Benedykt XVI

Uczony papież prostaczków

Uczony papież prostaczków

24.02.2009

Sandro Magister, watykanista

Strategia Benedykta polega na powrocie do tradycji pisanej przez duże „T”. Papież chce wyjaśniać ludziom tajemnice Kościoła przez pokazywanie fundamentów wiary. Jeśli chce powrotu, to przede wszystkim do pierwotnego Kościoła – opartego na wierze apostołów i świadectwie świętych.

Jarosław Makowski: Czy gdyby Benedykt XVI poprosił dziś kardynałów o wotum zaufania, dostałby je?

Sandro Magister: Benedykt XVI może liczyć na jeszcze większe poparcie niż w kwietniu 2005 r. U podstaw silnej akceptacji jego pontyfikatu leżą dwa motywy. Pierwszy: mamy do czynienia z całkowicie innym przywódcą niż poprzednicy. Drugi: istnieje powszechna świadomość kryzysu Kościoła i przekonanie, że to Benedykt ma pomysł i program, jak przeprowadzić Kościół przez burzliwe czasy. A przecież ten papież nie jest do końca rozumiany przez kardynałów i de facto żyje w izolacji.

Gdzie tkwi źródło tego niezrozumienia?

Przedstawiciele hierarchii kościelnej reprezentują dużo niższy poziom intelektualny. To główny powód. A pogłębia go fakt, że Benedykt oparł swój pontyfikat na słowie.

A czy to nie sam Papież podejmuje niezrozumiałe decyzje? Przykładem zdjęcie ekskomuniki z biskupów Bractwa św. Piusa X. Benedykt nie powiedział, co chce osiągnąć, i co ta decyzja oznacza dla Kościoła.

Zgoda, że zdjęcie ekskomuniki było jego osobistą decyzją i że poprzedziły je inne gesty, np. przywrócenie możliwości celebracji Mszy w starym rycie. Benedykt i tym razem nie zażądał od lefebrystów niczego w zamian: wszystkie akty otwarcia z jego strony były jednostronne.

I teraz lefebryści tryumfują, że to oni mieli rację, odrzucając Sobór Watykański II.

Dlatego krytycy Papieża oskarżają go o naiwność, ustępstwa, a nawet o zamiar cofnięcia Kościoła do stanu sprzed Soboru.

Ale Benedykt wytłumaczył swoje intencje dużo wcześniej, w jednym z najważniejszych przemówień swego pontyfikatu, skierowanym do Kurii Rzymskiej 22 grudnia 2005 r. Mówił wtedy, że ostatni Sobór nie stanowi przerwania tradycji Kościoła, ale jest wydarzeniem podkreślającym ciągłość w zgodzie z tradycją, i to nawet w tych miejscach, gdzie wydawało się, że jego rozstrzygnięcia wskazywałyby na odcięcie się od przeszłości; np., gdy uznawał wolność religijną jako jedno z niezbywalnych praw człowieka.

Papież zwracał się wtedy do całego Kościoła, ale zwracał się też do lefebrystów, którym wskazał drogę do uleczenia schizmy i powrotu do jedności z Kościołem w punktach, z którymi najżywiej się nie zgadzają (nie idzie tylko o wolność religijną, ale również o liturgię, ekumenizm, relacje z żydami i wyznawcami innych religii).

Tyle że lefebryści nie zamierzają rezygnować ze swoich przekonań. Mało tego: świat dowiedział się, że bp Richard Williamson to czystej wody antysemita.

News, jaki obiegł świat, jest taki: „Papież oczyszcza biskupa zaprzeczającego Holokaustowi”. Wywołało to tak wiele protestów, że Watykan zabrał nawet pierwszą stronę dziennikowi „L’Osservatore Romano”, zamieszczając na niej liczne oświadczenia. Atmosfera uspokoiła się dopiero, gdy Benedykt zabrał głos na audiencji środowej 28 stycznia; mówił o obowiązku uznania przez lefebrystów Magisterium, autorytetu papieża i Soboru, a także o tym, że nie wolno negować Holokaustu.

Musi Pan przyznać, że Papież sam nawarzył tego piwa.

Zgoda, zdjęcie ekskomuniki to osobista decyzja Papieża, która powinna zostać wprowadzona w życie inaczej, niż to oglądaliśmy.

Jak?

Czas ogłoszenia zdjęcia ekskomuniki w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan był idealny, ale sposób wykonania fatalny. To kard. Walter Kasper, szef Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, był odpowiednią osobą, by przedstawić dekret Papieża i nakreślić jego znaczenie. To on powinien wyjaśnić przyczyny zniesienia ekskomuniki i określić warunki, na podstawie których lefebryści zostali poproszeni o przemyślenie swojego stanowiska – poczynając od pełnego zaakceptowania Soboru, a kończąc na przezwyciężeniu ich antyjudaizmu.

Jeśli nic nie zostało zrobione tak, by wyjaśnić intencje i decyzje Papieża, to winę ponosi Kuria Rzymska.

Już za czasów Jana Pawła II mówiono, że Kuria działa anachronicznie. Benedykt, który przecież zna ją jak własną kieszeń, nie zdecydował się na reformy.

Dziś widzimy, że to był błąd. Mówiło się wprawdzie, że dobrym wyjściem jest powierzenie zarządzania Kurią kardynałowi Tarcisio Bertone, twardemu i dynamicznemu sekretarzowi stanu. Teraz to przekonanie wydaje się fałszywe: Kuria wydaje się być pogrążona w jeszcze większym chaosie niż za czasów Jana Pawła II.

Częściowo może być tak dlatego, że kard. Bertone większość swojej pracy wykonuje poza murami Watykanu, biorąc udział w niekończących się rundach konferencji, celebracji, inauguracji… Jego wizyty zagraniczne są tak liczne i tak napakowane spotkaniami i przemówieniami, że przypomina to Jana Pawła II za czasów najlepszego zdrowia. Od 15 do 19 stycznia Bertone był w Meksyku, a potem w Hiszpanii – w efekcie ludzie z Sekretariatu Stanu byli zaangażowani w obsługę jego podróży, zamiast w obsługę działań Papieża.

Co więcej, zdarzają się sytuacje dublowania działań: kard. Bertone wygłasza odczyt do jakiegoś grona, a kilka dni później na podobny temat przemawia do tego grona Papież. Dziennikarze tylko czekają, by wyłuskiwać różnice… Jednak osobiste poświęcenie kard. Bertone w służbie Benedykta nie budzi wątpliwości. Nie można tego, niestety, powiedzieć o innych oficjelach Kurii, którzy uprawiają swoją politykę. Możliwe, że niektórzy świadomie rzucają kłody pod nogi temu pontyfikatowi. A większość go nie rozumie.

Przecież biskupi cały czas powtarzają to, czego Benedykt naucza.

Nie do końca. Przykładowo: w 2007 r. Papież opublikował książkę „Jezus z Nazaretu”. Okazała się wielkim sukcesem, na całym świecie sprzedano miliony egzemplarzy. Ale z nieformalnego sondażu wśród hierarchów Kurii Rzymskiej wynika, że prawie nikt jej nie przeczytał.

Czy analogicznie postrzegają Benedykta „szeregowi” księża: z jednej strony szanują, z drugiej ignorują?

Spotykamy księży inteligentnych i świetnie wykształconych, ale to wyjątki, które potwierdzają smutną regułę. „Szeregowi” księża, analogicznie jak purpuraci, podziwiają Papieża, ale go nie rozumieją.

Tym bardziej daje do myślenia, że Benedykt jest rozumiany, słuchany i podziwiany przez zwykłych wiernych. Na początku nikt nie sądził, że tak się stanie – papieżem został przecież niemiecki profesor, intelektualista, mól książkowy, nieznany szerokim masom.

Moim zdaniem Benedykt XVI jest typowym przykładem człowieka, którego im lepiej się poznaje, tym większą obdarza się sympatią.

Skoro Benedykta nie słuchają i nie rozumieją najbliżsi współpracownicy, to jak to jest możliwe, że słuchają go i rozumieją „prości katolicy”?

Dodam najpierw, że brak zrozumienia Benedykta przez kardynałów i biskupów idzie w parze z brakiem zrozumienia go przez elity intelektualne Europy. To paradoks: wielki intelektualista jest niezbyt lubiany przez intelektualistów i kochany przez prostych ludzi…

Kiedy przemawia, Benedykt zawsze mówi w sposób silny i pełen zaangażowania. Zarazem wypowiada swoje stanowisko prostym językiem. Nawet człowiek nieuczony szybko chwyta jego myśl. Co więcej: zwykli wierni rozumieją, że Papież mówi o sprawach ważnych dla ich życia osobistego i społecznego. Są przekonani, że Benedykt artykułuje słuszne zasady. Choć często się do nich nie stosują, jednak jego słowa trafiają do ich serc.

I dlatego Papież i Watykan mogą ignorować wszelką krytykę? Np. kilka tygodni temu media chłostały Stolicę Apostolską za brak zgody dla francuskiej rezolucji dotyczącej depenalizacji homoseksualizmu i za odmowę podpisania konwencji Narodów Zjednoczonych o prawach osób niepełnosprawnych, gdyż w dokumencie znajdował się paragraf mówiący o „zdrowiu reprodukcyjnym”, czyli o legalnej i gwarantowanej aborcji.

Na gruncie międzynarodowym strategia Watykanu jest zawsze ta sama: nawet jeżeli treść dyskutowanych dokumentów jest zgodna w 90 proc. ze stanowiskiem Kościoła, a w 10 proc. przeczy jego nauczaniu, Stolica Apostolska wycofuje się i nie bierze udziału w głosowaniu.

Czy takie podejście nie jest przejawem fundamentalizmu?

Kościół nie rozdziera szat, że inne religie czy kultury nie podzielają jego stanowiska. A jeżeli chodzi o niebezpieczeństwa, które dotykają istoty ludzkiej od narodzin do śmierci, kwestii związanych z różnicą płci i małżeństwem, prezentuje swój ogląd, nie bacząc na to, że ktoś oskarży go o fundamentalizm.

A może rygoryzm moralny odstrasza ludzi od Kościoła?

We Włoszech szacunek i poparcie dla stanowiska Papieża w kwestiach moralnych są o wiele większe, niż by się to mogło wydawać. W 2005 r. odbyło się referendum na temat sztucznego zapłodnienia: Kościół włoski, na czele z Benedyktem, był temu przeciwny, i wygrał tę batalię. Jego stanowisko podzieliło prawie 75 proc. społeczeństwa.

Bądźmy szczerzy: Włosi nie są głęboko wierzący, a jednak, jeśli idzie o obronę wartości i zasad, niemal zawsze stają po stronie tych, które głosi Kościół. Jasne, że Benedykt boksuje się ze współczesnymi trendami kulturowymi i politycznymi, ale nie jest tak osamotniony, jak by można sądzić na pierwszy rzut oka.

Tyle że – przykładowo – w kwestii stosowania środków antykoncepcyjnych duża część katolików nie podziela jego zdania. Czy sądzi Pan, że Jezus Chrystus napisałby encyklikę „Humanae vitae”?

To intrygujące pytane; problem w tym, że ani ja, ani pan nie możemy sformułować dobrej odpowiedzi. Jest natomiast faktem, że w swej ostatniej książce „Nocne rozmowy w Jerozolimie” [omawianej przez ks. Adama Bonieckiego w „TP” nr 4/08 – red.] kard. Carlo Maria Martini mówi w zasadzie, że publikacja tej encykliki była błędem.

Moim zdaniem należy jednak odróżnić antykoncepcję od pozostałych problemów moralnych, jak aborcja, eutanazja, zapłodnienie pozaustrojowe czy małżeństwa gejowskie. Wobec tych ostatnich kwestii Kościół ma stanowisko jednoznaczne i o nich nie dyskutuje. Na temat antykoncepcji debata trwa i sprawa jest otwarta, choć nie sądzę, by akurat pontyfikat Benedykta przyniósł jakieś zmiany.

Czy Benedykt XVI jest papieżem antynowoczesnym?

To jest papież bardzo zdecydowany w krytyce niedoskonałości, jakie niesie ze sobą dzisiejsza kultura. Dla Benedykta XVI, podobnie jak dla Jana Pawła II, świat jest naznaczony grzechem. Jednak Papież nie jest krytykiem nostalgicznym, ale krytykiem oświeconym, który głosi i chce pokazywać splendor Kościoła.

Jest to też papież, który kocha piękno, sztukę i muzykę. W czasie październikowego synodu biskupów poświęconego Biblii zabrał wszystkich ojców synodalnych do Bazyliki św. Pawła za Murami na koncert filharmoników wiedeńskich, którzy wykonali VI Symfonię Antona Brűcknera. Gdyby nie nalegał, by purpuraci wzięli w tym koncercie udział, sami pewnie by nie poszli. Ten papież nie jest ani zamknięty, ani zacofany.

A jednak rodak Benedykta, katolicki teolog Hans Küng, z którym Papież zjadł nawet kolację w Castel Gandolfo, mówi, że Benedykt jest papieżem restauracji – nie lubi zmian, gardzi nowościami teologicznymi, wraca do dawnych rytuałów i strojów…

To było miłe spotkanie, choć usiadły naprzeciw siebie osoby reprezentujące kompletnie odmienne stanowiska. Dla Künga Papież jest zacofany – znam tę krytykę. Jednak strategia Benedykta polega na powrocie do tradycji Kościoła pisanej przez duże „T”. Papież chce wyjaśniać ludziom tajemnice Kościoła poprzez pokazywanie fundamentów wiary chrześcijańskiej. Jeśli chce powrotu, to przede wszystkim do tego pierwotnego Kościoła – opartego na wierze apostołów i świadectwie świętych.

Czyli nie zgodzi się Pan z opinią, że pontyfikat Benedykta jest pontyfikatem przejściowym.

Nie. Moim zdaniem to wielki pontyfikat, a Benedykt XVI odciśnie na Kościele swoje piętno.

To wielki pontyfikat z punktu widzenia doktrynalnego i pontyfikat, który podkreśla znaczenie chrześcijaństwa w świecie. Ale nie poprzez jakieś małe kwestie, tylko np. sprawy, które Benedykt postawił w książce „Jezus z Nazaretu”. W tej książce spotykamy Jezusa takim, jakim był naprawdę.

Papież zwraca też uwagę na konieczność wiary w kluczowe elementy chrześcijańskiego Credo: wierzę w Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale też i w Kościół. Jego siła polega więc na tym, że przypomina o wielkich i niezbywalnych elementach chrześcijańskiej wiary, które zostały rozmyte przez współczesną kulturę.

Sandro Magister jest włoskim watykanistą, publicystą dziennika „L’Espresso”.

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code