Małżeństwo i Rodzina

Poszukiwanie szczęścia

Poszukiwanie szczęścia

Joanna

Jestem mężatką 10 lat.

To były naprawdę trudne lata. Niczego nie zrobiliśmy tak, jakbyśmy sobie wymarzyli. Dopiero po ślubie zaczęliśmy się poznawać i byliśmy bardzo zawiedzeni… Oboje mieliśmy ideały, ale one rozsypały się już wcześniej – zanim się spotkaliśmy. Weszliśmy więc w małżeństwo jakby bez złudzeń, jakby spokojnie, jakby rozsądnie… Kochaliśmy się, ale wiedzieliśmy z całą pewnością, że czeka nas ciężka praca, a nie uniesienia. I nie pomyliliśmy się. Ale nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak ciężko.

Dwa ogromne światy, zupełnie osobne światy dwojga egoistów musiały spotkać się i pogodzić.
Nie mieliśmy wzorców. Rodziny naszych rodziców pokazały nam wyraźnie, czego absolutnie w małżeństwie nie należy. Rodzice nie pokazali nam szczęścia, zdrowia i pomyślności… Nie nauczyli nas rezygnowania z siebie… Pokazali jedynie czym grozi niewystarczająca rezygnacja z siebie.

Byliśmy sobie obcy i jakby coraz mniej wierzący, że możliwe jest zbliżenie, jedność, szczęście we dwoje. Podzieliliśmy między siebie obowiązki, uzgadnialiśmy prawie wszystko i pchaliśmy ten wóz dalej… oczywiście świętując i radując się także! Ale pragnienia dalece odbiegały od realiów.

Kiedy urodziło się trzecie dziecko – córeczka – poczułam się przygnieciona ponad miarę. Miałam wszystko: dobrego męża, troje dzieci, dom z ogrodem, samochód… Powinnam być szczęśliwa! Przecież nie można chcieć więcej. W dniu moich 30 urodzin, siedząc w sierpniowym ogrodzie powiedziałam sobie: skoro tak właśnie wygląda szczęście – decyduję się być szczęśliwą. Może nie trzeba tego czuć! Może to chodzi o co innego. No więc: jestem szczęśliwa.

Miesiąc później umarło nasze najmłodsze dziecko. Zespół Nagłego Zgonu Niemowląt (SIDS). Wbrew wszelkim statystykom, które mówią, że chłopcy, do 6 miesiąca, od matek palących, karmione za krótko piersią, kładzione do spania na brzuszku: umarła dziewczynka, prawie ośmiomiesięczna od matki nigdy nie palącej, karmiona wyłącznie piersią i usypiająca na plecach.

To było zbyt wiele.

Nagle znalazłam się w czarnej jaskini. Bez dostępu światła. W chłodzie i ciszy całkowitej. W pustce. Jak dalej żyć?
Wychodziłam powoli. Dla mnie to były wieki całe, ale czas nie płynął tak szybko. Rozsypała się cała moja całość, całe moje NO TO BĘDĘ SZCZĘŚLIWA. Rozsypało się moje rozumienie świata, małżeństwa, macierzyństwa, przyjaźni – i przyjaźni z Bogiem.

Ale trzeba było te okruchy pozbierać. Trzeba było żyć dalej. Byłam matką dwojga równie jak ja osieroconych dzieci. One rozumiały z tego jeszcze mniej niż ja. Kochały siostrę ogromnie, bo nadawała się do kochania doskonale – było to bardzo promienne, bezproblemowe, radosne dziecko. Więc kochaliśmy je szalenie.

Powoli odkrywałam w sobie zgodę na to, co się stało. Nareszcie nie miałam nic. Stałam z pustymi rękoma. Wdzięczna za to, co mam. Wdzięczna za to, że mogłam Ulę mieć choć na ten krótki czas, bo wzbogaciła nasze życie swoją obecnością. Zobaczyłam nagle dzieci jako dar, a nawet jako pożyczkę!!! One nie są nasze! One są nam dane na wychowanie. Nigdy nie wiemy na jak długo! Jakim prawem rościmy sobie pretensje do posiadania ich na zawsze?! Kto nam i kiedy coś podobnego obiecał? One przychodzą od Ojca i cudownie z Jego strony, że powierza nam Swoje skarby, że ufa nam na tyle, że wydaje je w nasze ręce – Swoje dzieci. Daje nam takie, jakie ma: zdrowe, chore, spokojne, niespokojne, niemożliwe, słabiutkie, mocne… Możemy je tylko przyjąć i z wdzięcznością doprowadzić do tego, że kiedyś same wrócą do Niego. Nie są dla nas! Choć dają tyle radości. A więc o jedno moje dziecko mogę być całkowicie spokojna! Nie spotka go już nic złego!

Zmieniło się też całkowicie moje spojrzenie na moje małżeństwo. Czego ja oczekuję od tego mężczyzny? Chciałabym, żeby kochał mnie jak wariat, opiekował się mną jak ojciec, pragnął mnie jak szaleniec, słuchał jak uczniak, pomagał jak nauczyciel, prowadził i wiedział lepiej, ale zachwycał się moimi rozwiązaniami; żeby był obecny zawsze ale żeby nie ograniczał mojej wolności… I tak dalej i tak dalej… Tak naprawdę nie od niego chcę tego wszystkiego!!!

W czasie Rekolekcji Ignacjańskich, Fundamentu w Częstochowie zobaczyłam Boga-Ojca. W którym mamy wszystko: to do Niego pędzi nasze serce! Św. Tereska od Dzieciątka Jezus pisze o spotkaniach z Jezusem jak o najprawdziwszych randkach z ukochanym, tęskni za Nim jak za najdroższym… Każde serce, przez Boga wymyślone – stworzone jest do tej właśnie Miłości. Tej prawdziwej, pełnej, wszechogarniającej!!! Jak można oczekiwać od człowieka, że spełni te pragnienia! Ile kobiet lamentuje nad swoimi mężami, ilu mężów uskarża się na żony – że nie są tacy czy tacy… Oni po prostu SĄ. To nie tego pragnę, ale Boga pragnę. I mogę mieć Go tyle ile pragnę. Jego jest dostatek!!!

A oprócz tego wszystkiego, co mam w Bogu – mam jeszcze człowieka – który kiedyś zachwycił mnie swoim człowieczeństwem, swoim złośliwym humorem, swoim analitycznym umysłem, swoją troskliwością i tym także, że mu się spodobałam… Mam człowieka, do którego można się przytulić! Któremu można powierzyć opiekę nad dziećmi… Który troszczy się i jest obecny.<

Teraz wiem, że szczęście małżeńskie polega na przyjęciu człowieka bez obciążania go tym, czego w nim nie ma. Na radości z bycia razem, bez żalu o to, co niemożliwe. Na dzieleniu życia, na tyle, na ile to możliwe – i na dzieleniu Nadziei, która jest w nas, wlana przez Tego, który stworzył nasze serca.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code