Barwy codzienności

Nowa generacja MTV

Nowa generacja MTV

Michał Walkiewicz

Muzyka łagodzi obyczaje, ale w największej stacji muzycznej nie ma już dla niej miejsca. MTV nie próżnuje.

Nie warto tupać nogą i złorzeczyć szamanom globalnej wioski. Ironiczny tytuł nocnego bloku teledysków „Don’t Kill the Music” odzwierciedla strategię rozwoju medialnego giganta. Teledyski zostały zduszone w programach tematycznych, wyeksportowane do podległych, mniejszych kanałów, wypchnięte przez reality shows. Obietnica bez pokrycia, złożona dzisiejszym trzydziesto- i czterdziestolatkom, uszła Amerykanom na sucho.

Trudno się dziwić, bo i czasy się zmieniły – eksplozja cyfrowej muzyki wymiotła wideoklipy, długie macki internetu posprzątały cały bałagan. Pokolenie niegdyś zachłyśnięte nowym stylem życia dziś stara się ustrzec dzieci przed zbyt łapczywą konsumpcją. Absurdalne, lecz prawdziwe: MTV wciąż dąży do tego, by wypełnić swoją edukacyjną misję. Kuźnia tożsamości dla młodzieży działa dalej. Kiedyś napędzał ją społecznikowski charakter stacji, dziś jest po prostu kolejnym polem marketingowym, lansującym wiadome wzorce. Skoro jest podaż, musi być i popyt.

Ameryka zalewa Polskę od czasu przełomu ustrojowego, ale Polacy wciąż drżą ze strachu przed jej niedoborem. Telewizja stała się kanałem przerzutowym myśli i słów zza oceanu, jednak teraz przepuszcza ich więcej, niż jesteśmy w stanie spożytkować, co prowadzi do estetycznej i moralnej recesji.

Model rodziny, który zgodnie z dewizą „myśl globalnie, działaj lokalnie” MTV rozpropagowuje jak świat długi i szeroki, jest karykaturą ultraliberalnej mentalności. Matki chodzą na randki z adoratorami swoich córek i czynią młodym byczkom seksualne aluzje, zaś ojcowie, rozwaleni na kanapach, wymyślają sympatiom własnych synów od „dziwek” i wystawiają się na równie elokwentne kontrataki.

W centrum tego społeczeństwa jest rodzina, bo przecież każdy – raper, nawrócona striptizerka, były zapaśnik – może być autorytetem w jej sprawach. Nie wiadomo, ile w tym blagi, ile „reality”, ale jedno jest pewne: to inwazja konkretnego typu wrażliwości o ogromnej skali.
Na pytanie, jaki jest jej oddźwięk w społeczeństwie, powinni odpowiedzieć socjologowie.

Wiadomo przecież, że ów wzór „podstawowej komórki społecznej” nie ulegnie zmianie.

W programach, w których kamera z zazdrością podgląda życie pięknych i zamożnych, wędruje po korytarzach pensjonatów na Arubie, albo siedzi w jacuzzi razem z króliczkami „Playboya”, dystans jest rzeczą naturalną. To rozrywka, która nie uwolni się od kontekstu politycznego, ekonomicznego, gospodarczego. Pozostanie lodem lizanym przez szybę albo fotografią trufli za milion dolarów.

Mądre piłkarskie powiedzenie mówi, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. MTV zmienia się w sposób, który wymusza na niej konkurencja w postaci portali społecznościowych, YouTube’a z nieograniczonym dostępem do plików wideo oraz sieci P2P, pozwalających na nielegalne korzystanie z bogatych zasobów intelektualnej własności.

Przekształcenie się telewizji w potężny konglomerat spółek było podyktowane zmieniającym się rynkiem. Wszystkie cechy, które stanowiły o wyjątkowości stacji, uległy degradacji podczas tego procesu.

Narodziły się „satelickie” potworki w rodzaju MTV Polska, niedziałające już w ramach żadnych kryteriów estetycznych, poza konieczną dynamiką przekazu. Zniknęła poetyka, która w ostatnim dwudziestoleciu XX w. była spójną, artystyczną formą, przemyślanym systemem znaków, a w skrajnych przypadkach wyrazem światopoglądu.

Dziś istnieje w zbyt wielu stanach skupienia, jest niedookreślona, rozchwiana, niekonsekwentna. Popularyzowaniem pewnych zjawisk nie rządzi już kryterium myślowej i wizualnej jednorodności. W warstwie językowej króluje dowolność, rozbicie, mające sprzyjać upłynnieniu tożsamości odbiorcy i w efekcie – rozszerzeniu odbiorczego spektrum.

Wystarczy porównać dwa seriale, którymi polska wersja stoi, czyli wymyślony w roku 1997 „South Park” i trzyletnich „Włatców Móch”.

Z jednej strony satyra z ostrymi jak brzytwa szponami, zakorzeniona w wielu narracjach kultury popularnej, z drugiej blade, turpistyczne odbicie tej satyry, stawiające na niezbyt wyrafinowaną dekonstrukcję polszczyzny (co widać już w tytule). Zabawne, że to, co najlepsze z „poetyki MTV”, czyli montaż, twórczo zaadaptowało i w rezultacie ocaliło kino.

W utworze „This Note’s For You” Neil Young śpiewał o tym, jak koncerny medialne i reklamodawcy zakładają artystom chomąta i orzą nimi rozległe pola show-biznesu. Na ekranie stylizowany na Michaela Jacksona aktor szalał po scenie z płonącymi włosami, co było odniesieniem do pamiętnego zdarzenia z życia pop-gwiazdora, gdy na planie reklamówki Pepsi-Coli doznał oparzeń głowy drugiego stopnia.

Zaangażowane w promocję Jacksona MTV odmówiło emisji teledysku Younga. Rok później, na corocznej gali MTV Music Awards „This Note…” zdobył nagrodę dla najlepszego wideoklipu.

Ten dobrze znany epizod z historii stacji jest kluczowy przy odczarowywaniu wczesnego MTV jako miejsca, w którym nie decydowała mamona, tylko szlachetny duch kontestacji. Telewizja muzyczna oprócz tego, że ustalała, w co warto się ubierać, a czego nie warto słuchać, przypominała lustro, w którym odbijały się wygenerowane przez nią trendy.

Gdy w końcu zamieniła się w rynsztok pełen odchodów wielkiego biznesu, sygnał był jasny. I w nas coś się zmieniło. Bo jedno nie ulega wątpliwości – rozśpiewane czy nie, MTV wciąż pozostaje symbolem swoich czasów.

Michał Walkiewicz

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

„Tygodnik Powszechny” nr 13 w sprzedaży od 29 marca, a w nim:

Polska plemienna: Nepotyzm nie zna granic

Rozmowa z astronautą Scottem Parazynskim

Starał się być dobrym potworem: Josef Fritzl po wyroku

Prof. Tadeusz Gadacz w wywiadzie z Jean-Lukiem Marionem

Dariusz Nowacki recenzuje Antoniego Liberę

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code