Simone Weil

Przemyślenia na temat wojny

PRZEMYŚLENIA NA TEMAT WOJNY

1933

Simone Weil

Opublikowane w La Critique sociale (nr 10, listopad 1933) i przedrukowane dwa lata później w Libres Propos (nr IX, nowa seria, 20 sierpnia 1935) „Przemyślenia na temat wojny” to najważniejszy tekst, jaki Simone Weil zdołała napisać dla czasopisma Borisa Souvarine’a, które przestało wychodzić w marcu 1934 roku. W tym szkicu, poświęconym analizie pojęcia rewolucji i krytyce „wojny rewolucyjnej”, Simone Weil powołuje się na wypowiedzi samego Souvarine’a na ten temat, a szczególnie na jego artykuł „Socjalizm i wojna” (nr 5, marzec 1932).

Obecna sytuacja i wywołany przez nią stan ducha stawiają jeszcze raz na porządku dziennym problem wojny. 1 Żyjemy teraz w ciągłym oczekiwaniu wojny, a choć niebezpieczeństwo jest być może urojone, jego poczucie istnieje i stanowi nie dający się zlekceważyć czynnik. Tymczasem nie można zauważyć żadnej reakcji oprócz paniki, i nie jest to raczej panika odważnych wobec zagrożenia rzezią, lecz panika umysłów wobec stawianych przez nią problemów. Nigdzie zamieszanie nie jest bardziej odczuwalne niż w ruchu robotniczym. Jeżeli nie podejmiemy poważnego analitycznego wysiłku, narażamy się, że wcześniej czy później wojna zastanie nas niezdolnych nie tylko do działania, ale nawet do osądu. Przede wszystkim więc trzeba dokonać bilansu tradycji, których kosztem dotychczas bardziej lub mniej świadomie żyliśmy.

Aż do okresu, który nastąpił po ostatniej wojnie, ruch rewolucyjny pod różnymi postaciami nie miał nic wspólnego z pacyfizmem. Rewolucyjne poglądy na temat wojny i pokoju czerpały zawsze natchnienie ze wspomnień lat 1792 -–1793 – 1794, które były kolebką całego ruchu rewolucyjnego z XIX wieku. Wojna 1792 roku wydawała się, całkowicie niezgodnie z historyczną prawdą, zwycięskim porywem, który stawiając francuski lud naprzeciw obcych tyranów, miał zarazem skruszyć panowanie dworu i wielkiej burżuazji, aby wynieść do władzy przedstawicieli pracujących mas.

Z tych utrwalonych przez Marsyliankę legendarnych wspomnień zrodziła się koncepcja obronnej i zaczepnej wojny rewolucyjnej jako nie tylko słusznej, ale też jednej z najbardziej zaszczytnych form walki stających naprzeciw ciemięzców robotniczych mas. Była to wspólna koncepcja wszystkich marksistów i prawie wszystkich rewolucjonistów aż do ostatniego piętnastolecia. Za to jeżeli chodzi o ocenę innych wojen, socjalistyczna tradycja dostarcza nam nie jednej koncepcji, lecz kilku sprzecznych, które nigdy nie były ze sobą wyraźnie porównywane.

W pierwszej połowie XIX wieku wojna miała chyba pewien urok dla rewolucjonistów, którzy we Francji na przykład wypominali ostro Ludwikowi Filipowi jego politykę pokoju. Proudhon pisał wówczas wymowną pochwałę wojny, 2 a o wojnach wyzwalających uciskane ludy marzono tak samo jak o powstaniach. Wojna 1870 roku zmusiła po raz pierwszy proletariackie organizacje, czyli w tym wypadku Międzynarodówkę, do zajęcia konkretnego stanowiska w sprawie wojny i Międzynarodówka piórem Marksa zachęcała robotników obydwóch walczących krajów, aby przeciwstawiali się wszelkim próbom podboju, lecz aby stanowczo brali udział w obronie swojego kraju przed atakiem przeciwnika.

W imię innej koncepcji Engels w 1892 roku, przywołując ze swadą wspomnienia wojny, która wybuchła sto lat wcześniej, zachęcał niemieckich socjaldemokratów, aby w razie potrzeby brali za wszelką cenę udział w wojnie, stawiającej naprzeciw Niemców sprzymierzoną z Rosją Francję. 3 Nie chodziło już o obronę lub atak, lecz o to, aby zaczepnie lub obronnie chronić kraj, w którym ruch robotniczy jest najpotężniejszy i aby gnębić kraj najbardziej reakcyjny. Inaczej mówiąc, zgodnie z tym poglądem, który podzielali również Plechanow, Mehring i inni, 4 trzeba, oceniając konflikt, zastanowić się, jakie wyjście byłoby najkorzystniejsze dla międzynarodowego proletariatu i stosownie do tego zająć stanowisko.

Temu poglądowi przeciwstawia się bezpośrednio inny, podzielany przez bolszewików i Spartakusa. 5 Zgodnie z nim w każdej wojnie z wyjątkiem wojen narodowych lub rewolucyjnych według Lenina, a z wyjątkiem jedynie wojen rewolucyjnych według Róży Luksemburg proletariat powinien pragnąć, aby jego własny kraj został pokonany i sabotować jego walkę. Ten pogląd, oparty na pojęciu imperialistycznego charakteru, który każdą wojnę oprócz wspomnianych powyżej wyjątków pozwala porównać do sporu wydzierających sobie łup bandytów, nie jest pozbawiony poważnych trudności. Burzy on bowiem, jak się wydaje, jedność działania międzynarodowego proletariatu, gdy zobowiązuje robotników każdego kraju, aby przyczyniali się do porażki własnego kraju, sprzyjając przez to nawet zwycięstwu wrogiego imperializmu, zwycięstwu, któremu inni robotnicy powinni usilnie przeszkadzać. Słynne sformułowanie Liebknechta: „Nasz główny wróg jest w naszym własnym kraju” jasno ukazuje tę trudność, wyznaczając rozmaitym narodowym odłamom proletariatu odmiennego wroga i przez to przynajmniej pozornie je sobie wzajemnie przeciwstawiając.

Jak widać, marksistowska tradycja, jeżeli chodzi o wojnę, nie odznacza się ani jednością, ani jasnością. Jedna sprawa w każdym razie była wspólna wszystkim teoriom: stanowcza odmowa potępienia wojny jako takiej. Marksiści, a szczególnie Kautsky 6 i Lenin, chętnie parafrazowali sformułowanie Clausewitza, 7 według którego wojna jest tylko dalszym ciągiem polityki czasu pokoju, ale prowadzonej innymi środkami. Wynika stąd, że wojnę należy oceniać nie ze względu na brutalny charakter stosowanych metod, ale ze względu na kontynuowane poprzez te metody zadania.

Okres powojenny wprowadził do ruchu robotniczego nie inny pogląd, bo nie można oskarżać robotniczych lub rzekomo robotniczych organizacji naszych czasów o posiadanie poglądów na jakikolwiek temat, ale inną moralną atmosferę. Już w 1918 roku żarliwie pragnąca wojny rewolucyjnej bolszewicka partia musiała pogodzić się z pokojem nie z doktrynalnych powodów, ale pod bezpośrednim naciskiem rosyjskich żołnierzy, których przykład 1793 roku jednakowo nie skłaniał do rywalizacji, gdy wspominali o niej bolszewicy i Kierenski. Tak samo działo się na płaszczyźnie zwykłej propagandy w innych krajach, gdzie zdruzgotane przez wojnę masy zmuszały powołujące się na proletariat partie do stosowania całkowicie pacyfistycznego języka, który nie przeszkadzał zresztą jednym wielbić Armię Czerwoną, a innym uchwalać we własnym kraju wojenne fundusze. Nigdy oczywiście ten nowy język nie został uzasadniony przez teoretyczne analizy i nigdy nawet nie zauważono, jak się wydaje, że był nowy. Ale jest faktem, że zamiast piętnować wojnę jako imperialistyczną, zaczęto piętnować imperializm jako wojennego podżegacza.

Tak zwany ruch amsterdamski, 8 teoretycznie skierowany przeciwko wojnie imperialistycznej, musiał, aby go słuchano, przedstawiać się jako skierowany przeciwko wojnie w ogóle. Pacyfistyczne skłonności ZSRR zostały w propagandzie uwypuklone jeszcze bardziej niż jego proletariacki lub rzekomo proletariacki charakter. Natomiast wypowiedzi wielkich teoretyków socjalizmu na temat niemożliwości potępienia wojny jako takiej zostały całkowicie zapomniane.

Triumf Hitlera w Niemczech spowodował, jeżeli można tak powiedzieć, wyjście na powierzchnię wszystkich dawnych poglądów, wymieszanych tak, że nie da się ich rozróżnić. Pokój wydaje się mniej cenny od chwili, gdy może zawierać w sobie niewypowiedziane potworności, pod których ciężarem jęczą tysiące robotników w obozach koncentracyjnych Niemiec. Pogląd wyrażony przez Engelsa w jego artykule z 1892 roku odżywa na nowo. Czy głównym wrogiem międzynarodowego proletariatu nie jest niemiecki faszyzm, tak jak wtedy był nim rosyjski carat? Ten rozprzestrzeniający się faszyzm można zgnieść tylko siłą, a ponieważ niemiecki proletariat jest bezbronny, jedynie pozostałe demokratyczne narody mogą, jak się wydaje, wykonać to zadanie.

Nieważne zresztą, czy chodzi o wojnę obronną, czy o „wojnę prewencyjną”. Lepsza byłaby nawet wojna prewencyjna. Czy Marks i Engels nie próbowali w pewnym momencie skłonić Anglii do zaatakowania Rosji? 9 Tego rodzaju wojna nie wydaje się już chyba walką między dwoma współzawodniczącymi imperializmami, lecz między dwoma politycznymi ustrojami. I zupełnie tak samo, jak czynił stary Marks w 1892 roku, przypominając sobie to, co zdarzyło się sto lat wcześniej, mówi się, że wojna zmusiłaby państwo do poważnych ustępstw dla proletariatu – tym bardziej, że podczas zagrażającej wojny wystąpiłby nieuchronnie konflikt między państwem i klasą kapitalistyczną, a także dość daleko posunięto by uspołeczniające działania. Kto wie, czy wojna nie wyniosłaby zatem automatycznie przedstawicieli proletariatu do władzy?

Wszystkie te rozważania już teraz tworzą w powołujących się na proletariat politycznych środowiskach bardziej lub mniej wyraźny nurt opinii na rzecz czynnego udziału proletariatu w wojnie przeciwko Niemcom. Jest to nurt jeszcze dość słaby, ale łatwo może się rozszerzyć. Inni zadowalają się rozróżnieniem między napaścią i obroną jakiegoś narodu, inni koncepcją Lenina, inni wreszcie, jeszcze liczniejsi, pozostają pacyfistami, ale w większości raczej siłą przyzwyczajenia niż z jakichkolwiek innych powodów. Nie sposób wyobrazić sobie gorszego zamieszania.

Tyle niezdecydowania oraz niejasności może zaskakiwać i powinno zawstydzać, jeżeli pomyślimy, że chodzi o zjawisko, które z całym szeregiem przygotowań, zadośćuczynień, nowych przygotowań wydaje się ze względu na wszystkie swoje moralne i materialne następstwa rządzić naszą epoką oraz stanowić charakterystyczny dla niej fakt. Zaskakujący byłby jednak lepszy obrót spraw, skoro wychodzi się od całkowicie legendarnej, iluzorycznej tradycji 1793 roku i używa się najbardziej nieprawidłowej z możliwych metod, która chce oceniać każdą wojnę z uwagi na osiągane cele, a nie z uwagi na charakter użytych środków. Wcale nie lepiej potępić w ogóle stosowanie przemocy, jak czynią całkowici pacyfiści. Wojna stanowi w każdej epoce wyraźnie określony rodzaj przemocy, której mechanizm trzeba zbadać, zanim wyda się jakikolwiek sąd. Materialistyczna metoda polega przede wszystkim na tym, aby rozpatrywać dowolny ludzki czyn, biorąc pod uwagę w mniejszym stopniu osiągane cele niż następstwa, które nieuchronnie pociąga za sobą samo działanie zastosowanych środków. Nie można rozwiązać ani nawet przedstawić dotyczącego wojny problemu, nie zdemontowawszy uprzednio mechanizmu wojskowych zmagań, to znaczy nie zanalizowawszy społecznych stosunków, jakie pociągają one za sobą w danych warunkach technicznych, gospodarczych i społecznych.

O wojnie w ogóle można mówić tylko abstrakcyjnie. Nowoczesna wojna różni się całkowicie od wszystkiego, co określano tym mianem we wcześniejszych ustrojach. Z jednej strony wojna stanowi tylko dalszy ciąg innej wojny zwanej konkurencją, a czyniącej z samej produkcji zwyczajną formę walki o panowanie, zaś z drugiej strony całe gospodarcze życie zwraca się obecnie ku przyszłej wojnie. W tej nierozróżnialnej mieszaninie wojskowości i gospodarki, gdzie rzemiosło wojenne służy konkurencji, a produkcja służy wojnie, wojna odtwarza jedynie, ale w o wiele ostrzejszym stopniu, budujące ustrój stosunki społeczne.

Marks niezbicie pokazał, że nowoczesny sposób produkcji określa się jako podporządkowanie pracowników narzędziom pracy, którymi rozporządzają niepracujący. Pokazał także, w jaki sposób konkurencja, nie uznająca innej broni oprócz wyzysku robotników, przekształca się w konflikt każdego pracodawcy z własnymi robotnikami i ostatecznie w konflikt ogółu pracodawców z ogółem robotników. Tak samo wojnę dzisiejszych czasów określa się jako podporządkowanie walczących narzędziom walki, a sprzętem wojskowym, prawdziwym bohaterem nowoczesnych wojen, podobnie jak oddanymi w jego służbę ludźmi, kierują ci, którzy nie walczą.

Skoro kierowniczy aparat nie ma innego sposobu pokonywania wroga niż wysyłanie pod przymusem własnych żołnierzy na śmierć, wojna jednego państwa przeciwko innemu państwu przekształca się natychmiast w wojnę państwowego i wojskowego aparatu przeciwko własnej armii. Toteż wydaje się ona ostatecznie wojną prowadzoną przez ogół aparatów państwa i sztabów przeciwko ogółowi ludzi wiekowo zdolnych do noszenia broni. Ale podczas gdy maszyny wydzierają pracownikom jedynie ich siłę do pracy, podczas gdy pracodawcy nie mają innego środka przymusu niż zwolnienie, które jest środkiem osłabionym możliwością wyboru przez pracownika między różnymi pracodawcami, każdy żołnierz musi poświęcić swoje życie wymogom wojskowego wyposażenia, i to pod wiszącą nieustannie nad jego głową za sprawą władzy państwowej groźbą egzekucji bez sądu. Nieważne zatem, czy wojna jest obronna, czy zaczepna, imperialistyczna czy narodowa, bo każde państwo musi korzystać z tej metody, gdy tylko wróg z niej korzysta. Wielki błąd prawie wszystkich dotyczących wojny badań, błąd, który popełnili szczególnie wszyscy socjaliści, to uznanie wojny za wydarzenie w polityce zewnętrznej, podczas gdy stanowi ona przede wszystkim najstraszliwszą sprawę w polityce wewnętrznej.

Nie chodzi tutaj o względy uczuciowe albo o zabobonny szacunek dla ludzkiego życia. Chodzi o bardzo proste spostrzeżenie, iż rzeź jest najbardziej drastyczną formą ucisku, a żołnierze nie narażają się na śmierć, lecz są wysyłani na rzeź. Skoro aparat ucisku, gdy już zostanie stworzony, trwa, dopóki się go nie zniszczy, każda wojna, nakładająca ciężar zobowiązanego do kierowania strategicznymi manewrami aparatu na masy, które zmusza się, aby służyły jako masy manewrowe, powinna być uznawana za czynnik reakcyjny, nawet jeżeli jest prowadzona przez rewolucjonistów. Zewnętrzny zasięg takiej wojny wyznaczają ustanowione wewnątrz stosunki polityczne, a wojska, którymi posługuje się aparat suwerennego państwa, nie mogą przynieść nikomu wolności.

Właśnie to zrozumiał Robespierre i to potwierdziła z hukiem wojna 1792 roku, która wydała na świat pojecie wojny rewolucyjnej. Wojskowa technika była jeszcze wówczas daleka od osiągnięcia takiego samego stopnia centralizacji jak dzisiaj, ale od Fryderyka II 10 podporządkowanie zobowiązanych do wykonywania działań żołnierzy zobowiązanemu do ich koordynowania wyższemu dowództwu było bardzo ścisłe. W chwili Rewolucji wojna musiała przeobrazić Francję, jak powie o tym Barère, w rozległy obóz i dać następnie aparatowi państwowemu tę nieodwołalną władzę, która jest właściwa wojskowym rządom.

Taki rachunek został przeprowadzony w 1792 roku przez dwór i przez żyrondystów, ponieważ ta wojna, którą zbyt łatwo zaakceptowana przez socjalistów legenda ukazała jako spontaniczny poryw ludu, stającego jednocześnie naprzeciw własnych ciemięzców i zagrażających mu obcych tyranów, stanowiła w istocie prowokację ze strony dworu i wysoko postawionej burżuazji, spiskujących zgodnie przeciwko wolności ludu. 11 Ich pomyłka była pozorna, ponieważ wojna, zamiast doprowadzić do świętej jedności, której się spodziewali, rozjątrzyła wszystkie konflikty, zaprowadziła króla, a później żyrondystów na szafot i dała „Górze” dyktatorską władzę. Mimo to jednak w dniu wypowiedzenia wojny, 20 kwietnia 1792 roku, cała nadzieja demokracji przepadła bezpowrotnie, a po 2 czerwca aż nazbyt szybko nastąpił 9 thermidora, którego następstwa z kolei musiały wkrótce doprowadzić do 18 brumaire’a.

Do czego służyła zresztą Robespierre’owi i jego przyjaciołom władza, którą sprawowali przed 9 thermidora? Celem ich istnienia nie było zagarnięcie władzy, lecz ustanowienie rzeczywistej demokracji, socjaldemokracji. Przez krwawą ironię historii wojna zmusiła ich do pozostawienia na papierze konstytucji z 1793 roku, do wytworzenia scentralizowanego aparatu, do stosowania krwawego terroru, którego nie zdołali nawet skierować przeciwko bogaczom, do unicestwienia wszelkiej wolności oraz do zmienienia się w sumie w zwiastunów wojskowego, biurokratycznego i burżuazyjnego despotyzmu Napoleona.

W każdym razie pozostali jednak przenikliwi. Niedługo przed swoją śmiercią Saint-Just zapisywał głęboką myśl: „Ci bowiem tylko wygrywają bitwy, którzy w nich uczestniczą, zyski zaś ciągną z nich tylko ci, którzy są u władzy”. 12 Jeżeli chodzi o Robespierre’a, to od momentu powstania problemu rozumiał on, że wojna, nie mogąc oswobodzić żadnego obcego ludu („nie przynosi się wolności na ostrzu bagnetów”), zakuje francuski lud w kajdany państwowej władzy, o której osłabienie nikt nie może się starać, odkąd trzeba walczyć z zewnętrznym wrogiem. „Wojna jest dobra dla oficerów, dla ludzi ambitnych, dla spekulantów […], dla władzy wykonawczej […]. Ta decyzja zwalnia od wszystkich innych trosk, nie ma się wobec ludu żadnych zobowiązań, dając mu wojnę”. 13

Przewidywał zatem wojskowy despotyzm, a następnie bez przerwy go przepowiadał mimo widocznych sukcesów rewolucji. Przepowiadał go jeszcze niedługo przed śmiercią w swoich ostatnich przemówieniach i pozostawił tę przepowiednię po sobie jak testament, którego powołujący się odtąd na niego nie wzięli, niestety, pod uwagę.

Historia rosyjskiej rewolucji dostarcza dokładnie takich samych pouczeń z uderzającym podobieństwem. Radziecka konstytucja miała identyczny los jak konstytucja z 1793 roku. Lenin zupełnie tak samo jak Robespierre porzucił swoje demokratyczne doktryny, aby wprowadzić despotyzm scentralizowanego aparatu państwowego i był w istocie prekursorem Stalina jak Robespierre Bonapartego. Różnica polega na tym, że Lenin, który zresztą od dawna przygotowywał panowanie aparatu państwowego, tworząc sobie bardzo scentralizowaną partię, zniekształcił następnie swoje doktryny, aby dostosować je do wymagań chwili.

Dlatego nie został zgilotynowany i posłużył za bożyszcze w nowej państwowej religii. Historia rosyjskiej rewolucji jest tym bardziej uderzająca, że wojna stanowi tam ciągle główny problem. Rewolucja została zrobiona przeciwko wojnie przez żołnierzy, którzy czując, że rządowy i wojskowy aparat ulega w górze rozkładowi, pospiesznie zrzucali nieznośne jarzmo. Kierenski, odwołując się z mimowolną szczerością, którą zawdzięczał swojemu nieuctwu, do wspomnień 1792 roku, wzywał do wojny dokładnie z takich samych powodów jak niegdyś żyrondyści. Trocki wspaniale pokazał, jak burżuazja chciała przekształcić „wojnę aż do wyczerpania wroga w wojnę wyczerpującą Rewolucję”, 14 licząc na to, że wojna odroczy problemy polityki wewnętrznej i ponownie narzuci ludowi jarzmo władzy państwowej. Bolszewicy wzywali wówczas do walki z imperializmem, ale chodziło o samą wojnę, a nie o imperializm, co zobaczyli wyraźnie, gdy będąc już u władzy, musieli podpisać pokój w Brześciu Litewskim.

Dawna armia uległa wówczas rozkładowi i Lenin powtórzył za Marksem, że dyktatura proletariatu nie może zawierać w sobie na stałe ani armii, ani policji, ani biurokracji. Lecz białe wojska i obawa przed obcymi interwencjami sprawiły natychmiast, że w całej Rosji zapanował stan wyjątkowy. Armię utworzono na nowo, zniesiono wybór oficerów, trzydzieści tysięcy oficerów starego ustroju wróciło do kadry, znowu wprowadzono dawną dyscyplinę, karę śmierci i centralizację, a równocześnie tworzyła się na nowo biurokracja i policja. Wiemy dosyć na temat tego, co wojskowy, biurokratyczny i policyjny aparat zrobił następnie z rosyjskim ludem.

Wojna rewolucyjna jest grobem rewolucji i pozostanie nim, dopóki nie umożliwi się samym żołnierzom albo raczej uzbrojonym obywatelom prowadzenia wojny bez aparatu kierowniczego, bez policyjnego nacisku, bez nadzwyczajnych sądów, bez kar dla dezerterów. Jeden raz w nowożytnej historii, to znaczy pod rządami Komuny, 15 wojna była prowadzona w ten sposób. Dobrze wiemy, jak to się skończyło. Zaangażowana w wojnę rewolucja ma wybór chyba tylko między upadkiem pod morderczymi ciosami kontrrewolucji i przekształceniem się w kontrrewolucję poprzez sam mechanizm walki zbrojnej.

Perspektywy rewolucji wydają się więc bardzo ograniczone, bo czy rewolucja może uniknąć wojny? Na tę słabą szansę trzeba jednak stawiać albo porzucić wszelką nadzieję. Mamy pod tym względem pouczający przykład. W wypadku rewolucji przodujący kraj nie napotkałby trudności, które w zacofanej Rosji służą za podstawę barbarzyńskiemu ustrojowi Stalina, ale wojna na pewną skalę wywołałaby inne, niemniej jednak równorzędne.

Tym bardziej przedsięwzięta przez burżuazyjne państwo wojna może jedynie przekształcić władzę w despotyzm, a niewolę w mord. Jeżeli wojna wydaje się niekiedy czynnikiem rewolucyjnym, to tylko w tym sensie, że stanowi ona niezrównaną próbę funkcjonowania aparatu państwowego. W zetknięciu z nią źle zorganizowany aparat ulega rozkładowi. Jeżeli jednak wojna nie kończy się natychmiast i bezpowrotnie albo jeżeli rozkład nie nastąpił dosyć szybko, wynika to jedynie z tych rewolucji, które według sformułowania Marksa doskonalą aparat państwowy, zamiast go zdruzgotać. 16 Tak działo się zawsze do tej pory. Za naszych dni związana z wojną dotkliwa trudność to rezultat wciąż narastającej sprzeczności między aparatem państwowym i systemem kapitalistycznym, czego uderzający przykład stanowi sprawa Briey podczas ostatniej wojny. 17

Ostatnia wojna przyniosła rozmaitym aparatom państwowym pewną władzę w gospodarce, co otwarło drogę całkowicie błędnemu wyrażeniu „socjalizm wojenny” – potem system kapitalistyczny zaczął przecież funkcjonować prawie normalnie wbrew zaporom celnym, kontyngentom i narodowym walutom. W następnej wojnie sprawy posuną się niewątpliwie o wiele dalej, a wiadomo, że ilość potrafi przekształcić się w jakość.

W tym sensie wojna może stanowić dzisiaj rewolucyjny czynnik, ale tylko pod warunkiem, że zechcemy przypisać wyrazowi „rewolucja” znaczenie, w jakim używają go narodowi socjaliści. Kryzys, wojna mogą bowiem spowodować żywą niechęć w stosunku do kapitalizmu i ta niechęć za sprawą świętej jedności wyjdzie na korzyść aparatowi państwowemu, a nie ludziom pracy. Aby zresztą dostrzec głębokie pokrewieństwo, jakie łączy zjawiska wojny i faszyzmu, wystarczy odwołać się do faszystowskich tekstów, wspominających „ducha wojny” i „socjalizm frontowy”. W obydwóch wypadkach chodzi o to, aby przy pomocy rozszalałego fanatyzmu wymazać jednostkę z pola widzenia państwowej biurokracji. Jeżeli system kapitalistyczny dozna przy tym szkody, to tylko kosztem, a nie z korzyścią ludzkich wartości i proletariatu, jakkolwiek demagogia może posunąć się niekiedy bardzo daleko.

Toteż dość wyraźnie widać absurdalność antyfaszystowskiej walki, która przyjmowałaby wojnę jako środek działania. Byłoby to nie tylko zwalczanie barbarzyńskiego ucisku, przygniatające narody ciężarem jeszcze bardziej barbarzyńskiej rzezi, lecz także szerzenie pod inną postacią ustroju, który chce się pokonać. To dziecinada zakładać, że jakiś wzmocniony zwycięską wojną aparat państwowy zmniejszy ucisk stosowany wobec jego własnego narodu przez aparat państwowy wroga. Jeszcze większą dziecinadą jest wiara, że pod wpływem klęski pozwoli on wybuchnąć w tym narodzie proletariackiej rewolucji, nie topiąc jej natychmiast we krwi. Jeżeli chodzi o unicestwioną przez faszyzm burżuazyjną demokrację, to wojna nie usunęłaby uniemożliwiających ją obecnie przyczyn, lecz wzmocniłaby je i rozszerzyła.

Na ogół, jak się wydaje, historia zmusza coraz bardziej przy każdym politycznym działaniu do wyboru między wzrostem stosowanego przez aparaty państwowe nieznośnego ucisku i bezlitosną walką, skierowaną bezpośrednio przeciwko nim, aby je zdruzgotać. Zapewne nie dające się być może rozwiązać dzisiejsze trudności mogą usprawiedliwiać całkowite zaniechanie walki. Jeżeli jednak nie chcemy wyrzekać się działania, to trzeba zrozumieć, że z aparatem państwowym można walczyć tylko od wewnątrz. I szczególnie w wypadku wojny trzeba wybierać między powstrzymywaniem działania wojskowej machiny, samemu będąc jej trybikiem, a wspomaganiem tej machiny, gdy na oślep miażdży ona ludzkie żywoty. Słynne słowa Liebknechta: „Nasz główny wróg jest w naszym własnym kraju” nabierają więc w pełni znaczenia i okazują się możliwe do zastosowania wobec każdej wojny, podczas której żołnierzy sprowadza się do stanu biernej materii w rękach wojskowego i biurokratycznego aparatu, czyli bezwzględnie wobec każdej wojny, dopóki będzie istniała obecna technika.

A nie można dzisiaj przewidywać innej techniki. W produkcji podobnie jak podczas wojny coraz bardziej kolektywny sposób zużycia sił nie zmienił indywidualnego w istocie charakteru decyzyjnych i kierowniczych funkcji. Oddaje on jedynie w coraz większym stopniu ręce lub życie mas do dyspozycji zarządzającego aparatu.

Dopóki nie odkryjemy, jak w samym akcie produkcji lub walki można uniknąć wpływania aparatu na masy, każda rewolucyjna próba będzie się odznaczała beznadziejnością. Jeżeli bowiem zdajemy sobie sprawę, jaki system produkcji i walki pragniemy z całej duszy zniszczyć, to nie wiemy, jaki możliwy do przyjęcia system zdołałby go zastąpić. Z drugiej strony każda próba reformy wydaje się dziecinadą wobec ślepych konieczności, wynikających z działania tego potwornego mechanizmu. Współczesne społeczeństwo przypomina ogromną maszynę, która bez przerwy połyka ludzi i którą nikt nie potrafi pokierować, a poświęcający się dla społecznego postępu przypominają tych, którzy czepiają się trybów oraz pasów transmisyjnych, próbując zatrzymać maszynę, przez co sami z kolei dają się zmiażdżyć. Ale bezsilność, w jakiej znajdujemy się w tej chwili, bezsilność, której nie powinno się nigdy uznać za ostateczną, nie może zwalniać od pozostawania wiernym samemu sobie ani usprawiedliwiać kapitulacji wobec wroga, niezależnie od nakładanej przez niego maski.

To administracyjny, policyjny i wojskowy aparat pod wszystkimi nazwami, jakie może przybierać, pod nazwą faszyzmu, demokracji albo dyktatury proletariatu, pozostaje podstawowym wrogiem – nie tym, który stoi przed nami i jest naszym wrogiem tylko dlatego, że jest wrogiem naszych braci, ale tym, który przedstawia się jako nasz obrońca i czyni z nas swoich niewolników. W każdych okolicznościach najgorsza możliwa zdrada polega zawsze na zgodnym podporządkowaniu się temu aparatowi i na służalczym deptaniu wszystkich ludzkich wartości w samym sobie i u innych.

Przypisy:

1 Simone Weil nawiązuje prawdopodobnie do przejęcia władzy przez Hitlera (30 stycznia 1933), jak również do wszczętej przez ZSRR kampanii, ujawniającej bliską, lecz hipotetyczną napaść europejskich demokracji na „ojczyznę robotników”.
2 Pierre-Joseph Proudhon (1809 – 1865) napisał na wygnaniu w Belgii La Guerre et la Paix. Recherches sur le principe et la constitution du droit des gens [Wojna i pokój. Badanie podstawy i systemu prawa międzynarodowego] (Paris, Dentu, 1861; wznowił M. Rivière, 1926), dzieło, w którym uznał wojnę za prawo równe prawu własności i prawu do pracy, zaznaczając jednak: „Wojna, której wyobrażenie jest wzniosłe i święte, urzeczywistnia się w straszliwy sposób. O ile jej teoria wywyższa człowieka, o tyle jej praktyka okrywa go hańbą”.
3Dla Marksa podobnie jak dla Engelsa autokratyczna Rosja stanowiła bastion reakcji w Europie. Logiczne wydawało im się popieranie każdego konfliktu, który mógł doprowadzić do osłabienia rosyjskiego cesarstwa. F. Engels przedstawił ten pogląd w Die Neue Zeit (I, 1891 – 1892, nr 19) w chwili, gdy Francja starała się zawrzeć skierowane przeciwko Niemcom przymierze z Rosją. 18 sierpnia 1892 roku Francja i Rosja podpisały umowę o pomocy wojskowej.
4 Ten fragment artykułu Simone Weil opiera się na artykule opublikowanym przez Borisa Souvarine’a: „Le Socialisme et la guerre” (La Critique sociale, nr 5, marzec 1932). Gieorgij Plechanow (1856 – 1918), tłumacz Manifestu partii komunistycznej i założyciel rosyjskiej socjaldemokracji poparł w 1914 roku przystąpienie Francji do wojny u boku carskiej Rosji. Franz Mehring (1846 – 1919) został pacyfistą podczas wojny w latach 1914 – 1918. Jest on autorem biografii Karola Marksa (1918).
5 Po okresie wywołanego rozpętaniem się pierwszej wojny światowej zamętu Lenin pochwalał przekształcenie „wojny imperialistycznej” w wojnę domową i to hasło powtórzył później Karl Liebknecht, jeden z przywódców założonej w 1916 roku organizacji Spartakusbund.
6 Karl Kautsky (1854 – 1938), wykonawca testamentu K. Marksa i F. Engelsa (wraz z E. Bernsteinem), teoretyk i przywódca niemieckiej socjaldemokracji, przyłączył się do narodowej jedności na początku wojny z lat 1914 – 1918. Był gwałtownie atakowany przez Lenina z powodu swojej krytyki bolszewizmu.
7 Karl von Clausewitz (1780 – 1831), pruski generał i teoretyk wojskowości zmarł przed wydaniem swojego nieukończonego traktatu Vom Krieg (O wojnie), w którym znajdujemy przekazane potomności sformułowanie: „Wojna jest tylko dalszym ciągiem polityki, prowadzonej innymi środkami” (C. von Clausewitz, O wojnie, przeł. A. Cichowicz, L. Koc, Warszawa 1958, rozdz. I, § 24, s. 32; notatki z 1827 roku, tamże, s. 7). Według Lenina marksiści uważali zawsze Clausewitza za „teoretyczną podstawę interpretacji każdej wojny”.
8 Utworzony pod patronatem Romain Rollanda oraz Henriego Barbusse’a Światowy Komitet Przeciwko Wojnie i Faszyzmowi, czyli ruch amsterdamsko-pleyelowski, odpowiadał w istocie wymaganiom międzynarodowej polityki prowadzonej przez Sowietów, którzy byli prawdziwymi inspiratorami jego działania.
9 Tutaj znowu Simone Weil opiera się na artykule B. Souvarine’a (La Critique sociale, nr 5, marzec 1932, s. 196), który cytuje K. Kautskiego: „Później Marks i Engels usiłowali wpłynąć na angielską opinię publiczną, aby wciągnąć ją do wojny przeciwko Rosji”.
10 Fryderyk II Wielki, syn Fryderyka Wilhelma I, opierał się na wojskowych reformach swojego ojca, wypróbowując taktyczne nowości i powiększając obszary swojego królestwa.
11 Od czasu ucieczki do Varennes Ludwik XVI pragnął wojny myśląc, że klęska rewolucji pozwoliłaby mu przywrócić korzystną dla niego sytuację. Przywódca żyrondystów Jean-Pierre Brissot stał się wprawdzie żarliwym obrońcą konieczności wojny rewolucyjnej, ale Simone Weil jest skłonna zapominać o umiłowaniu wojny, które panowało wśród paryskiego ludu.
12 Louis de Saint-Just (1767 – 1794), Mowa w obronie Robespierre’a, w: Wybór pism, przeł. I. Bibrowska, Warszawa 1954, s. 185. Mowa z 9 thermidora II roku (27 lipca 1794) dotyczy również bitwy pod Fleurus (26 czerwca 1794).
13 Maximilien de Robespierre (1758 – 1794), „Sur la guerre”, mowy z 2 i 11 stycznia 1792 roku, w: Textes choisis I (red. Jean Poperen), Éditions sociales, 1956, s. 129, 136, 137. Robespierre, który początkowo odnosił się do wojny przychylnie, potem powściągliwie, a w końcu wrogo, musiał później napisać: „Nigdy nie przeciwstawiłem się wojnie, lecz powiedziałem, że trzeba ją prowadzić, skoro upewniliście się co do naszych wewnętrznych wrogów”. Tę myśl odnajdujemy w jego przemówieniach z 2 i 11 stycznia 1992 roku.
14 Lew Trocki, Histoire de la révolution russe [Historia rewolucji rosyjskiej], (Rieder, 1932), wznowił Le Seuil, t. I, 1967, s. 316.
15 Komuna Paryska (18 marca – 28 maja 1871), której skłóceni przywódcy okazali się niezdolni do zorganizowania obrony stolicy przed oddziałami wersalskiego rządu, została zduszona pod koniec „krwawego tygodnia”.
16 Karol Marks, list do Ludwika Kugelmanna (12 kwietnia 1871), w: K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 33, przeł. K. Wolicki, M. Bilewicz, Warszawa 1973, s. 226.
17 Zob. wyżej, s. xxx, przyp. 24.

Simone Weil

tłum. Małgorzata Frankiewicz

Inne teksty Simone Weil

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code