Ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski

Niełatwo być niepokornym

Niełatwo być niepokornym

Ireneusz Dańko

Niełatwo być niepokornym w życiu, ale jeszcze trudniej pozostać nim duchownym. „Jednak z kapłaństwa nie odejdę” – deklaruje ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski w autobiografii „Moje życie nielegalne”.

Nowa książka krakowskiego duchownego ukaże się 28 lutego nakładem wydawnictwa Znak. Powstała we współpracy z Wojciechem Bonowiczem, publicystą „Tygodnika Powszechnego” i przyjacielem ks. Isakowicza-Zaleskiego. Kapłan, który doprowadził do lustracji w polskim Kościele, opowiada o swoim życiu. Osobiste wspomnienia przeplata odpowiedziami na dziennikarskie pytania. Nie brakuje, oczywiście, wątków lustracyjnych. Z książki nie wyłania się jednak obraz zatwardziałego tropiciela agentów SB w sutannach. Widzimy raczej człowieka, który kierując się tym samym powołaniem, poświęcił się służbie Bogu, pomocy najsłabszym, a na końcu – dążeniu do prawdy – bolesnej i trudnej, ale w jego pojęciu oczyszczającej.

Autobiografia zaczyna się wierszem autora. Utwór „Dziedzictwo” to rodowa historia w skrócie. Ks. Zaleski nie kryje dumy z wieloetnicznych korzeni. Skrupulatnie wylicza ormiańskich, polskich i ukraińskich przodków z dawnych Kresów Wschodnich. Sam urodził się w 1956 r. w Krakowie. Tutaj dorastał w domu na ul. Zyblikiewicza, tutaj skończył seminarium i działał w demokratycznej opozycji w PRL-u. Barwną biografią mógłby obdzielić niejedną osobę. Już jako dziecko dał się poznać z buntowniczego charakteru. W dorosłym życiu niewiele się zmienił. „(…) bardzo źle znoszę wszelki przymus” – przyznaje w książce.

„Antysocjalistyczna” działalność przyszłego księdza zaczyna się od zrywania w 1968 r. plakatów przeciw studentom protestującym w Warszawie. W latach 70. publikował w podziemnych czasopismach. Po powstaniu „Solidarności” rozszerzył opozycyjne kontakty. W stanie wojennym blisko współpracował z ks. Kazimierzem Jancarzem, słynnym kapelanem nowohuckiej „Solidarności”. Wtedy też został dwukrotnie brutalnie pobity przez „nieznanych sprawców”, prawdopodobnie nasłanych przez SB.

Książka wciąga wartką narracją. Nieznane fakty z życia krakowskiego Kościoła mieszają się z osobistymi przemyśleniami duchownego. Niepokorny, uparty, od początku sprawiał problemy przełożonym, najpierw w seminarium, później w kolejnych parafiach, do których był kierowany. Kościelne władze krzywo patrzyły na polityczne zaangażowanie kleryka, a później księdza. Zwlekano z jego święceniami, próbowano wysłać na studia do Rzymu. Wszystko na nic. „Może bym przyhamował, ale parę dni po jego wyjeździe władza wprowadziła stan wojenny” – wspomina duszpasterskie pouczenie kard. Franciszka Macharskiego podczas parafialnej wizytacji w grudniu 1981 r.

Niespokojny duch ks. Zaleskiego ostatni raz dał o sobie, kiedy zajął się lustracją w krakowskim Kościele. Z dnia na dzień stał się bohaterem mediów. Część ludzi, w tym wielu duchownych, odsądzała go od czci za „inkwizytorską” pasję i brak miłosierdzia dla byłych tajnych współpracowników bezpieki, inni chwalili za bezkompromisowe dążenie do prawdy. Na dalszy plan zeszło nagle dzieło życia ks. Zaleskiego, czyli Fundacja im. Brata Alberta. Książka przywraca właściwe proporcje w spojrzeniu na jego osobę. Dowiadujemy się m.in., jak 20 lat temu zaczął pomagać osobom niepełnosprawnym w podkrakowskich Radwanowicach. Poznajemy jego współpracowników i podopiecznych ze schroniska. Okazuje się bowiem, że ulubioną lekturą księdza-prezesa nie są esbeckie teczki, lecz „Ludzie bezdomni” Stefana Żeromskiego.

Ireneusz Dańko

Gazeta Wyborcza, 13 lutego 2008

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code