czy masz męża/żonę, nie masz dzieci bądź je masz – możesz odkryć własnego wewnętrznego pustelnika i stać się uzdrawiającą obecnością w świecie.

W książce tej zatem wyruszymy w podróż – by lepiej zrozumieć to, co musimy – wiedzieć, by uczynić świat naszym klasztorem. Jest to podróż, której przewodzi wiele tradycji mistycznych i monastycznych. Jest to także podróż bardzo osobista, ponieważ dzielę się odrobiną własnego doświadczenia.

John Michael Talbot

Dzisiaj John Michael Talbot przewodzi wspólnocie, tworzy muzykę, prowadzi rekolekcje, pisze książki. Przekonuje także, że nie trzeba żyć w klasztorze, żeby odczuwać pokój Boży w sercu i błogosławieństwo w pracy. Wiele doświadczeń, zakrętów życiowych, które ukształtowały jego charakter i wiarę sprawia, że jego świadectwo jest wiarygodne i pociągające.

Patrycja Michońska-Dynek dziennikarka radiowa i telewizyjna

Pełen kontrastów, trudny do zaszufladkowania, wymyka się stereotypom i łatwym opisom – taki jest John Michel Talbot. Ponieważ nosi habit, wielu uważa go za mnicha. Nigdy jednak mnichem nie był – jest osobą świecką, w dodatku ma żonę. Kochają go protestanci – bardzo często zapraszają go aby koncertował w ich zborach, niektórzy, również w Polsce, wprost uważają Talbota za protestanta – a on jest katolikiem z krwi kości. Kocha Kościół katolicki i Matkę Bożą – miłością głęboką, gorącą i świadomą. Jego największym przebojem jest utwór Holy is His Name czyli Maginficat.

John Michael Talbot świadomie wybrał Kościół Katolicki w 1978 roku – powołuje się przy tym na objawienie, w którym Bóg mu powiedział: „Johnie, chcę, byś został katolikiem. To mój pierwszy Kościół. Miłuję go najbardziej; jest chory, prawie umierający, lecz Ja go uzdrowię i wskrzeszę do nowego życia. Chcę, byś stał się jego częścią”.

Długa siwa broda postarza Talbota – faktycznie, nie jest już młodzieńcem, a i zdrowie ma słabe – w tym słabym ciele mieszka jednak młody duch, który każe mu stale wędrować po świecie i wzywać ludzi różnych wyznań i wiar: „Przyjdźcie, uwielbiajmy Pana”

Marek Nowicki, Komitet Organizacyjny Przyjazdu Johna Michaela Talbota do Polski

Wstęp do książki

Patrycja Michońska

Kiedy kilkanaście lat temu odkryłam nurt muzyki, który nazywamy „chrześcijańskim”, jednym z najbardziej cenionych artystów, wymienianych jednym tchem obok Michaela W. Smitha czy Amy Grant, był John Michael Talbot.

Historia jego życia i dorobek artystyczny już wtedy robiły ogromnie wrażenie. Szczególnie to, że mimo ogromnego sukcesu komercyjnego, Talbot postanowił poświęcić siebie i swoją muzykę tylko Bogu. Oraz to, że materialnie właściwie nic nie posiada, że stworzył wspólnotę Brothers and Sisters of Charity i stowarzyszenie wspierające muzyków katolickich w Stanach Zjednoczonych. Właśnie dzięki temu ostatniemu poznałam go osobiście.

Było to kilka lat temu, kiedy na zaproszenie zaprzyjaźnionych amerykańskich artystek: Katriny Rae i Lynn Geyer pojechałam do małej mieściny, wioseczki, do Little Portion Retreat Center (koło miasta Eureka Springs, w stanie Arkansas, USA), na warsztaty dla członków Katolickiego Stowarzyszenia Muzyków (CAM). Właśnie tam, w górach i daleko od cywilizacji (wcale nie było łatwo tam dotrzeć, niektórzy jechali nawet dwa dni) mieszka i pracuje John Michael Talbot, a wraz z nim powiększająca się wspólnota.

Przyjechali młodsi i starsi, muzycy z dorobkiem i początkujący, ci szukający dużych kontraktów muzycznych i ci, którzy chcieli po prostu śpiewać dla Boga. Było dużo modlitwy i czas na wewnętrzne wyciszenie. Były szkolenia, prezentacje umiejętności, dzielenie się doświadczeniami koncertowymi, nagraniowymi i wydawniczymi. Były rozmowy na werandzie i dyskusje w ogrodzie. I, przede wszystkim, był koncert Johna Michaela Talbota, na który wszyscy z niecierpliwością czekali. Całe spotkanie skupione było na nim, choć nie był jego głównym bohaterem. Nie pouczał, choć czasem ostro krytykował nieprofesjonalne działania. Każdy chciał porozmawiać z nim przynajmniej przez chwilę, usiąść obok niego przy posiłku. Bo John Michael Talbot ma w sobie charyzmę, pokój i takie wewnętrzne przekonanie o dobrym wyborze drogi życiowej, które emanuje na zewnątrz.

Słychać to zresztą w jego muzyce, która niesamowicie pociąga. Bardzo skromna, prosta, często medytacyjna, oparta na tekstach z Pisma Świętego. Dzisiaj John Michael Talbot przewodzi wspólnocie, tworzy muzykę, prowadzi rekolekcje, pisze książki. Przekonuje także, że nie trzeba żyć w klasztorze, żeby odczuwać pokój Boży w sercu i błogosławieństwo w pracy. Wiele doświadczeń, zakrętów życiowych, które ukształtowały jego charakter i wiarę, sprawia, że jego świadectwo jest wiarygodne i pociągające. Zanim dotarł do Eureka Springs w górach Ozark, był dobrze zapowiadającym się muzykiem countrowo-rockowym.

Jego zespół Mason Proffit występował obok Pink Floyd, The Byrds czy Janis Joplin. Ale kiedy widział butelki po whisky, puszki po piwie i strzykawki po narkotykach, które zostawały na scenie po koncertach, czuł, że takie życie jest puste i smutne. Porzucił grupę i przez kilka lat szukał swojego prawdziwego powołania. Studiował między innymi hinduizm, buddyzm i judaizm. Ale zachwyciło go chrześcijaństwo, a w nim katolicyzm. Zaczął tworzyć muzykę wypływającą z doświadczenia duchowego i modlitwy. Do dzisiaj ma na swoim koncie około 50 albumów, sprzedał kilka milionów egzemplarzy płyt na całym świecie. W Polsce niestety trudno znaleźć dzisiaj jego muzykę, więc sklepy internetowe stają się wybawieniem dla wielbicieli twórczości Talbota.

Wydawałoby się, że z tym dorobkiem, do którego trzeba dodać jeszcze kilkanaście książek i kilkadziesiąt koncertów rocznie, mógłby już odpoczywać. A on nieustannie, mimo podeszłego wieku, tworzy i działa. Wróćmy jednak do historii – do roku 1978. To był czas przełomowy dla Kościoła i Polski. Karol Wojtyła został papieżem. W tym samym roku John Michael Talbot zostawił stare życie za sobą. Sprzedał wszystko, co posiadał, wstąpił do świeckiego zakonu franciszkańskiego i włożył habit. 4 lata później kupił wielki teren w stanie Arkansas i zaczął tworzyć wspólnotę „The Little Portion Hermitage”. Dla mnie szczególnie istotny jest także fakt, że niemal 20 lat temu założył własną wytwórnię fonograficzną „Troubadour For The Lord”. Wydaje ona przede wszystkim płyty Johna Michaela Talbota, ale wspiera także wielu muzyków katolickich w Stanach Zjednoczonych. Ze spotkania muzyków katolickich w Little Portion Hermitage pamiętam jeszcze koncert. Miał na nim wystąpić John Michael Talbot i jego bart wraz z zespołem.

Sala koncertowa – też w górach – była niezwykła, bo zamiast tradycyjnego dachu, przykryta była wielką taflą szkła. Widać przez nią było zachód słońca, a potem księżyc, gwiazdy i kłaniające się nam wielkie choinki. Zbliżała się burza. Wiadomo, że górach pogoda zmienia się bardzo szybko. Tak było i tym razem. Nagle rozszalała się wichura, rozpadał deszcz, a wokół nas uderzały pioruny. Kiedy do występu szykował się John Michael Talbot, nagle zrobiło się ciemno. Przez salę przebiegł szmer niepokoju – czy to już koniec wydarzenia, czy czekać, aż znów pojawi się prąd. Nagle pojawiło się malutkie światełko, padające ze strony publiczności na scenę. Latarka, a potem jeszcze jedna. Dzięki nim widać było scenę, skromne krzesło, Johna Michaela Talbota i jego gitarę. Był to jeden z najpiękniejszych koncertów w moim życiu.

Towarzyszyły nam błyskawice i pioruny, które widać było przez oszklony dach. Talbot śpiewał swoje najbardziej znane pieśni, a publiczność mu towarzyszyła szeptem – żeby nie zagłuszyć cichutkiej gitary i wokalu. Wydarzenie artystyczne przemieniło się w mistyczne. I okazało się, że wcale nie potrzeba fajerwerków, rozbudowanej scenografii i iluminacji, ale głębokiej i prawdziwej treści. Na tym także polega siła Johna Michaela Talbota, że ma w sobie to COŚ, co przyciąga ludzi niezależnie od okoliczności. Patrycja Michońska-Dynek Dziennikarka radiowa i telewizyjna od 1994 roku. Od 14 lat zajmuje się m.in. muzyką chrześcijańską. Regularnie odwiedza spotkania muzyków chrześcijańskich w Nashville w USA, przygotowuje i prezentuje audycje poświęcone tej muzyce, zasiada w jury i prowadzi festiwale muzyki chrześcijańskiej.

Patrycja Michońska

Księgarnia Mateusza

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code