Polska

Smoleńsk,10 kwietnia, mglisty poranek

Smoleńsk,10 kwietnia, mglisty poranek

TADEUSZ SŁAWEK

1.

Gdy mówimy o życiu społecznym, nieuchronnie zawierzamy się jego zmienności, ruchowi, migotliwym metamorfozom. Zbyt szybko jednak przechodzimy do przymiotnika „społeczny”, traktując „życie” jako coś oczywistego, choćby dlatego, że społeczeństwo, owo ciało zbiorowe i polityczne ma tę przewagę nad ciałem jednostkowym, że nie podlega fizycznej śmierci, a przynajmniej nie śmierci nieodwracalnej. Społeczeństwo może się odrodzić, państwo może powstać z popiołów (historia porozbiorowej Polski jest tego najlepszym przykładem), a to jest okrutnie wzbronione człowiekowi.

Życie społeczne jest „życiem” właśnie, dlatego jest często tak rozwichrzone, bezładne, anarchistyczne, nawet bezwzględne – bowiem nade wszystko dąży do tego, aby żyć. Sfera publiczna jest nieustannym reprodukowaniem się życia. Pytanie o miejsce śmierci w życiu publicznym jest więc pytaniem trudnym, gdyż nawet śmierć pozostaje na planie społecznym w służbie życia.

Wielki trud poświęcony wyjaśnieniu hekatomby katyńskiego lasu sprzed 70 lat zmierzał do tego, aby tę ofiarniczą śmierć przywrócić życiu: poprzez prawdę o tym, co się wydarzyło, poprzez zachowanie o niej należytej pamięci, poprzez uzdrowienie polsko-rosyjskiej historii. W imię tak rozumianego życia zmierzali do Smoleńska Prezydent Lech Kaczyński i towarzysząca mu polska delegacja.

2.

Gdy rano 10 kwietnia polski samolot rządowy rozbił się pod Smoleńskiem, grzebiąc w swych szczątkach Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, Jego Małżonkę, kilkudziesięciu wybitnych polityków, wysokich cywilnych i wojskowych funkcjonariuszy państwa, śmierć rozerwała tak pozornie zwartą i spójną tkankę społecznego życia. Toczyło się ono nadal, parkingi przed centrami handlowymi zapełniły się jak zwykle w sobotę samochodami, ale jednocześnie w ważnych miejscach miast, w ich miejscach w jakimś sensie „uświęconych” (choćby tylko obyczajem towarzyskich spotkań) zaczęły pojawiać się kwiaty i znicze.

Pod wieczór były to już kwietne kobierce i pola świateł. Ludzie zgromadzili się w kościołach na specjalnych nabożeństwach. Na trasie z lotniska Okęcie do Pałacu Prezydenckiego tłumy oddawały hołd powracającym do kraju szczątkom prezydenta.

Wynikają z tego dwa wnioski. Pierwszy, że życie społeczne niełatwo poddaje się śmierci, nie przyjmuje jej bezwarunkowo, broni się przed nią, nawet rzadko kiedy „zamiera” (nie mówiąc już o „umieraniu”) i byłoby naiwnością mieć o to do niego pretensję. Drugi, że śmierć jednak przeszywa sferę publiczną, która próbując za wszelką cenę zachować rytmy codziennego życia wobec śmierci, traci rezon, pewność siebie i wiarę w niezawodność swoich praktyk. „Normalność” tych praktyk, choć nadal pozornie niezakłócona, zyskuje teraz ciemną podszewkę niepewności i zatrwożenia.
„Lęk” – mówili Polacy zapytani o to, co czują. „Nie wiem, jak wrócę do domu” − powiedziała pewna starsza pani.

Zapewne to metafory, ale mówią one o wstrząsie, który zburzył to, na czym życie społeczne zwykle się opiera – przeświadczenie o trwałości przyzwyczajeń i dróg, którymi poruszamy się w rzeczywistości. Życie publiczne przestało być pewne siebie, swoich nieodwołalnych i dobrze utrwalonych postanowień; owszem, nadal funkcjonują wszystkie przyzwyczajenia i nawyki społeczne, ale teraz nagle wydają się dziwnie absurdalne i niepojęte. To, co było oczywiste, niekwestionowalne, odsłania się jako niepewne i pełne wątpliwości.

Gdy indagowani przez dziennikarzy ludzie mówili o niewyobrażalnej tragedii, o tym, że nie wiadomo, co dalej, o strachu – odkrywali podziemne przejście, którym śmierć przedostaje się do samego wnętrza życia społecznego. Tym przejściem jest doświadczenie niepewności jako wspólnego losu wszystkich obywateli. Nie człowiek „pewny siebie i swego”, lecz człowiek przejęty trwogą jest zrębem wspólnoty. W starym powiedzeniu o dzwonie „bijącym na trwogę” kryje się podstawowa prawda o nas. Dzwon bijący na trwogę jest dzwonem budzącym nas ze snu zadowolenia i przekonania, że nasze wybory i sądy, nasze oceny innych są trwale prawdziwe; ogłasza alarm.

3.

Ta śmierć odkryła potrzebę, może wręcz konieczność przeprogramowania naszego wspólnego bytowania. Gdy natychmiast po katastrofie radio i telewizja zmieniły swój program, przyjęliśmy to z pełnym zrozumieniem: wobec brutalnej interwencji losu zrywającego wszelkie ludzkie „programy” i plany, niesłychaną niedorzecznością byłoby obstawanie przy swoim „programie”, przy tym, co wcześniej zaplanowane.

Pozostaje natomiast pytaniem otwartym, czy potrafimy z równym rozsądkiem i gotowością przeprogramować kształt i sposób działania sfery publicznej. O ile po dniach żałoby narodowej programy radiowe i telewizyjne wrócą do swych ramówek (i trudno oczekiwać, aby było inaczej), o tyle marny będzie nasz los, jeśli do takiej „ramówki” powróci nasze życie publiczne. Chodzi o podjęcie wysiłku częściowego choćby uniezależnienia szeroko pojętej polityki od dotychczasowych przyzwyczajeń i trybów postępowania i myślenia.

4.

Przypominając mocno zubożone nieodpowiedzialnym stosowaniem słowo „etos”, powiedzielibyśmy, że chodzi o zmianę etosu właśnie tak, aby przestał odnosić się do historycznych postaw, względem których przez jednych stosowany był z szacunkiem, przez innych z kwaśną ironią. Przypomnijmy etos jako poczucie wspólnego ugruntowania naszych politycznych i społecznych praktyk w tym, co wykracza daleko poza partyjne dobro. Być może to miał na myśli premier Tusk, kiedy anonsował „politykę miłości”, którą rychło obśmiano jako dowód politycznej naiwności.

Tragedia, jaka rozegrała się w mglisty poranek na smoleńskim lotnisku, rzuca nam twarde wyzwanie podjęcia trudu ustanowienia polityki nie tyle „ponad”-partyjnej (to zazwyczaj jest tylko wstępem do kolejnych przetasowań), co bardziej radykalnie pojętej polityki przed-partyjnej. Takie pragnienie wyczuwam w tych, którzy gromadzili się 10 kwietnia, nie tylko przecież, aby pamiętać; czynili to w nadziei, że pamięć ta sprawi, że jakość naszego bycia razem będzie lepsza. Mówiąc powszechnie o tym, że trzeba w takiej chwili odłożyć na bok partyjne legitymacje i w skupieniu oddać się namysłowi nad tragizmem sytuacji, ludzie sceny publicznej dali do zrozumienia, że polityka nie musi pozostawać poza zasięgiem przed-partyjnego etosu. Może się do niego odwołać, na nim oprzeć, bez drwiącego podejrzenia o naiwność.

5.

Dlatego ośmielam się (za którą to śmiałość przepraszam) mówić o osobistych tragediach 96 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem i ich Bliskich w liczbie pojedynczej jako o „śmierci”. Dotyka ona bowiem nas wszystkich niezależnie od politycznych upodobań i sympatii. Zapewne dlatego tak wielu z nas odnosiło tę śmierć nie tylko do osobistych dramatów, ale do państwa.
Pytanie „co dalej?” w mniejszym stopniu odnosiło się do jednostki, w znacznie większym do nas wszystkich, do państwa.

Jakby dopiero ta tragedia przypomniała, że państwo to nie „oni”, ale państwo to „my”. Powtarzające się w wielu rozmowach pytanie „co dalej?” pojmuję jako początek refleksji nad dwoma nader istotnymi sprawami. Po pierwsze nad tym, jak niezbędny jest namysł nad mechanizmami rządzącymi naszą codziennością, w których to mechanizmach politycy i administracja odgrywają tak istotną rolę. Otóż, owo „co dalej?” to nie tylko niepewność co do trwania ośrodków decyzyjnych; tę obawę można uśmierzyć przy pomocy kodeksowych i konstytucyjnych zapisów ustanawiających procedury ciągłości władzy.

Pytanie „co dalej?” prowadzi w inną stronę: chce dociec fundamentu, na którym zbudowane są owe instytucje i procedury. Oczywiście niezbędna jest wiedza o konstytucyjnych rozwiązaniach, ale owo „co dalej?” pyta o rodzaj więzi, jaka nas łączy, i o to, czy w jakikolwiek sposób więź ta znajduje odzwierciedlenie w instytucjach. Kryje się w tym pytaniu także niejasne i zatrwożone podejrzenie, iż oto więź jest pozorna, wspólnota czysto administracyjna i retoryczna, a w instytucjach państwa nie ma tego, co niezbędne dla ludzkiej więzi, a co Jan Patočka nazywał pięknie „troską o duszę”.

6.

Po drugie, „co dalej?” wyrażające poczucie zagubienia i niepewności, jakże osobliwe w świecie ludzi chcących czuć się panami swojego losu i w pewności siebie upatrujących głównego instrumentu powodzenia społecznego, zdradza także i to, że między nami a politykami, nawet tymi, od których różnimy się poglądami, wobec których stoimy w opozycji, istnieje rodzaj głębokiej, niemal pierwotnej więzi, którą określiłbym jako zawierzenie. Nie ma ono nic wspólnego z naiwnym przymknięciem oczu, z łatwowiernym zaufaniem. Chodzi o coś znacznie bardziej zasadniczego: o dobrą wiarę.

Z pewnością wielu pytających retorycznie przed kamerą „co dalej?”, dopowiadając „nie mamy prezydenta”, nie było wyborcami śp. Lecha Kaczyńskiego, a jednak to pytanie trzeba potraktować z najwyższą powagą. Zaświadcza ono bowiem owemu fundacyjnemu zawierzeniu, którego być może sobie nie uświadamiamy, które – co więcej – niszczone jest przez brutalną grę polityczną, ale to ono leży u początku dobrej wspólnoty. „Oto powierzono Ci urząd, oto odpowiadasz za mnie, za moje i nasze bezpieczeństwo i los, a ja wierzę, że spełnisz dobrze tę powinność, której jesteś depozytariuszem” − oto źródło relacji między politykiem a obywatelem.

A jego dopełnieniem jest zdanie następne: „pełnisz ten urząd na mocy mandatu danego Ci przez społeczeństwo, a składając swój los w Twoje ręce, szanuję ten wybór dokonany przez innych, dopuszczając z całą powagą, że nie głosując na Ciebie, mogłem się mylić” − ta gotowość do wyznania błędu sprawia, że moje zawierzenie politykowi jest zawierzeniem moim współbraciom we wspólnocie.

Dlatego też dobra wiara jest tak istotna w życiu społecznym: nie pozwala bowiem narzucić swojej prawdy innym, dopuszcza, że moja prawda, choć ma dla mnie znaczenie, może być formą błędu.

7.

Śmierć w rozbitym pod Smoleńskiem samolocie upomina się o prawdę o tym, co powinno być fundamentem polityki: przed-partyjna cnota i dobro oraz głębokie, źródłowe zawierzenie ustanawiające się między obywatelem a funkcjonariuszem państwa. Bezradne pytanie „co dalej?” jest najważniejszym pytaniem, jakie możemy sobie postawić w imię wspólnej przyszłości, naszej i naszych dzieci. Nie dajmy się zbyć odpowiedzią, że poruszamy się w horyzoncie utopii. Nawet jeśli postulat przed-partyjnego etosu polityki jest zbyt ambitny, nasze reakcje na śmierć śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i tych, którzy zginęli wraz z Nim, świadczą o głębokiej nostalgii za sferą publiczną uwolnioną od brutalnych animozji i dychotomicznych podziałów mechanicznie rozdzielających odpowiednio cnoty i wady.

Politycy przystali, a my daliśmy na to ochotne przyzwolenie, na zabójczy dla jakości wspólnoty pogląd, że człowiek jest pewną rolą, ta zaś oznaczona jest partyjną przynależnością. Nie jednostka, ale jednostka „w roli (członka takiego lub innego stronnictwa)” − oto założenie pragmatyki działań politycznych, za którym idzie ułatwione wartościowanie: gdy mówisz w roli stronnictwa A, masz niezawodnie i zawsze rację, natomiast ci, których obsadzono w roli stronnictwa B, zawsze i niechybnie się mylą, najczęściej w najgorszych intencjach.

Zapewne trzeba podzielić pogląd tych, którzy ostrożnie podchodzą do możliwości radykalnej odmiany jakości naszego życia publicznego w następstwie tragedii 10 kwietnia. Ale ostrożność ta nie powinna odebrać nam nadziei na to, że ów przed-partyjny fundament polityki da się praktycznie spełnić w dwóch postulatach. (1) Społeczeństwo jest i będzie domeną sporu, bowiem natura życia politycznego jest i pozostanie polemiczna w znaczeniu greckiego polemos, czyli konfliktu i napięcia. Ale (2) przekonanie o przed-partyjnym etosie polityki oraz głębokiej, niemal pozaracjonalnej, choć nigdy ślepej i nigdy nie pozwalającej na wszystko więzi zawierzenia między obywatelem a mężem stanu, o ile będzie właściwie zrozumiane przez polityków, doprowadzi do tego, że spór ów nie przekroczy dopuszczalnych granic, poza którymi jest już tylko niszczącą, wręcz eksterminującą wojną, której świadkami byliśmy przez lata w polskim życiu publicznym.

8.

Śmierć tych, którzy zginęli opodal lotniska w Smoleńsku, może zmienić naszą sferę publiczną. Mówią o tym dziennikarze, mówią sami politycy. Źle, gdy skończy się na słowach, a trawa upartych przyzwyczajeń zarośnie ledwo rysującą się ścieżkę. Modlitwa za ofiary tragicznej katastrofy winna przyjąć kształt troski o nasze mądre bycie razem. Dzwony uderzyły nie tylko ku ich pamięci, ale także ku naszemu opamiętaniu.

TADEUSZ SŁAWEK

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code