Kobietą być, mężczyzną być

Fizjologia Matki Polki

Fizjologia Matki Polki

KATARZYNA KUBISIOWSKA

W Polsce otacza się kultem matkę abstrakcyjną.
Z taką żyć łatwo: nie odpowie, nie poprosi, nie zaprotestuje. Jako osoby bezcielesnej nie dotyczy jej menstruacja, rodzenie w bólach, klimakterium.

Urodzenie dziecka nie jest gwarantem stania się pełnowartościową kobietą: bycie właścicielką jajników nie równa się korzystaniu z ich maksymalnej fizjologicznej potencji. Dlatego postawienie pytania „kiedy dzieci?” powinno w pewnych sytuacjach podlegać karze grzywny (zwłaszcza że istnieją jeszcze jego wersje rozbudowane: „Czy wkrótce ujrzymy zaokrąglony brzuszek?”, „Cudownie będzie zobaczyć cię w parku z wózeczkiem” albo „W tym domu do szczęścia brakuje dzidziusia”).

Dzieci mieć nie trzeba, dzieci mieć można. A czasami mieć nie można i wtedy trzeba szukać innych rozwiązań (jednym z najwspanialszych pomysłów cywilizacyjnych jest adopcyjne rodzicielstwo; podziwiam osoby, które potrafią się z nim skonfrontować).

Rodzisz, więc jesteś

Kłopot w tym, że przekaz kulturowy jest zupełnie inny. Niezauważalny, choć skrycie obecny w rodzinie, szkole, kościele, literaturze, mediach – kładzie nacisk na rozrodczą zdolność kobiet. Ich wartość wzrasta, gdy zachodzą w (zdrową) ciążę. Mimo emancypacji, równouprawnienia, trzeciej fali feminizmu i transformacji ustrojowej, wciąż pokutuje myślenie o człowieku jako niewolniku pierwszorzędnych cech płciowych. W niepisanej społecznej umowie, którą można byłoby sformułować tak: „rodzisz, więc jesteś”, rozmnażanie zostaje sprowadzone do części składowej postawy obywatelskiej.

Złudzeniem jest mniemanie, że kobieta ma prawo do podjęcia suwerennej decyzji o jednej z najbardziej wymagających egzystencjalnych ról, z którą przychodzi się jej zmierzyć. Od małego jest indoktrynowana komunikatem, że macierzyństwo uczyni ją istotą jedyną w swoim rodzaju. W prezencie dostaje miniaturowe, bo jeszcze zabawkowe, królestwo gospodyni domowej: wózek, lalkę, kuchenkę, pralkę, odkurzacz, garczek, chochelkę… Za kilka lat, już jako osoba dorosła, będzie miała wbite do głowy, że do tego zestawu rekwizytów ogranicza się horyzont jej możliwości.

Tym większe uznanie budzą we mnie kobiety, które stawiają opór presji ogółu i które, rozpoznając swoje możliwości i ograniczenia, odpowiedzialnie rezygnują z tego doświadczenia.

Położnicza sytuacja

Kobiety podejmujące decyzję o macierzyństwie mają jeszcze trudniej. Komplikacje zaczynają się na starcie: ceną za bezpieczniejszy poród, który w drugiej połowie XX wieku stał się przedmiotem publicznej troski, jest oddanie innym władzy nad własnym ciałem.

W niedalekiej przeszłości poród przynależał do sfery kobiecości, miał swoje mity, obyczajowość, wewnętrzną dynamikę. Odbywał się w domu w towarzystwie akuszerek lub „babek”. Do tego rodzaju położniczej sytuacji wraca dziś zachodnia Europa, porody domowe są tam na porządku dziennym. Natomiast polska kobieta – mimo społecznej akcji „Rodzić po ludzku” – wciąż kładzie się na ginekologiczny fotel w szpitalnym pomieszczeniu pozostawiającym sporo do życzenia nie tylko pod względem estetycznym.

Kiedy w trzeciej ciąży trafiłam na standardową porodówkę, choć protestowałam, zostałam podłączona pod kroplówkę zawierającą sączącą się do żył oksytocynę, hormon peptydowy wzmagający ból, ale przyspieszający i tak szybko przebiegającą w moim przypadku akcję porodową (położna dążyła do tego, abym urodziła w godzinach jej dyżuru). Dalej, bez mojej zgody i obecności (wbrew literze prawa), usiłowano poddać pierwszemu szczepieniu nowo narodzoną córkę – przedłożone wcześniej zaświadczenie o odroczeniu szczepień okazało się niewystarczające.

Było jeszcze legendarne „oglądanie krocza”: ordynator na czele lekarskiego pochodu i grupy studentów medycyny, na tzw. porannym obchodzie wpatrywał się między rozchylone uda zażenowanych mam. Wyjście ze szpitala na własne żądanie było jedyną decyzją podjętą przeze mnie samodzielnie.

Szklany sufit

Współczesne kobiety odkładają macierzyństwo na później. Najpierw kształcenie, a w nieokreślonej przyszłości pieluchy. Moja mama urodziła mnie jako 24-latka, ja w tej roli zadebiutowałam będąc o cztery lat starsza. Granica wieku wciąż się przesuwa, dziś przekraczając trzydziesty rok życia.

Stereotypowo pojmowane macierzyństwo kłóci się z rozbudowanymi aspiracjami kobiet, które natrafiają na realne bariery: ekonomiczne i polityczne. To one mniej zarabiają, trudniej im znaleźć pracę, łatwiej ją stracić. Ciąża to szklany sufit uniemożliwiający rozwój kariery. A że do kobiet należy odpowiedzialność za całą sferę domową, to ich problemem jest służba zdrowia (czasem zwyczajnie strach iść z chorym dzieckiem do obskurnej przychodni), nie mówiąc już o wzięciu wolnego w pracy. Kwestią szczęśliwego przypadku stało się przyjęcie do żłobka lub przedszkola – z roku na rok maleje liczba miejsc.

Całkiem niedawno dostałam interesującą propozycję zawodową. Po rzeczowej rozmowie z trzema panami, którzy mi ją złożyli, przyszedł moment na luźniejszą wymianę zdań. Autentycznie zaciekawiona, spytałam, skąd pomysł, aby na dużym kierowniczym stanowisku obsadzić kobietę. „Bo kobiety, a szczególnie samotne matki, dadzą z siebie wszystko, byle tylko pracę utrzymać” – usłyszałam niepozostawiającą złudzeń odpowiedź. I choć nie jestem matką samotnie wychowującą dzieci, nie potrafiłabym działać w grupie czerpiącej siłę z czyjegoś lęku.

Niepełnowartościowe?

A co z matką dziecka niepełnosprawnego? Czy jest pełnowartościowa? Przecież jej dziecko nigdy nie dostanie literackiego Nobla, nie wygra piłkarskiego meczu, nie zaprojektuje budynku banku, nie ruszy na wojnę… W płaszczyźnie praktycznej nie przyda się narodowi, bo przydatność pod względem emocjonalnym nie jest gratyfikowana wysoko. Może jedynie szukać pocieszenia u Madonny namalowanej w XV wieku przez Mantegnę, trzymającej w czułym objęciu maleńkiego Jezusa o rysach dziecka z zespołem Downa.

A co z kobietą rodzącą martwe dziecko? Jeszcze do niedawna, gdy taka sytuacja zdarzała się przed zakończeniem szóstego miesiąca ciąży, dziecko nie miało szans na zwyczajowy pochówek. Dziś można się z dzieckiem pożegnać, choćby tylko symbolicznie, ale to część rytuału bardzo istotna w procesie żałoby. Nadal jednak w polskim szpitalu osierocona matka uznawana jest za histeryczkę i pozbawiona szans na wspierającą rozmowę z psychologiem. Rzadko kiedy badania odbywają się w intymnej atmosferze, a informacja o zaprzestaniu akcji serca podawana jest z taktem i empatią.

Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy na świat przyszło moje nieżywe, wielkości listka dziecko. Szpitalną salę dzieliłam z pacjentkami oczekującymi na szczęśliwe rozwiązanie, mogłam długimi godzinami wsłuchiwać się w zapis KTG – bicie serc dzieci bezpiecznie schowanych jeszcze w ich brzuchach. Obecność matki bolejącej była dla nich dyskomfortem.

Ojczyzny łono

W Polsce otacza się kultem matkę abstrakcyjną. Z taką żyć łatwo: nie odpowie, nie poprosi, nie zaprotestuje. Jako niema własność publiczna zniesie kolejne absurdalne pomysły związane z jej wizerunkiem. Jako osoby bezcielesnej nie dotyczy jej menstruacja, rodzenie w bólach, klimakterium. Fizjologia Matki Polki przy sprawach ojczyzny wydaje się niepoważna.

Skąd się wzięła? Z niewoli. Jej postać miała wzmacniać poczucie więzi narodowej w XIX-wiecznej ojczyźnie rozgrabionej przez zaborców. W ciągu dwustu lat przedstawiana jako udręczona, nieszczęśliwa, nawet ukrzyżowana. Wielokrotnie umierała – w czasie kolejnych powstań, II wojny światowej, za komuny – zawsze było jednak pewne, że zmartwychwstanie. Jej oblicze zasłaniał czarny kaptur. Gdy opadał, ukazywała się szlachetna i niewinna twarz.
Matka Polka zniesie każdy ciężar, bo urodziła się po to, aby rezygnować z siebie. Dwa lata temu w jednym z ogólnopolskich dzienników w osłupieniu czytałam wypowiedzi polityków różnych ugrupowań, dotyczące tego, co zawdzięczają matkom. Wszyscy bez wyjątku mówili, że najcudowniejsze jest to, jak ta kobieta się dla nich poświęciła. Ciułała każdy grosz, aby odłożyć na synowskie mieszkanie. Zrezygnowała z pracy. Była gotowa na każde zawołanie. Nie miała własnych wymagań, pragnień, ambicji.

To jeden z szeregu dowodów na to, że Matka Polka trwa w micie wiecznego poświęcenia. Jej potrzeby nie są brane pod uwagę, nawet przez nią samą… Gdy idzie do pracy, ma poczucie winy, że zaniedbuje rodzinę. Gdy zostaje w domu, zadręcza się, że nie jest doskonała, zawsze przecież może dać z siebie więcej.

Bez medalu

W marcu bieżącego roku działacze Niezależnego Zrzeszenia Studentów dostali ordery i odznaczenia za działalność podziemną w epoce PRL-u. Z uwagą przeczytałam długą listę uhonorowanych. Ucieszyłam się, bo znalazłam nazwiska kilku kolegów, i jednocześnie zmartwiłam się, bo było na niej zaledwie czternaście kobiet – ich znaczenie od lat jest marginalizowane w historycznym przekazie.

Po namyśle pojawiło się retoryczne pytanie, dlaczego nie został odznaczony mój ojciec, rocznik 1944, starszy od kolegów z NZS-u o co najmniej dwie dekady, działacz opozycji demokratycznej, więzień polityczny, który już w wolnej Polsce wycofał się z publicznej aktywności, nie mogąc przyzwolić na sponiewierany etos Solidarności?

W końcu mnie olśniło: skoro mój ojciec miałby być odznaczony, to dlaczego i nie moja mama? A może medal dla obojga?

Gdy tata odsiadywał wyrok w ponurym 1982 r., mama chodziła dzień w dzień do pracy, utrzymywała z jednej pensji cały dom, wychowywała dwójkę wcale niełatwych dzieci, stała w wijących się w nieskończoność kolejkach i z godnością znosiła raz na jakiś czas odbywające się w domu wizyty funkcjonariuszy SB.
Czy i mama nie przysłużyła się do budowania wolnej Polski? Czy odsiadywanie wyroku za obronę idei niezależności ma solidniejszy patriotyczny ciężar niż borykanie się na pozornej swobodzie z totalitarną rzeczywistością?

Istnieje fotografia Elżbiety Jabłońskiej z cyklu „Gry domowe” (2002): na tle kuchennej dekoracji widzimy autorkę ubraną w kostium Supermana i obejmującą ramieniem kilkuletniego synka.

Cenię to zdjęcie za uniwersalną przewrotność, z jego bohaterką zapewne zidentyfikuje się rzesza kobiet generujących z siebie (do czasu) ponadludzkie siły, aby sprostać nadmiarowi codziennych obowiązków. I jednocześnie dostrzegam w tym obrazie wpisany w model Matki Polki element zgody na rolę ofiarniczą. Przed takim odbiorem nie chroni nawet uniform gwiazdy popkultury.

Dlatego wolę fotografię wykonaną w 1967 r. przez genialną amerykańską artystkę Dianę Arbus, która całkowicie łamie zasady klasycznego ukazywania matki z dzieckiem. Tradycyjną słodycz takich ujęć zastępuje przerażona twarz dziecka, które matka podnosi na wysokość obiektywu. Rozpacz dziecka kontrastuje z półuśmiechem kobiety, czerń i biel dodają tej sytuacji surowości. Oboje są wpatrzeni prosto w obiektyw, a widz musi się z tym spojrzeniem bezpośrednio skonfrontować.

Ale największe wrażenie robi na mnie spojrzenie Moniki Drożyńskiej, sfotografowanej dwa lata temu przez Grażynę Makarę. Subtelne rysy twarzy młodej kobiety, ludowy krój bluzki, swobodnie opadający warkocz, nie są w stanie odjąć siły jej spojrzeniu śmiało rzuconemu światu. Nawet znaczenia ukryte w nożu i widelcu, które artystka trzyma niczym akcesoria militarne, słabną w konfrontacji z bezkompromisowością bijącą z jej oczu. One mówią: nie ma rzeczy niemożliwych, chcę brać z życia ile się da, mam prawo do szczęścia.

KATARZYNA KUBISIOWSKA

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

„Najnowszy numeru już w kioskach, a w nim:

Czas wyrzeczeń
Nigeryjczycy w Warszawie
Ks. Skowronek: Magia chleba
Burka: wojna o symbol
Adam Shapiro: Laboratorium Gaza
Jak Niemcy osuszali Ren
Jacek Kubiak: Sztuczki z życiem
Homer i Eucharystia
Gerhard Gnauck: Między Berlinem a Moskwą
Rozmowa z Patrickiem Vaughanem, biografem Zbigniewa Brzezińskiego Festiwal Filmowy w Gdyni okiem Anity Piotrowskiej
Etnodizajn, czyli kierpce na obcasach
Voegelin o Platonie
Lefebryści atakują Watykan

Dodatek specjalny o ks. Jerzym Popiełuszce

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code