Simone Weil

W sprawie kwestii kolonialnej i jej związki z przeznaczeniem francuskiego narodu

W SPRAWIE KWESTII KOLONIALNEJ I JEJ ZWIĄZKÓW Z PRZEZNACZENIEM FRANCUSKIEGO NARODU

1943

Simone Weil

Ten tekst został zredagowany – podobnie jak inne – w ramach redaktorskich zadań, które Simone Weil wykonywała w organizacji Wolna Francja w Londynie dla biur odpowiedzialnego za Urząd Spraw Wewnętrznych Andrégo Philipa.

Simone Weil wyraża tutaj przenikającą ją do głębi i prześladującą myśl, że proces dekolonizacji na płaszczyźnie światowej jest rozpoczęty, nieubłagany i nieodwracalny. Trudno powiedzieć, czy jej przemyślenia miały bezpośredni wpływ na gaullistowskich dostojników, ale na pewno kilku doradców generała de Gaulle’a niepokoiło się podobnymi sprawami.

Stanąwszy twarzą w twarz z przyszłością francuskich kolonii, Wolna Francja pozostawała w szczególnej sytuacji. Właśnie w Afryce Zachodniej i we francuskiej Afryce Równikowej generał de Gaulle znalazł pierwsze oparcie. Jego ostatecznym celem było wprawdzie odzyskanie przez Francję niezależności i wolności, ale gwarancja nienaruszalności zagrożonego przez anglo-amerykańskie ambicje Imperium była również jednym z warunków sukcesu. W każdym razie sytuacja nie mogła tak trwać bez zmian. Zakwestionowanie zasad, które kierowały tworzeniem „Francuskiego Imperium”, stawało się niezbędne. Niestety, zapisane w IV Republice karty historii, urzeczywistniły najgorsze przeczucia Simone Weil.

Problemu doktryny albo wiary jako natchnienia dla francuskiego narodu we Francji w obecnym oporze i w przyszłym budowaniu nie można oddzielać od problemu kolonizacji. Doktryna nie zamyka się wewnątrz jednego terytorium. Ten sam duch wyraża się w związkach narodu z tymi, którzy go ujarzmili siłą, w wewnętrznych związkach narodu z samym sobą i w związkach z tymi, którzy od niego zależą.

Co do polityki wewnętrznej Francji, to nikomu nie przychodzi do głowy szalona myśl, że III Republika z 3 września 1939 roku w całości zmartwychwstanie. Mówi się jedynie o ustroju zgodnym z tradycjami Francji, czyli przede wszystkim o natchnieniu, dzięki któremu od średniowiecza Francja odgrywała tak ważną rolę w Europie i o natchnienie płynące z Rewolucji Francuskiej. Chodzi zresztą z grubsza o tę samą rzecz, przetłumaczoną z języka katolickiego na język świecki.

Jeżeli to kryterium jest naprawdę wartościowe dla Francji, jeżeli jest rzeczywiste, nie powinno być inne dla kolonii.

To wymaga nie utrzymywania, lecz zawieszenia status quo aż do chwili, gdy problem kolonii zostanie ponownie przemyślany albo w ogóle przemyślany. Kolonialna doktryna nie istniała bowiem nigdy we Francji. Nie mogła istnieć. Istniały kolonialne praktyki.

Aby przemyśleć ten problem, trzeba pokonać trzy pokusy.

Pierwsza to patriotyzm, który skłania do tego, aby woleć swój kraj bardziej niż sprawiedliwość i aby uznawać, że w żadnym wypadku nie ma nigdy powodu wybierać między jednym i drugim. Jeżeli w ojczyźnie jest coś świętego, to powinniśmy dostrzec, że istnieją ludy, które pozbawiliśmy ich ojczyzny. Jeżeli niczego takiego nie ma, nie powinniśmy brać pod uwagę naszego kraju, gdy powstaje problem sprawiedliwości.

Druga pokusa to zwracanie się do uprawnionych osób. Uprawnieni w tej dziedzinie to kolonizatorzy. Oni są stroną sprawy. Właśnie, gdyby sprawa została przedstawiona gruntownie, mogliby wystąpić jako oskarżeni. Ich sąd nie jest bezstronny. Jeżeli zresztą porzucili Francję dla kolonii, to najpierw w wielu wypadkach kolonialny system ich pociągał. Tamtejsza sytuacja przede wszystkim spowodowała, że przeżyli przemianę. Język nawet najbardziej zbuntowanych tubylców jest dokumentem mniej obciążającym kolonizację niż język wielu kolonizatorów. Tubylcy, którzy przybywają do Francji, znacznie bardziej wolą mieć do czynienia, ilekroć mogą, z Francuzami z Francji niż z kolonizatorami. 1 Nie cenią ich uprawnień. Ale w istocie odsyła się ich zawsze do kolonizatorów. Uprawnienia mają we Francji taki wpływ, że gdy tubylcy zdobywają się na skargę przeciwko aktowi ucisku, często ich skarga, krążąc miedzy biurami, powraca do człowieka, przeciwko któremu została wniesiona i który się za to mści. Mamy skłonność do przeprowadzania takiego samego zabiegu na wielką skalę.

To uprawnienie jest nie tylko nieformalne, ale też bardzo niepełne. Dotyczy to często przestrzeni w tym sensie, że wielu ludzi zna skrawek Imperium i generalizuje. Dotyczy to szczególnie czasu. Z wyjątkiem Maroka, gdzie niektórzy Francuzi stali się rzeczywiście miłośnikami arabskiej kultury – i to środowisko, nawiasem mówiąc, zaczyna być źródłem odnowy dla francuskiej kultury – Francuzów w koloniach nie ciekawi na ogół historia kraju, w którym się znajdują. A jak miałoby być, skoro francuska administracja nie robi niczego, aby umożliwić zdobywanie takiej wiedzy?

Dlaczego twierdzimy, że choć trochę rozumiemy jakiś lud, gdy zapominamy, że ma on przeszłość? My, Francuzi, szukamy przecież natchnienia w przeszłości Francji. Czy sądzimy, że tylko ona może mieć przeszłość?

Trzecia pokusa to pokusa chrześcijańska. Ponieważ kolonizacja tworzy korzystne dla misji środowisko, chrześcijanie są skłonni polubić ją z tego powodu, nawet gdy dostrzegają jej wady.

Nie będziemy roztrząsali sprawy – która jednak zasługiwałaby na zbadanie – czy Hindus, buddysta, muzułmanin albo tak zwany poganin nie ma w swojej tradycji drogi ku duchowości, jaką proponują mu chrześcijańskie kościoły. W każdym razie Chrystus nigdy nie powiedział, że wojenne okręty powinny choćby z daleka towarzyszyć tym, którzy głoszą dobrą nowinę. Ich obecność zmienia charakter orędzia. Krwi męczenników trudno zachować przypisywaną jej przez nas nadprzyrodzoną skuteczność, gdy została zbrojnie pomszczona. Chcąc mieć jednocześnie Cezara i Krzyż, chcemy mieć w ręku więcej atutów, niż wolno człowiekowi.

Najbardziej zajadli laicy, wolnomularze i ateiści lubią kolonizację ze skrajnie odmiennego, lecz lepiej uzasadnionego faktami powodu. Lubią ją jako narzędzie do usuwania religii, czym rzeczywiście jest. Liczba ludzi, których pozbawia ona religii, znacznie przewyższa liczbę ludzi, którym przynosi jakąś nowinę. Ale ci, którzy spodziewają się, że rozpowszechni tak zwaną laicką wiarę, również popełniają błąd. Francuska kolonizacja pociąga przecież za sobą z jednej strony chrześcijański wpływ, a z drugiej strony wpływ idei 1789 roku. Ale obydwa wpływy są stosunkowo słabe i przejściowe. Nie może być inaczej ze względu na sposób szerzenia się tych wpływów oraz nadmierną odległość między teorią i praktyką. Silnym i długotrwałym wpływem odznacza się niedowiarstwo albo dokładniej – sceptycyzm.

Najniebezpieczniejsze jest to, że podobnie jak alkoholizm, gruźlica i kilka innych chorób trucizna sceptycyzmu jest o wiele szkodliwsza na obszarze do niedawna nienaruszonym. Nie wierzymy, niestety, w nic wielkiego. Poprzez kontakt wytwarzamy gatunek nie wierzących w nic ludzi. Jeżeli nadal tak będzie, odczujemy pewnego dnia skutek z brutalnością, której Japonia daje nam jedynie przedsmak.

Nie można mówić, że kolonizacja stanowi część francuskiej tradycji. To proces, który dokonał się niezależnie od życia francuskiego narodu. Algierska ekspedycja była z jednej strony sprawą dynastycznego prestiżu, a z drugiej strony środkiem zabezpieczenia śródziemnomorskiego ładu i jak często bywa, obrona przekształciła się w podbój. Później zdobycie Tunezji i Maroka było przede wszystkim, jak mówił jeden z tych, którzy mieli duży udział w drugim przedsięwzięciu, odruchem chłopa powiększającego swój kawałek ziemi.

Podbój Indochin był zastępczą reakcją po upokorzeniu z 1870 roku. Nie potrafiliśmy oprzeć się Niemcom i wyruszyliśmy, aby w zamian, korzystając z przejściowych zamieszek, pozbawić ojczyzny spokojny i dobrze zorganizowany lud o tysiącletniej cywilizacji. Ale rząd Jules’a Ferry’ego dokonał tego czynu, nadużywając swoich pełnomocnictw i otwarcie sprzeciwiając się francuskiej opinii publicznej. 2 Reszta podboju została przeprowadzona przez ambitnych oficerów dyletantów, którzy nie słuchali ścisłych rozkazów swoich dowódców.

Wyspy Oceanii zostały zajęte przy sposobności żeglugi z inicjatywy takiego czy innego oficera i oddane garstce żandarmów, misjonarzy oraz kupców, podczas gdy kraj nie zainteresował się nimi nigdy.

Jedynie kolonizacja Czarnej Afryki wywołała powszechne zainteresowanie. Było to również najbardziej uzasadnione ze względu na stan tego nieszczęśliwego kontynentu, którego historia jest prawie w ogóle nieznana, ale na którym biali od czterech wieków przy pomocy broni palnej i handlu niewolnikami spowodowali w każdym razie wszelkie możliwe spustoszenia. Mimo to istnieje nierozwiązany problem Czarnej Afryki.

Nie można mówić, że status quo to odpowiedź na problemy Francuskiego Imperium. Ponadto nie można ani mówić, ani nawet myśleć, że ten problem dotyczy jedynie francuskiego narodu. Byłoby to dokładnie tak samo słuszne jak podobne roszczenia Hitlera wobec Europy Środkowej. Ten problemem dotyczy oprócz francuskiego narodu także całego świata, a przede wszystkim podległej ludności.

Siła, na której opiera się kolonialne imperium, to wojenna flota. Francja straciła ją prawie całkowicie. Nie można mówić, że ją złożyła w ofierze, gdyż straciła ją z powodu wroga, który zawładnąłby nią, gdyby nie została zniszczona. 3 Wobec tego po zwycięstwie Francja w swoich imperialnych stosunkach będzie zależała od krajów, które mają flotę. Dlaczego te kraje nie miałyby prawa wypowiadać się na temat każdego dotyczącego Imperium poważnego problemu? Jeżeli rozstrzyga siła, to Francja ją straciła, a jeżeli prawo, to Francja nigdy nie miała prawa rozporządzać losem niefrancuskiej ludności. W żadnym, ani prawnym, ani faktycznym sensie nie można mówić, że obszary zamieszkałe przez tę ludność są własnością Francji.

Największym błędem, jaki mogłaby popełnić obecnie Wolna Francja, byłaby chęć absolutnego podtrzymywania kiedyś tych roszczeń wobec Ameryki. 4 Nie może być nic gorszego niż postawa zupełnie sprzeczna zarazem z ideałami i z rzeczywistością. Postawa sprzeczna z jednym z dwojga, a zgodna z drugim ma już duże braki, ale inna postawa ma je wyłącznie.

Problem kolonii trzeba rozpatrywać jako nowy problem. Dwie zasadnicze uwagi mogą rzucić na niego pewne światło.

Pierwsza uwaga dotyczy tego, że hitleryzm polega na zastosowaniu przez Niemcy na europejskim kontynencie, a ogólniej w krajach białej rasy kolonialnych metod podboju i panowania. Czesi jako pierwsi zasygnalizowali to podobieństwo, gdy protestując przeciwko protektoratowi Czech, 5 powiedzieli: „Żaden europejski naród nie został nigdy poddany takiemu reżimowi”. Jeżeli zbadamy szczegółowo metody kolonialnych podbojów, to podobieństwo z hitlerowskimi metodami będzie oczywiste.

Odpowiedni przykład można znaleźć w listach, które pisał z Madagaskaru
Lyautey. 6 Nadmierne okrucieństwo, które od pewnego czasu wydaje się wyróżniać hitlerowskie panowanie spośród wszystkich innych, da się chyba wytłumaczyć lękiem przed porażką. Nie należy zapominać o zasadniczym podobieństwie metod, wywodzących się zresztą w obydwóch wypadkach z rzymskiego wzorca.

To podobieństwo dostarcza zupełnie gotowej odpowiedzi na wszystkie przemawiające za kolonialnym systemem argumenty. Wszystkie te dobre, niezbyt dobre i złe argumenty są bowiem z taką samą słusznością używane przez Niemcy w ich dotyczącej zjednoczenia Europy propagandzie.

Krzywda, jaką Niemcy wyrządziłyby Europie, gdyby Anglia nie przeszkodziła niemieckiemu zwycięstwu, to krzywda, jaką wyrządza kolonizacja, czyli wykorzenienie. Pozbawiłyby one podbite kraje ich przeszłości. Utrata przeszłości to popadnięcie w kolonialną zależność.

Krzywdę, którą Niemcy na próżno próbowały nam wyrządzić, wyrządziliśmy innym. Z naszej winy mali Polinezyjczycy recytują w szkole: „Nasi przodkowie Gallowie mieli jasne włosy, niebieskie oczy…” Alain Gerbault 7 opisał w książkach, które były bardzo poczytne, ale nie wywarły żadnego wpływu, jak dosłownie każemy umierać ze zgryzoty tym ludom, nie pozwalając im na ich zwyczaje, tradycje, święta i na całą ich radość życia.

Z naszej winy annamiccy studenci oraz intelektualiści nie mogą poza rzadkimi wyjątkami dostać się do bibliotek, które zawierają wszystkie odnoszące się do historii ich kraju dokumenty. Wyobrażenie o swojej ojczyźnie przed podbojem czerpią od rodziców. Jest to słuszne lub niesłuszne wyobrażenie spokojnego, mądrze zarządzanego państwa, w którym nadmiar ryżu był przechowywany w magazynach i rozdawany w czasach głodu, przeciwnie do nowszej praktyki eksportowania ryżu z południa, gdy głód wyniszcza ludność północy. Machina państwa opierała się w całości na konkursach, w których wszystkie społeczne klasy mogły brać udział. Wystarczyło zdobyć wykształcenie, co było możliwe nawet bez majątku i w odległej miejscowości.

Konkursy odbywały się co trzy lata. Kandydaci zbierali się na łące i przez trzy dni przygotowywali krótką rozprawę na podany temat, zaczerpnięty na ogół z klasycznej chińskiej filozofii. Konkursy miały różne stopnie trudności, które przechodziło się kolejno. Każdy konkurs wytwarzał środowisko, z którego byli wybierani urzędnicy na odpowiednio zaszczytne stanowiska, najwyższemu konkursowi odpowiadało stanowisko premiera, a cesarzowi nie było wolno znajdować premiera gdzie indziej. W zarządzaniu i w kulturze występowała bardzo znaczna decentralizacja, a jej ślady istnieją nawet teraz w niektórych miejscowościach na północy Tonkinu, gdzie chłopi znają chińskie pismo i podczas wielkich świąt improwizują poezję.

Ten obraz jest być może upiększony, ale trzeba przyznać, że zgadza się on z wrażeniem, jakie wywołują niektóre listy misjonarzy z XVII wieku. W każdym razie niezależnie od udziału legendy ta przeszłość jest przeszłością tego ludu i nie potrafi on znaleźć natchnienia gdzie indziej. Jest z niej już prawie całkowicie, ale nie całkowicie wykorzeniony. Jeżeli po wypędzeniu Japończyków dostanie się pod europejskie panowanie, złu nie da się już zaradzić.

Niezależnie od tego, jaką ulgę musi prawdopodobnie spowodować odejście Japończyków, dalsze francuskie panowanie znoszono by niewątpliwie ze wstrętem z powodu okrucieństw, których według zgodnych świadectw Francuzi dopuścili się, aby stłumić bunt w momencie francusko-japońskiego porozumienia. 8 Według jednego z tych świadectw wsie były burzone za pomocą lotniczych bombardowań, a tysiące osób, oskarżonych o przynależność do rodzin buntowników, wsadzono na pontony i utopiono. Chociaż te okrucieństwa, jeżeli są prawdziwe, zostały popełnione przez ludzi z Vichy, mieszkańcy Annamu nie będą dokonywali rozróżnienia.

Pozbawiając ludy ich tradycji, ich przeszłości, a co za tym idzie, ich duszy, kolonizacja ogranicza je do stanu ludzkiej materii. Ludność okupowanych krajów nie jest niczym innym dla Niemców. Ale nie można zaprzeczyć, że większość kolonizatorów zajmuje taką samą postawę wobec tubylców. Przymusowa praca 9 była niezwykle mordercza we francuskiej Czarnej Afryce, a metodę deportacji stosowano tam, aby zaludnić dolinę Nigru. W Indochinach przymusowa praca istnieje na plantacjach pod przejrzystym przebraniem, uciekinierzy są przyprowadzani z powrotem przez policję i czasami za karę umieszczani wśród czerwonych mrówek, a pewien Francuz, inżynier na jednej z plantacji mówił na temat bicia, którym karze się tam najczęściej: „Nawet z punktu widzenia dobra jest to najlepszy sposób, bo skoro są do ostatecznych granic zmęczeni i głodni, każda inna kara byłaby okrutniejsza”. Pewien Kambodżanin, służący francuskiego żandarma mówił: „Chciałbym być psem żandarma, bo jemu dają jeść i nie jest bity”.

W naszej walce z Niemcami możemy zajmować dwie postawy. Niezależnie od potrzeby więzi należy bezwzględnie wybierać, ogłaszać swój wybór i wyrażać go przez czyny. Możemy żałować, że Niemcy wykonali to, co pragnęlibyśmy zobaczyć w wykonaniu Francji. Toteż niektórzy młodzi Francuzi mówią, że idą za generałem de Gaulle’em z takich samych powodów, jakie pociągnęłyby ich za Hitlerem, gdyby byli Niemcami. Możemy również brzydzić się nie osobą lub narodowością, ale duchem, metodami, ambicjami wroga. I możemy wybrać tylko drugą postawę. Inaczej nie warto mówić o Rewolucji Francuskiej albo o chrześcijaństwie. Jeżeli dokonamy wyboru, musimy go pokazywać na wszelkie sposoby.

Walka z Niemcami nie jest wystarczającym dowodem, że kochamy wolność. Niemcy bowiem nie zabrali nam jedynie wolności. Zabrali nam także potęgę, prestiż, tytoń, wino i chleb. Naszą walkę wspierają mieszane pobudki. Rozstrzygającym dowodem byłoby sprzyjanie wszystkiemu, co zapewniłoby przynajmniej częściową wolność tym, którym ją zabraliśmy. Moglibyśmy w ten sposób przekonać nie tylko innych, lecz także nas samych, że naprawdę kierujemy się ideałami.

Podobieństwo między hitleryzmem i kolonialną ekspansją, które dyktuje nam z moralnego punktu widzenia zajęcie pewnej postawy, podsuwa również będące najmniejszym złem praktyczne rozwiązanie. Doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że Europa tworzona przez wielkie i małe, zawsze suwerenne narody jest niemożliwa. Narodowość jest niedookreślonym zjawiskiem na znacznej części jej terytorium. Nawet w takich krajach jak Francja narodowa jedność przeżyła dosyć silny wstrząs. Bretończycy, Lotaryńczycy, paryżanie, Prowansalczycy o wiele wyraźniej niż przed wojną uświadamiają sobie wzajemne różnice. Mimo kilku wad nie jest to wcale takie złe. W Niemczech zwycięzcy dołożą starań, aby możliwie jak najbardziej osłabić poczucie narodowej jedności.

Najprawdopodobniej jedna część społecznego życia Europy ulegnie rozczłonkowaniu w o wiele mniejszej niż narodowa skali, druga część zostanie ujednolicona w o wiele większej skali, a naród będzie jedynie stanowił ramy zbiorowego życia, zamiast być praktycznie wszystkim jak w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Kraje słabe, ale o długiej tradycji, której towarzyszy wyraźna świadomość, na przykład Czechy, Holandia i kraje skandynawskie, będą musiały wypracować niezależny system, połączony z zewnętrzną wojskową ochroną. Można zastosować taki system jak na innych kontynentach. Rozumie się samo przez się, że Indochiny pozostawałyby jak zawsze wcześniej w orbicie Chin. Arabska część Afryki mogłaby odnaleźć własne życie, nie tracąc wszelkiego rodzaju związków z Francją. Jeżeli chodzi o Czarną Afrykę, wydaje się rozsądne, aby co do ogólnych problemów cała była zależna od całej Europy, a co do reszty, to niech wioska po wiosce odzyskuje szczęśliwe życie.

Druga uwaga, która może wyjaśnić problem kolonii, dotyczy tego, że Europa stanowi niejako średnią proporcjonalną między Ameryką i Wschodem. Bardzo dobrze wiemy, że po wojnie amerykanizacja Europy będzie bardzo poważnym niebezpieczeństwem i bardzo dobrze wiemy, że przegramy, jeżeli do niej dojdzie. Przegramy mianowicie tę cząstkę nas samych, która jest najbliżej spokrewniona ze Wschodem.

My uważamy mieszkańców Wschodu naprawdę niesłusznie za prymitywnych dzikusów i mówimy im to. Mieszkańcy Wschodu uważają nas nie bez pewnych powodów za barbarzyńców, ale tego nie mówią. Tak samo jesteśmy skłonni uważać, że Ameryka nie posiada prawdziwej cywilizacji, zaś Amerykanie są skłonni sądzić, że jesteśmy prymitywni.

Jeżeli Amerykanin, Anglik i Hindus są razem, to dwóch pierwszych łączy to, co nazywamy zachodnią kulturą, czyli pewne uczestnictwo w tworzonej przez naukę, technikę i demokratyczne zasady umysłowej atmosferze. Hindus nie ma z tym nic wspólnego. Natomiast Anglika i jego łączy coś, czego Amerykanin jest całkowicie pozbawiony. Tym czymś jest przeszłość. Oczywiście ich przeszłości są różne. Ale w o wiele mniejszym stopniu, niż sądzimy. Przeszłość Anglii to chrześcijaństwo, a wcześniej system spokrewnionych prawdopodobnie z grecką starożytnością wierzeń. Hinduska myśl jest bardzo spokrewniona z jednym i z drugim.

My, Europejczycy, walcząc z Niemcami, dużo mówimy dzisiaj o naszej przeszłości. Boimy się przecież ją utracić. Niemcy zapragnęli nam ją wydrzeć i zagraża jej amerykański wpływ. Trzymamy się jej już tylko na paru włoskach. Nie chcemy, aby zostały one przecięte. Chcemy zakorzenić się na nowo. Tymczasem za mało uświadamiamy sobie, że nasza przeszłość przychodzi do nas w znacznej części ze Wschodu.

Komunałem stało się stwierdzenie, że nasza cywilizacja o grecko-rzymskim pochodzeniu przeciwstawia się Wschodowi. Podobnie jak wiele komunałów jest to błąd. Wyrażenie „grecko-rzymskie” nie ma właściwie żadnego sensu. Pochodzenie naszej cywilizacji jest greckie. Od Rzymian wzięliśmy tylko pojęcie państwa, a użytek, jaki z niego robimy, podsuwa myśl, że to złe dziedzictwo. Mówi się, że Rzymianie odkryli prawniczego ducha, ale w tej sprawie jedyną pewną rzeczą jest to, że tylko ich prawny system przetrwał. Odkąd znamy mający cztery tysiące lat babiloński kodeks, nie możemy już wierzyć, że mieli oni monopol. W każdej innej dziedzinie ich twórczy wkład był zerowy.

Jeżeli chodzi o Greków, prawdziwe źródło naszej kultury, to przejęli to, co nam przekazali. Dopóki duma z wojskowych sukcesów nie uczyniła ich imperialistami, otwarcie to przyznawali. Herodot mówi na ten temat tak, że jaśniej już nie można. W przedhistorycznych czasach istniała śródziemnomorska cywilizacja, która czerpała natchnienie przede wszystkim z Egiptu, a w drugiej kolejności od Fenicjan. Hellenowie przybyli nad brzegi Morza Śródziemnego jako zdobywcza koczownicza ludność, prawie nie mająca własnej kultury. Narzucili oni własny język, ale przejęli kulturę podbitego kraju. Grecka kultura wytworzyła się albo wskutek przystosowania Hellenów, albo wskutek przetrwania wcześniejszej, niehelleńskiej ludności. W wojnie trojańskiej jeden z dwóch obozów reprezentował cywilizację i tym obozem była Troja. Poprzez wymowę Iliady odczuwamy, że poeta o tym wiedział. Grecja w całości zajęła przecież wobec Egiptu postawę synowskiego szacunku.

Wschodnie pochodzenie chrześcijaństwa jest oczywiste. Niezależnie od tego, czy zajmujemy wobec chrześcijaństwa postawę pełną wiary, czy też agnostyczną, w obydwóch wypadkach jest pewne, że jako historyczny fakt zostało ono przygotowane przez wcześniejsze stulecia. Poza będącą krajem Wschodu Judeą myślowe prądy, które złożyły się na chrześcijaństwo, pochodziły z Egiptu, Persji, być może z Indii, a zwłaszcza z Grecji, ale z części greckiej myśli czerpiącej bezpośrednio natchnienie z Egiptu i Fenicji.

Jeżeli chodzi o średniowiecze, to miało ono swoje wspaniałe chwile, gdy wschodnia kultura pojawiła się na nowo, aby zapładniać Europę, za pośrednictwem Arabów, a także innymi tajemniczymi drogami, ponieważ występowało przenikanie perskich tradycji. Odrodzenie również zostało częściowo spowodowane przez impuls, jakim były kontakty z Bizancjum.

W innych momentach historii pewne wschodnie wpływy mogły przyczyniać się do rozkładu. Tak było w wypadku Rzymu i tak jest w wypadku naszych czasów. Ale w obydwóch wypadkach chodzi o fabrykowany przez snobów i dla snobów pseudoorientalizm, a nie o kontakt z prawdziwymi cywilizacjami Wschodu.

Krótko mówiąc, wydaje się, że Europa potrzebuje od czasu do czasu rzeczywistych kontaktów ze Wschodem, aby pozostała duchowo żywa. To prawda, że w Europie istnieje coś, co przeciwstawia się duchowi Wschodu, coś swoiście zachodniego. Lecz to coś w czystym stanie i do drugiej potęgi znajduje się w Ameryce, zagrażając nam pożarciem.

Europejska cywilizacja jest połączeniem ducha Wschodu z jego przeciwieństwem, połączeniem, w którym duch Wschodu musi występować w dosyć znacznej proporcji. Tę proporcję trudno dzisiaj osiągnąć. Potrzebujemy zastrzyku wschodniego ducha.

Europa nie ma być może innego sposobu, aby uniknąć rozkładu pod amerykańskim wpływem, niż nowy, prawdziwy, głęboki kontakt ze Wschodem. Jeżeli obecnie umieścimy razem Amerykanina, Anglika i Hindusa, Amerykanin i Anglik zbratają się zewnętrznie, choć każdy z nich będzie uważał, że jest znacznie lepszy, zaś Hindusa pozostawią samego. Stopniowe pojawianie się atmosfery, w której odruchy byłyby inne, jest chyba pod względem duchowym sprawą życia lub śmierci dla Europy.

Tymczasem kolonizacja, zamiast stwarzać okazje do kontaktów ze wschodnimi cywilizacjami, jak było w wypadku wypraw krzyżowych, uniemożliwia takie kontakty. Bardzo wąskie i bardzo ciekawe środowisko francuskich arabistów to być może jedyny wyjątek. Dla Anglików żyjących w Indiach, dla Francuzów żyjących w Indochinach ludzkie otoczenie składa się z białych. Tubylcy stanowią część dekoracji.

Jeszcze Anglicy mają spójną postawę. Robią interesy i to wszystko. Francuzi, czy chcą, czy też nie, przenoszą wszędzie zasady 1789 roku. Wobec tego mogą zdarzyć się tylko dwie rzeczy. Albo tubylcy w swoim przywiązaniu do własnej tradycji poczują się urażeni obcym wkładem, albo szczerze przyjmą te zasady i będą oburzeni, nie mając z nich pożytku. Jakkolwiek może się to wydawać bardzo dziwne, obydwie przeciwstawne reakcje istnieją często u tych samych osób.

Byłoby zupełnie inaczej, gdyby kontakty Europejczyków z Azją, Afryką, Oceanią tworzyły się na podwalinach kulturowej wymiany. W ostatnich latach odczuliśmy do głębi duszy, że nowoczesna zachodnia cywilizacja, w tym nasze pojmowanie demokracji, jest niewystarczająca. Europa cierpi na kilka tak poważnych chorób, że ledwie ośmielamy się o tym myśleć. Jedna to wciąż rosnące przepływ ze wsi do miast i z zawodów wykonywanych ręcznie do zajęć niewykonywanych ręcznie, co zagraża fizycznym podstawom społecznego bytu. Inna to bezrobocie.

Inna to umyślne niszczenie artykułów pierwszej potrzeby, na przykład zboża. 10 Inna to bezustanny niepokój i ciągła potrzeba rozrywki. Inna to okresowa choroba wojny totalnej. Do tego wszystkiego dołącza się dzisiaj wzrastające przyzwyczajenie do masowego, a zarazem wyrafinowanego okrucieństwa, do najbardziej brutalnego obchodzenia się z ludzką materią. Wobec tego wszystkiego nie możemy już ani mówić, ani myśleć, że otrzymaliśmy z niebios misję nauczania życia we wszechświecie.

Mimo wszystko możemy niewątpliwie udzielać jakichś lekcji. Ale możemy też wiele przejąć z nawet najbardziej niedoskonałych form życia, które przez swoją tysiącletnią przeszłość dostarczają w każdym razie dowodu swojej trwałości. Oskarża się je, że są niewzruszone. W rzeczywistości chylą się prawdopodobnie od dawna ku upadkowi. Ale upadają powoli.

Niedola rozbudziła w nas, Francuzach bardzo żywe pragnienie naszej własnej przeszłości. Ci, którzy mówią o republikańskiej tradycji Francji, nie myślą o III Republice, lecz o 1789 roku i o socjalistycznych ruchach z początku minionego stulecia. Ci, którzy mówią o jej chrześcijańskiej tradycji, nie myślą o monarchii, lecz o średniowieczu. Wielu mówi o obydwu tradycjach, co jest możliwe bez żadnej sprzeczności. Ta przeszłość jest nasza, ale ma wadę, że jest przeszłością. Jest nieobecna. Tysiącletnie cywilizacje Wschodu mimo bardzo wielkich różnic są o wiele bliższe naszemu średniowieczu niż my sami.

Rozgrzewając się w podwójnym promieniowaniu przeszłości i obecnych spraw, które stanowią jej przekształcony obraz, możemy znaleźć siłę, aby przygotować sobie przyszłość. Chodzi tutaj o los rodzaju ludzkiego. Tak samo bowiem jak hitleryzacja Europy prowadziłaby niewątpliwie do hitleryzacji ziemskiego globu – dokonanej bądź przez Niemców, bądź przez ich japońskich naśladowców – amerykanizacja Europy prowadziłaby niewątpliwie do amerykanizacji ziemskiego globu. Drugie zło jest mniejsze niż pierwsze, ale bezpośrednio po nim następuje. W obydwóch wypadkach cała ludzkość utraciłaby swoją przeszłość. Tymczasem przeszłość jest rzeczą, która gdy raz zostanie całkowicie utracona, nie odnajduje się już nigdy.

Człowiek dzięki swoim wysiłkom buduje częściowo własną przyszłość, ale nie może wytworzyć sobie przeszłości. Może ją tylko zachowywać. Encyklopedyści sądzili, że ludzkość nie ma żadnego zysku z zachowywania przeszłości. Nauczeni okrutnymi doświadczeniami porzucamy właśnie ten pogląd. Ale nie stawiamy sprawy wystarczająco jasno, aby ją zdecydowanie rozstrzygnąć.

Podłoże tej sprawy jest proste. Jeżeli czysto ludzkie zdolności człowieka wystarczają, nic nie stoi na przeszkodzie, aby przekreślić całą przeszłość oraz liczyć na to, że zasoby woli i umysłu przezwyciężą wszelkiego rodzaju trudności. W to właśnie wierzono i w to w gruncie rzeczy nikt już nie wierzy oprócz Amerykanów, ponieważ nie ogłuszył ich jeszcze wstrząs niedoli.

Jeżeli człowiek potrzebuje zewnętrznego wsparcia i jeżeli uznaje, że to wsparcie ma charakter duchowy, przeszłość jest nieodzowna, ponieważ stanowi przechowalnie wszelkich duchowych skarbów. Bez wątpienia działanie łaski zapewnia człowiekowi ostatecznie bezpośredni kontakt z innym światem. Ale promieniowanie duchowych skarbów przeszłości może samo doprowadzić duszę do stanu, który jest koniecznym warunkiem przyjęcia łaski. Właśnie dlatego nie ma religii bez religijnej tradycji i naprawdę tak jest nawet, gdy nowa religia dopiero się pojawia. Utrata przeszłości równa się utracie tego, co nadprzyrodzone. Chociaż Europa nie doznała jeszcze w pełni ani jednej, ani drugiej utraty, ale obydwie są dostatecznie blisko, abyśmy mogli doświadczalnie stwierdzić tę zależność.

Amerykanie nie mają innej przeszłości niż nasza Trzymają się jej za naszym pośrednictwem na niezwykle cienkich włoskach. Nawet wbrew nim samym ich wpływ nas ogarnie i gdy nie napotka wystarczającej przeszkody, zabierze im ich odrobinę przeszłości, jeżeli można tak się wyrazić, jednocześnie pozbawiając nas naszej. Z drugiej strony Wschód tkwił uparcie przy swojej przeszłości aż do chwili, gdy nasz wpływ, korzystając częściowo z prestiżu pieniądza, a częściowo z prestiżu wojska, w połowie go wykorzenił. Ale jest on wykorzeniony dopiero w połowie. Przykład Japończyków jednak pokazuje, że gdy mieszkańcy Wschodu decydują się przyjąć nasze wady, dorzucając do nich własne, podnoszą je do drugiej potęgi.

My, Europejczycy, jesteśmy w środku. Jesteśmy osią. Los całego rodzaju ludzkiego będzie zależał niewątpliwie od nas na bardzo krótkiej prawdopodobnie przestrzeni czasu. Jeżeli pozwolimy wymknąć się okazji, pogrążymy się prawdopodobnie wkrótce nie tylko w bezsilności, lecz także w niebycie. Jeżeli nieustannie zwracając swoje spojrzenie ku przyszłości, spróbujemy ponownie nawiązać łączność z naszą własną tysiącletnią przeszłością, jeżeli w tym celu poszukamy bodźca w opartej na szacunku rzeczywistej przyjaźni ze wszystkim, co na Wschodzie jest jeszcze zakorzenione, zdołamy być może uchronić od prawie całkowitej zagłady przeszłość, a zarazem duchowe powołanie rodzaju ludzkiego.

Przygoda ojca Foucauld, 11 którego do pobożności, a co za tym idzie, do Chrystusa, doprowadziła pewnego rodzaju rywalizacja z widokiem arabskiej pobożności, byłaby zatem niejako symbolem naszego bliskiego odrodzenia.

Dlatego tak zwana kolorowa ludność, nawet jeżeli jest prymitywna, nie powinna już dłużej być ludnością podległą. Ale z naszkicowanego tutaj punktu widzenia przekształcanie jej na wzór europejski w demokratyczne lub niedemokratyczne narody nie byłoby lepsze. Byłaby to zresztą głupota zarówno w wypadkach, gdy jest to możliwe, jak w wypadkach, gdy jest niemożliwe. Na świecie jest aż za dużo narodów.

Istnieje tylko jedno rozwiązanie, to znaczy znalezienie takiego sensu słowa „protektorat”, aby nie było ono kłamstwem. Dotychczas to słowo było używane tylko po to, aby okłamywać. Jeżeli jest zbyt zdyskredytowane, można poszukać synonimu. Najistotniejsze jest znalezienie takiej kombinacji, dzięki której ludność nie tworząca narodów i pozostająca pod pewnymi względami w zależności od zorganizowanych państw byłaby wystarczająco niezależna pod innymi względami, aby mogła czuć się wolna. O wolności bowiem, podobnie jak o szczęściu, decyduje poczucie, że się ją posiada. To poczucie nie może być ani zasugerowane przez propagandę, ani narzucone przez władzę. Można jedynie, i to bardzo łatwo, zmusić ludzi do tego, aby wyrażali je, choć go nie doświadczają. To właśnie bardzo utrudnia rozróżnienie. Kryterium stanowi pewna intensywność moralnego życia, która zawsze wiąże się z wolnością.

Dwa czynniki sprzyjają rozwiązaniu tego problemu. Po pierwsze będzie on również odnosił się do słabych europejskich społeczności. To może stwarzać więcej nadziei, że zostanie zbadany. Już dzisiaj można założyć, że na przykład ojczyzna Annamitów i ojczyzna Czechów lub Norwegów zasługują w takim samym stopniu na szacunek.

Drugim sprzyjającym czynnikiem jest to, że Ameryka, nie mając kolonii i co za tym idzie, kolonialnych przesądów, a stosując naiwnie demokratyczne kryteria do wszystkiego, co jej samej nie dotyczy, nieżyczliwie patrzy na kolonialny system. 12 Zamierza ona bez wątpienia poważnie wstrząsnąć zasklepioną w swojej rutynie Europą. Biorąc stroną ujarzmionej przez nas ludności, udziela nam, choć tego nie rozumie, najlepszego wsparcia, abyśmy w bliskiej przyszłości mogli oprzeć się jej własnym wpływom. Nie rozumie tego, ale żałosne byłoby, gdybyśmy również tego nie rozumieli.

Dopóki trwa wojna, wszystkie obszary na świecie są przede wszystkim terenami strategicznymi i powinny być tak traktowane. To nakłada podwójny obowiązek, aby nie mówić niczego, co powoduje natychmiastowe zawirowania i aby nie odbierać również wszelkiej nadziei na zmianę milionom nieszczęśliwych istot, które niedola może rzucić na stronę wroga. Zresztą ten podwójny niepokój decyduje także o naszym nastawieniu wobec społecznych problemów we Francji.

Pomijając jednak wszelkie strategiczne względy, z politycznego punktu widzenia żałosne byłoby publiczne zajmowanie stanowiska, które utrwala status quo ante. Być może nieufność Amerykanów wobec nas, skoro nie powstaje ze złych pobudek, wynika z tej uzasadnionej obawy przed utrwalaniem, które uniemożliwiając wyjście na jaw pilnych problemów, odbiera wszelką nadzieję na ich rozwiązanie aż do chwili, gdy nowa światowa katastrofa odsłoni je na nowo.

W dziedzinie politycznej i społecznej nasze oficjalne stanowisko polega na tym, aby swobodnie przyjmować wszystko, co będzie słuszne, możliwe i zgodne z wolą francuskiego narodu. To stanowisko można utrzymać tylko, jeżeli odnosi się ono do wszystkich problemów bez wyjątku, z tą różnicą, że we wszystkich problemach dotyczących stosunków z jakąkolwiek niefrancuską ludnością wola francuskiego narodu powinna stanowić zrównoważony kompromis z wolą tej ludności i z wolą wielkich narodów, które odniósłszy zwycięstwo, będą bardziej lub mniej odpowiedzialne za porządek w świecie.

Do niedawna Francja była wielkim narodem. Nie jest nim w tej chwili. Szybko stanie się nim ponownie, jeżeli szybko potrafi zrobić to, co w tym celu konieczne. Wszyscy naturalnie mamy taką nadzieję. Ale nie dzieje się to na mocy boskiego prawa. Zarówno w sprawach międzynarodowych jak w sprawach polityki nie istnieje hierarchia na mocy boskiego prawa. Uznanie tej prawdy pozostaje zgodne z najmocniejszym patriotyzmem.

Miniona wielkość Francji zrodziła się przede wszystkim z jej duchowego promieniowania i ze zdolności, jaką wydawała się posiadać, do wytyczania dróg rodzajowi ludzkiemu.

Być może Francja zdoła coś z tego odnaleźć, nawet zanim odzyska jakąś moc, nawet przed wyzwoleniem swojego terytorium. Przygnębiona, upadła, a ponadto na wpół zadręczona, być może zdoła mimo wszystko podjąć próbę i zacznie na nowo myśleć o losie świata. Nie decydować o nim, ponieważ nie ma do tego żadnych uprawnień. Myśleć o nim – a to coś zupełnie innego.

Byłby to może najlepszy bodziec, najlepsza droga, aby odnalazła szacunek dla samej siebie.

Pierwszym warunkiem jest bezwzględne wystrzeganie się, aby niczego z góry nie utrwalać w żadnej dziedzinie.

Simone Weil

tłum. Małgorzata Frankiewicz

Inne teksty Simone Weil

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code