Pytania o sens

Duchowy plac zabaw

Duchowy plac zabaw

ARTUR SPORNIAK

Historię duchowości można opisać jako nieustanne zmaganie z nieokrzesaną zmysłowością, sprzeciwiającą się temu, co szlachetne. Dzisiaj wydaje się, że taka ascetyka jest nieaktualna.

Religijna asceza kojarzy się z surowością średniowiecza, wyniszczającym
umartwianiem ciała i pogardą dla świata. W dużej mierze stereotypy te tworzone są i wzmacniane przez kulturę popularną. W jednej z najbardziej sugestywnych scen filmu „Imię Róży” antypatyczny mnich biczuje się do krwi, pokutując z powodu seksualnych ekscesów.

W rzeczywistości Kościół bardzo powściągliwie odnosi się do ascetycznych praktyk. Świadczy o tym choćby fakt, że jedynymi oficjalnie zalecanymi (można by powiedzieć: autoryzowanymi) praktykami pokutnymi są modlitwa, post i jałmużna – zachowania, które trudno uznać za kontrowersyjne.

Ewentualnie należałoby się zastanawiać, w jakim stopniu post, czyli wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych i ilościowe ograniczenie posiłków, ma dzisiaj jeszcze sens. W dawnych czasach zdobywanie pożywienia było głównym i niełatwym zajęciem większości ludzi. Głód był stałym zagrożeniem. To sprawiało, że jedzenie skupiało uwagę i ogniskowało myślenie, mogło zatem łatwo stawać się powodem duchowej fiksacji. Praktyki postne wskazywały na niebezpieczeństwo i wyrabiały dystans, który pomagał zachować rozsądek. Czy dzisiaj, gdy jedzenie stało się czynnością banalną, post potrafi pełnić tę samą rolę?

Praktyczny platonizm

Wskazując na skłonność do stereotypowego przetwarzania rzeczywistości przez popkulturę, nie chcę sugerować, że w historii chrześcijaństwa nigdy nie dochodziło do przesady w podejściu do ascezy, a teologia nie kluczyła w objaśnianiu jej sensu. Przez długie wieki w katolickiej ascetyce niepodzielnie panował praktyczny platonizm, świadczący o tym, iż teologia stworzenia była zapomniana albo co najmniej permanentnie ignorowana.

Piszę „praktyczny” platonizm, gdyż w deklaracjach Kościół zawsze głosił pochwałę stworzenia i odcinał się od platońskiej pogardy wobec materii. Mimo to wciąż nawoływał zarazem do „odwracania się” od świata.
Wymownym świadectwem takiej ambiwalentnej świadomości są słowa wybitnego XX-wiecznego teologa Louisa Bouyera, zapisane w kompendium „Wprowadzenie do życia duchowego”, opublikowanym w 1960 r. (a więc zaledwie dwa lata przed rozpoczęciem Soboru Watykańskiego II): „Chociaż ciało zostało według Biblii stworzone dla duszy, to jednak trudno nie uznać, że w obecnej konkretnej sytuacji człowieka [po upadku] stanowi ono dla niej obciążenie. W konsekwencji, jeżeli nawet złudzeniem jest przekonanie, że dusza odnajdzie Boga, odnajdując po prostu siebie [platonizm], to jednak rzeczywiście nie może ona odnaleźć ani Boga, ani samej siebie bez jakiegoś uwolnienia się od więzów, którymi krępuje ją własne ciało, a wraz z nim świat”.

Przy takim podejściu nie tylko trudno oddać pełną sprawiedliwość teologicznej prawdzie o dobroci stworzenia, ale przede wszystkim narażamy się na oskarżenia o anachronizm w stosunku do współczesnej wiedzy o człowieku.
Przypomnijmy sobie przyswojony szybko przez chrześcijańską myśl mit z platońskiego „Fajdrosa”: dusza przedstawiona jest jako zaprzęg złożony z dwóch koni: porywistego – czarnego oraz ułożonego – białego. Oba powożone są przez woźnicę-rozum. Czarnym, dzikim i nieokrzesanym koniem są wzbudzające lęk popędy oraz wybuchające znienacka emocje, które mogą nas zniszczyć. Historię duchowości dałoby się opisać jako nieustanne zmaganie z ową drzemiącą w nas nieokrzesaną zmysłowością, jako najważniejszym przeciwnikiem tego, co szlachetne – bo duchowe.

Odczarowanie ciała

Dzisiaj jesteśmy jednak w uprzywilejowanej pozycji: zaczęliśmy z powodzeniem poznawać naturę „czarnej bestii”. Przestaje ona być synonimem tego, co irracjonalne, i przez to wzbudzające lęk. Przeciwnie: nie ma w nas irracjonalnych emocji i odruchów. Każde z nich to ważna i precyzyjna informacja o nas samych – często informacja z zamierzchłej przeszłości (np. zapisany w mózgu i organizujący nasze reakcje spadek po ewolucyjnych praprzodkach).
Podobnie sprawa ma się z tak piętnowaną przez wieki przyjemnością. Dzisiaj zdajemy sobie sprawę z roli, jaką ona pełni – wiemy, że jest niezbędna dla prawidłowego psychofizycznego rozwoju i funkcjonowania (niemowlę niepieszczone umiera). Coraz lepiej znamy także mechanizm uzależniania się od różnych przyjemności – a co za tym idzie: sposoby unikania uzależnienia i walki z nim.

Skoro jednak ciało i zmysłowość obecnie coraz bardziej przestają niepokoić, tracą zarazem zdolność do fascynowania – są przez naukę odczarowywane i oswajane. Przestają być godnym przeciwnikiem w ascetycznych zmaganiach.

Czy asceza tym samym staje się bezużyteczna? Niekoniecznie. Pozostaje „dusza”, czyli to, z czym zawsze mieliśmy największy kłopot i co zawsze stanowiło właściwy przedmiot ascezy.

Cel ascezy się nie zmienił – jest nim spokój ducha: aseitas. Choć pochodzenie słowa jest stoickie, chrześcijańskiego podejścia nie powinno się jednak mylić ze stoicką niewrażliwością. Przeciwnie – w ascezie chodzi o bardzo specyficzną wrażliwość. Przyrównać ją można do beztroski bawiącego się na placu zabaw dziecka. Swój spokój zawdzięcza ono świadomości, że rodzice są w pobliżu i zawsze może się skryć w ich ramionach. To ukierunkowanie na rodziców czyni je zdolnym, aby pobiec za nimi, gdy jest taka potrzeba.

Nie oznacza to odrzucenia, a tym bardziej pogardy wobec bawienia się, zabawek i towarzyszy zabawy. Oznacza to tylko tyle, że ostatecznie to rodzice są w stanie zapewnić dziecku warunki do pełnego rozwoju. Analogicznie jest w naszym życiu religijnym: my także powinniśmy być wolni dla Boga. To właśnie ma na myśli Merton, gdy w książce „Nikt nie jest samotną wyspą” pisze: „Tylko człowiek wolny od przywiązań czuje, że stworzenia stały się jego przyjaciółmi. Dopóki jest do nich przywiązany, mówią mu tylko o jego własnych pożądaniach”. Podobnie jak dziecko kurczowo trzyma się przytulanki, gdy czuje się samotne…

Pokusa bezmyślności

Co nam współcześnie najbardziej przeszkadza w odnajdowaniu spokoju ducha?
Wydaje się, że głównym wrogiem jest dzisiaj pokusa automatyzmu. Wpadamy w różne życiowe koleiny. Przejawia się to głównie na dwa sposoby: dynamicznie – swoistą duchową nadpobudliwością (często wygląda tak, jakby np. nasza praca wprawiała nas w trans) oraz statycznie – duchowym bezruchem i minimalizmem (nie chce się nam troszczyć o własny rozwój). Te przejawy nie wykluczają się, tylko dopełniają. Po wyczerpującej pracy włączamy telewizor – bardziej niż we własnym życiu, wolimy uczestniczyć w fikcyjnym życiu bohaterów telenowel.

Skoro tak, to obok tradycyjnych praktyk – postu, jałmużny i modlitwy – być może powinniśmy pomyśleć także o postanowieniach przełamujących ów duchowy automatyzm. Na przykład, realizując pomysły, które od dawna chodziły nam po głowie: wyjść po raz pierwszy w życiu do opery, przeczytać wreszcie „Braci Karamazow”, korzystając z zimowych obniżek zorganizować weekendowy wyjazd do Barcelony, a przynajmniej włączyć radio zamiast telewizora. To dobry czas na taką odmianę, gdyż poważna formuła „wielkopostnego postanowienia” może okazać się wystarczająca, by oszukać naszą gnuśność. Zaskoczymy samych siebie, a to może poszerzyć nasze horyzonty.

Nawet jeśli się takie przedsięwzięcie nie uda (opera nas znudzi, Dostojewski zmęczy, a wyjazd do Barcelony okaże się niewypałem), zawsze pozostanie element umartwienia…

W każdym razie nie powinniśmy tracić z oczu faktu, że ostatecznym celem ascezy jest nasze dobro, nasz rozwój, a nie niszczenie czegokolwiek. Każde ludzkie działanie, a więc także działanie ascetyczne, powinno zachowywać etyczną miarę określaną przez cztery cnoty kardynalne: roztropność, umiarkowanie, męstwo i sprawiedliwość. Roztropność w tym przypadku to trafne rozpoznanie problemu i podjęcie właściwych kroków; umiarkowanie – to przede wszystkim brak przesady i świadomość, że sami z siebie nic nie możemy; męstwo – to odrobina koniecznego szaleństwa; a sprawiedliwość – to świadomość, że „nikt nie jest samotną wyspą” i że nasze postanowienia mogą niechcący przymusowo umartwiać także bliźnich.

Ostatecznie powinniśmy być jak najdalsi od pokusy okrucieństwa względem siebie, gdyż zawsze prowadzić ono będzie do hipokryzji. Jak zauważa Merton: „Fałszywy asceta zaczyna od tego, że staje się okrutny dla wszystkich, ponieważ jest okrutny dla siebie. Kończy jednak na tym, że staje się okrutny dla wszystkich z wyjątkiem siebie”.

ARTUR SPORNIAK

Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”

„Najnowszy numeru już w kioskach, a w nim:

VIII Zjazd Gnieźnieński – ks. Jacek Prusak, Bogdan de Barbaro, Zbigniew Nosowski

Ks. Adam Boniecki: Problemy z beatyfikacją Jana Pawła II?

Maciej Müller: Święty z czasów rasizmu

Ks. Andrzej Luter: Jaki jest nasz katolicyzm

Ks. Jacek Prusak w polemice z naczelnym „Christianitas”
rekolekcje wielkopostne ks. Michała Hellera

Stefan Chwin kontra Zbigniew Mikołejko: wszystko o samobójstwie”

Zaprenumeruj e-tygodnik!

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code