Ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski

Chrzest bojowy

Chrzest bojowy – fragment książki (o klerykach w wojsku)

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski

Rok 1975 ogłoszono w Kościele Rokiem Świętym. Właśnie wtedy, tuż po seminaryjnej pielgrzymce do Rzymu, Tadeusz Isakowicz-Zaleski dostaje bilet do wojska. „Pobór kleryków był formą represji wobec niepokornych biskupów. Z innych diecezji wzięto po kilku kleryków, z przemyskiej – od biskupa Tokarczuka – 12, a od kardynała Wojtyły aż 21” – czytamy w książce.

Klerycy, którzy jak Tadeusz Zaleski trafili do Brzegu Opolskiego, od razu podpadli w jednostce. Gdy bowiem ruszyli do niej wieczorem z plebanii, gdzie pracowali księża, którzy mieli się nimi opiekować, okazało się, że „oficerowie z komisji poszli już do domów. Powiedziano nam, że wprawdzie zgłosiliśmy się przed północą, ale będziemy musieli ten dzień odsłużyć: czekają nas dwa lata i jeden dzień służby” (…).

„Byli też wśród nas tak zwani bracia podłączeni, czyli kable: połowę stanowili „żołnierze alumni”, a połowę oni. Byli to często aktywiści partyjni lub działacze ZMS-u. (…)

Od czasu do czasu przychodzili do nas kapelani wojskowi. Księża z parafii ostrzegli nas, żebyśmy byli ostrożni, bo to są „księża patrioci”, współpracujący z władzą komunistyczną. Jeden z nich po modlitwie dał spocznij, wyjął kajet i zaczął czytać referat: „Stolica Apostolska a rozbrojenie i pokój na świecie”. Ale wizyta kapelana była jedyną okazją, by pójść do kościoła. Wszyscy klerycy dostawali wtedy przepustki. (…)

Normalnie w niedziele nie puszczano nas do kościoła. Zbieraliśmy się wtedy po kilku w świetlicy i odprawialiśmy z modlitewników tak zwaną suchą mszę. (…) Wigilii oczywiście nie urządzano, ale za cichą aprobatą niektórych przełożonych spotkaliśmy się w świetlicy, połamaliśmy opłatkiem, złożyliśmy szeptem życzenia, wymruczeliśmy kolędy.

Niektórzy próbowali chodzić do kościoła przez dziurę w płocie. Kiedyś dostałem za to siedem dni aresztu. (…)

Budować socjalizm z łopatą

Nasze jednostki podlegały bezpośrednio Głównemu Zarządowi Politycznemu. W normalnej jednostce były dwie godziny zajęć politycznych tygodniowo, a w naszej – osiem. Z bronią mieliśmy mało do czynienia. Przeważała „łopata”. (…) Śmiano się, że jedyny sprzęt, jaki nauczymy się obsługiwać, to wyrzutnia rakiet ziemia-powietrze, czyli łopata właśnie. Wożono nas do fabryk, budowaliśmy korty tenisowe dla kadry w klubie sportowym Śląsk. Ponadto na dwa miesiące wyjeżdżaliśmy do PGR-u w okolicach Głubczyc. (…) Jeździliśmy na „wielkie budowy socjalizmu”, na przykład do Huty „Katowice”. (…)

O tym, co się dzieje w jednostce, władze dowiadywały się z tak zwanych nastrojówek. W czasie przesuwania szaf w biurze któregoś z oficerów zauważyliśmy, że w jednej jest dziura. Kolega sięgnął tam ręką i wyciągnął plik dokumentów. To były właśnie „nastrojówki”, czyli raporty „braci podłączonych”: (…) kto opowiadał dowcipy polityczne itp.

Seminarium posyłało nam skrypty do nauki. Tymczasem przełożeni wojskowi pozwalali mieć w szafce tylko dwie książki. Jak ktoś miał modlitewnik, skrypt i jakąś książkę religijną, już był powód do kipiszu. Często zabierano nam te nieregulaminowe książki. W końcu zorganizowaliśmy głodówkę. Była zresztą tradycja, że każdy rocznik organizował przynajmniej jeden protest głodowy. (…) Zeszliśmy rano na śniadanie, nikt nie tknął jedzenia. Po śniadaniu nasz dowódca melduje wyższemu oficerowi, że nic poważnego w czasie jego służby nie zaszło. A ten jak nie wrzaśnie: „Jak to nie zaszło?! Nie jedli zupy mlecznej! To jest bunt w wojsku!”.

Podczas obiadu zaserwowano niespodziewanie kotlety schabowe. Oficerowie zażerali te kotlety, chodzili między stolikami, chwalili, że dobre, a nam kiszki chciało skręcić, bo kotletów w wojsku nie widywaliśmy. Jednak nikt się nie złamał. (…)

Z rektorem przez dziurę w płocie

W wojsku należałem do najbardziej zbuntowanych. Wiele razy trafiałem do aresztu, spędziłem tam w sumie 56 dni. Często dostawałem karę „dla zasady”: grupa się zbuntowała, więc podpadniętych wsadzano. Najdłuższy areszt, jaki dostałem, trwał 19 dni (…).

Rektorzy trzech seminariów krakowskiego, częstochowskiego, śląskiego przyjeżdżali zawsze razem, na ogół raz w miesiącu lub raz na dwa miesiące. Do naszego rektora oficerowie zwracali się per „panie Macharski”, co nas szalenie drażniło. Oficer polityczny sztorcował go: „Panie Macharski, jak pan tych kleryków wychował? Siedzą tu po więzieniach…”.

Któregoś razu, kiedy przyjechał ksiądz Macharski, siedziałem w areszcie. Powiedział, że chce się ze mną zobaczyć. Przełożeni na to, że w areszcie nie ma odwiedzin. Co pozostało? Dziura w płocie. Koledzy umówili dwóch wartowników, jeden z nich przyszedł po mnie i kazał mi wynieść śmieci. (…) Podprowadził mnie pod płot, a tam już czekał rektor. Miałem brudny mundur roboczy, bez pasa. Kiedy rektor mnie zobaczył, mało nie padł z wrażenia. (…)

Bywało i weselej. „22 lipca zdecydowano, że będziemy podlewać trawniki w jednostce. No więc my za wiadra i dalejże podlewać. Wtem nadciąga burza, grzmoty i zaczyna lać jak z cebra. Pytamy dowódcę warty, co robić. On – że nie było odwołania rozkazu. Nam w to graj: w strugach deszczu dalej podlewamy trawniki. Ludzi w oknach masa, śmieją się. (…) Wieczorem wpada oficer i na nas z pyskiem, że my wojsko ośmieszamy i to w obecności cywilów. Próbowaliśmy tłumaczyć (choć wiadomo było, że robiliśmy to dla hecy), że był rozkaz, że nie miał kto odwołać… Tak się wkurzył, że wszystkim, którzy podlewali, dołożył po pięć dni aresztu”.

Kleryk na dosiadce

Kiedy ojciec miał poważną operację jelit, nie wypuszczono mnie do domu, a mamie dowództwo odpowiedziało, że „nie interesuję się sprawami rodziny”. Kiedy przyjechała do Brzegu, żeby porozmawiać z dowódcą, usłyszała: „Lepiej niech syn się ustatkuje, bo może nie dożyć końca służby”. (…)

Kiedy minęły dwa lata, koledzy wyszli do cywila, a ja musiałem odsłużyć 56 dni spędzonych w areszcie. Większości areszt darowano, mnie i jednemu koledze nie. To było chyba najtrudniejsze doświadczenie. Koledzy zaczęli naukę, a ja wciąż siedziałem w wojsku na tak zwanej dosłudze. Wyszedłem z końcem listopada 1977 r. Władze seminaryjne dały mi czas „na zastanowienie się”, no bo w końcu to nie był częsty przypadek, żeby kleryk tyle tygodni przesiedział w areszcie. (…)

Ksiądz rektor Macharski często odwiedzał moich rodziców i starał się ich wspierać. Bardzo się zaprzyjaźnili z moim ojcem. Kiedy w 1976 roku tata ciężko zachorował (miał nowotwór jelita grubego) i nie chciał zgodzić się na operację, ksiądz Macharski poszedł do szpitala i go przekonał. Niestety, pojawiły się przerzuty. Przez ostatnie półtora roku przed śmiercią ojciec nie mógł już wychodzić z domu. Kardynał często go odwiedzał. Kiedy tata zmarł, poprowadził jego pogrzeb.

Plotkowano potem, że nie wyleciałem tylko dzięki temu, że byłem pupilkiem Kardynała. I że opiekował się mną, bo miał wyrzuty sumienia z powodu swego szwagra, sędziego Haraschina, który skazał mojego chrzestnego na śmierć. Nie sądzę, żeby Kardynał o tym wiedział. Myślę, że lubił moich rodziców.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Opr. EŁ

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code