Pytania o sens

Jesteśmy drzewem figowym

I Bóg dał nam siebie samego, byśmy mogli rosnąć w ogrodzie życia. Mimo wszelkich poniewierek, bólu, zmęczenia, cierpień choroby i starości, bezsennych nocy pełnych lęku przed śmiercią – w głębi duszy kochamy to nasze życie, cieszymy się nim, chcemy istnieć na przekór wszystkiemu; nie chcemy umierać. Czemu więc Bóg mówi do nas te straszne słowa: „Wytnij je; po co jeszcze ziemię wyjaławia”?

Jesteśmy drzewem figowym

Kazanie pokutne

Andrzej Miszk

Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia? Lecz on mu odpowiedział: Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.  Łk 13,b-9

Jesteśmy drzewem figowym zasadzonym w ogrodzie życia ręką samego Boga. Moglibyśmy nie istnieć, ale Bóg zechciał nas, i – jak wierzymy – zechciał nas z miłości, dlatego jesteśmy, dlatego żyjemy. Dlaczego jednak Bogu nie wystarcza ogród pełen figowych drzew ? Dlaczego szuka jeszcze owoców, przecież mógłby je mieć w obfitości, stwarzając je jednym skinieniem swej boskiej dłoni. I mówi Pan do ogrodnika: “Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je; po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Ileż bólu, ileż rozczarowania słyszymy w tych słowach! I nasze życie pełne jest rozczarowań, własnych i zasłyszanych. Tu jakiś mężczyzna ożenił się z ukochaną kobietą, wierząc w jej wielką miłość i pragnąc bardzo dziecka. Małżonka z roku na rok odkładała decyzję o poczęciu, aż w końcu odeszła z innym. Komuś bliskiemu powierzyliśmy pieniądze, bo gorąco nas zapewniał o dobrej inwestycji, a potem zniknął bez śladu. Tam jakieś bezdzietne małżeństwo zaadoptowało chłopca z domu dziecka, pokochało go bardzo, dało mu wszystko. Syn dorósł i porzucił przybranych rodziców, okradawszy ich przedtem. Zakon przez dziesięć lat kształcił zdolnego kleryka przygotowując go do wielkich zadań. Ten kończy doktorat i nieoczekiwanie odchodzi z zakonu porzucając powołanie, ku zdziwieniu współbraci i przełożonych.

Bywają rozczarowania i zawody tak wielkie, że z trudem podnosimy się z nich do końca życia. Istotą tych rozczarowań jest odrzucenie albo zmarnowanie daru naszej miłości, naszego zawierzenia, nierzadko daru naszego życia.

I Bóg dał nam siebie samego, byśmy mogli rosnąć w ogrodzie życia. Mimo wszelkich poniewierek, bólu, zmęczenia, cierpień choroby i starości, bezsennych nocy pełnych lęku przed śmiercią – w głębi duszy kochamy to nasze życie, cieszymy się nim, chcemy istnieć na przekór wszystkiemu; nie chcemy umierać. Czemu więc Bóg mówi do nas te straszne słowa: “Wytnij je; po co jeszcze ziemię wyjaławia.” Bo samo życie nie wystarcza, choćby nawet urodziwe, choćby najbardziej okazałe. Bóg chce, by nasze życie przynosiło owoc i On czeka na ten owoc, obdarowując nas swymi wielkimi łaskami: miłością w rodzinie, przyjaźnią bliskich osób, pracą dającą chleb i poczucie szacunku, zdrowiem, licznymi zdolnościami, inteligencją, sakramentami świętymi, krzepiącą modlitwą, wiarą łagodzącą cierpienie i lęk przed śmiercią, dobrymi natchnieniami. Przyjęta przez nas łaska sprawia, że owocują w nas dary Ducha: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Jeśli nie dzieje się tak, jeśli te łaski chcemy zatrzymać tylko dla siebie, nie podejmując trudu owocowania, pulchniemy w swym egoizmie, zasłaniając swą wewnętrzną zgniliznę i letniość pozorem przyzwoitości, pobożności nawet, zapobiegliwie pielęgnując nasze ciała i dbając o dobre samopoczucie. Jesteśmy wówczas jak matka, która przestaje karmić piersią swe niemowlę, bo jej szkoda urody, jędrnego biustu, zdrowia, częstszego wstawania w nocy do dziecka. Czy jak ojciec, zbyt zajęty pracą i służbowymi bankietami, by znaleźć czas i czułe słowo dla dziecka i żony.

Wyrzuty sumienia uspokajamy złudną myślą, że jeszcze mamy czas, że może kiedyś… Ale zmarnowana łaska nie powróci, owszem, Bóg w swym miłosierdziu, da nam kolejna szansę, ale ta zmarnowana zawsze jakoś umniejsza dobro, jakie mogło się stac udziałem naszego życia. Jak mówi poeta: “Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.” I bezpowrotnie. A jeśli nawet nie popełniamy grzechu ciężkiego, możemy przecież żyć w oziębłości, w przyzwyczajeniu i w strachu przed Bożą karą, ale bez miłości do Boga i ludzi, nieczuli kompletnie na delikatne natchnienia Ducha. Drzewo figowe z przypowieści Pana Jezusa może być obrazem zatwardziałości w grzechu, ale jak się wydaje, lepiej jeszcze wskazuje ono na postawę trwałej duchowej oziębłości, zadowolonej i zasłoniętej pozorem życiowej przyzwoitości i wypełnianiem religijnego obrządku.

Gdy Pan patrzy z bólem i smutkiem na naszą oziębłość, ogrodnik – może jakiś bliski lub nieznajomy, może jakiś święty czy anioł, może Maryja Panna, a może sam Bóg Trójjedyny – wstawia się za nami prosząc: “Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw, ja okopię je i obłożę nawozem, może wyda owoc, A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć.”

“Jeszcze na ten rok…” Co to dla nas znaczy? Umrzeć możemy w każdej chwili – i młodzi i starzy. Jeśli umrzemy niepojednani z Bogiem, zatwardziali w grzechu, a może jeszcze gorzej – zatwardziali w naszej oziębłości i przekonani, że nas Boże miłosierdzie nie dotyczy – nie spodziewajmy się nieba. Nasza bezowocność zostanie dostrzeżona i utrwalona na wieki; cichą radość istnienia zastąpi spotworniała nienawiść, obrzydzenie i przeklinanie własnego życia rozciągnięte na wieczność. Doświadczyliśmy – w różnym stopniu – piekła na ziemi. Jest naiwnością lub samooszukiwaniem się sądzić, że t a m, po naszej śmierci piekła nie ma lub jest ono do oswojenia, czyli – da się w nim jakoś żyć. Bóg nie naigrywa się z człowieka, nie próbuje go przerazić tanią groźbą, on najlepiej zna rzeczywistość, gdzie jest wieczny “płacz i zgrzytanie zębów”. On sam wobec tych, którzy do końca życia odrzucają wiarę i nawrócenie wypowiada słowa potępienia: “Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny!” Piekło to nie miejsce w zaświatach, ale możliwość życia poza-miłością Boga na zawsze i z własnego wyboru.

Martin Luter – jeden z ojców protestantyzmu – powiedział, że człowiek musi do głębi przerazić się sobą, by móc się nawrócić. Doznałem wstrząsu, gdy kiedyś pewien człowiek opowiadając mi o swoim życiu doszedł do momentu nawrócenia. Po tym, gdy już bezpowrotnie utracił wszystko – majątek, dobre imię, przyjaciół, ukochaną kobietę – i pił na umór, by zapomnieć, pewnej nocy włamał się do domu swego krzywdziciela i z siekierą w ręku czekał, by go zabić, gdy ten powróci. Wiedział, że popełnia zbrodnię, ale w tym strasznym czynie widział jedyną możliwość ocalenia sensu własnego życia, że dzięki temu coś wreszcie będzie od niego zależeć, w tym ciągu życiowych katastrof. Oczekiwany krzywdziciel nie przyszedł, a niedoszły zabójca tak bardzo przeraził się sobą tej nocy, że odrzuciwszy siekierę zaczął modlić się do dawno zapomnianego Boga, o ocalenie od siebie samego. Mówił o tym: “Przeżyłem piekło i uwierzyłem w Boga.”

Ogrodnik prosi miłosiernego Boga o czas dla nas, chce nas okopać i obłożyć nawozem. Nasi bracia i siostry modlą się o nasze nawrócenie, nasi najbliżsi swoim cierpieniem pokazują nam, jak bardzo ich boli nasz egoizm, nasza pycha, nasze lenistwo, nasze nałogi. Biedni pośród nas dopominają się o jałmużnę, o pomoc i wsparcie, nieszczęśliwi wołają o nasze serce, czułość i czas. Nasi wrogowie, ci których nienawidzimy – z tak wielu “słusznych” powodów – czekają naszego przebaczenia, bezgłośnie wyciągając dłoń ku pojednaniu.

Nie wiem, czy oziębli duchowo – a komuż spośród nas nie zagraża epidemia obojętności – nie są w gorszej sytuacji niż celnicy i jawnogrzesznice? Faryzeusze, ci najbardziej znani reprezentanci duchowej oziębłości skrywanej w płaszcz gorliwości religijnej nie zdołali przerazić się sobą. Przeraził ich za to Najniewinniejszy z ludzi, Baranek, którego w zapale religijnej gorliwości zaprowadzili na krzyżową rzeź. Nasza duchowa oziębłość potrafi być twarda jak stal – dla słabszych od nas, konsekwentna i obowiązkowa – w tropieniu innych i obcych – jak urząd skarbowy, ślepa i głucha – na potrzeby bliźnich – jak głaz spadającej lawiny, pyszna i byczo zdrowa wobec upadłych i nieszczęśliwych, nietykalna i nienawidząca krytyki, nierozpoznawalna dla takich jak my, szukająca pozornego alibi w bezgrzeszności i przestrzeganiu religijnego prawa. Któż z nas nie zna tej lodowatej żmii własnego serca kąsającej każde dobre natchnienie?

Nasza oziębłość odpycha nas od cierpienia, od krzyża, od ludzkiego nieszczęścia, zabija duchową radość i sprawia nudę, ostatecznie odpycha nas ona od prawdziwego Boga i bliźnich. Nie chcemy być bezbronni i wystawieni na upokarzającą nas łaskę miłosierdzia Bożego. Chcemy Panu Bogu i bliźnim móc mieć za złe jakieś zadawnione nieszczęście, niezabliźnioną ranę miłości własnej, a może po prostu chcemy żyć w leniwym dni spokoju – trzymamy Boga na dystans, w rzeczywistości mając w pogardzie i Jego i tych, którzy upadli. Nie przerażeni jesteśmy sobą, o nie!

Jezus Chrystus wyrywa nas z oziębłości i naiwności dobrego samopoczucia : “Czy myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”.

Jezus grozi nam, potrząsa nami, byśmy się ocknęli. Później jest już tylko krzyż i droga słaniającego się skazańca. Całkowicie bezbronnego i godnego współczucia. Zapominamy o groźbach, o piekle, o karze i sądzie. Kogóż może przerazić ten strzęp człowieka? Kobiety jerozolimskie “zawodzą i płaczą nad Nim”. Skazaniec przyjmuje ich płacz, lecz mówi: “Córki jerozolimskie nie płaczcie nade Mną: płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi”.

“Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami.”

Wobec Jego krwawiącego serca, nie wiadomo kiedy i jak, topnieje nasza zatwardziałość. Przypominamy sobie, że naszym udziałem miała być przecież miłość, że dla niej zostaliśmy stworzeni, my – figowe drzewa w ogrodzie życia.

“Czas jest krótki”. Błagajmy dobrego Boga o miłosierdzie. Uznając swój grzech, oziębłość, niemożność nawrócenia. Błagajmy Boga, by uczynił w nas to, czego sami uczynić nie możemy. I ufajmy, że nasz Ojciec “bogaty w miłosierdzie” wysłucha nas, byśmy wreszcie zaczęli przynosić owoce godne nawrócenia. Te figi, które za swych ziemskich dni, tak bardzo lubił Jezus.

OZIĘBŁOŚC – inne teksty na ten temat
Darek, Religia, postęp, obojętność
Czesław Porębski, Krytyka wzoru osobowości twórczej
Krzysztof Osuch TJ, Powołani do mistyki w Chrystusie

NAWRÓCENIE – inne teksty na ten temat
Dariusz Piórkowski SJ, Kłopoty z nawróceniem
Andrzej, Jak wierzący może pomóc nawracajacym się?
Jola, recepta na zycie

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code