Udręki Psyche

Wizyta Damy w czerni

Wizyta Damy w czerni

Wywiad z o. Jackiem Prusakiem na temat depresji w życiu duchowym.

Izabela Rutkowska – W jaki sposób teologia duchowości definiuje zjawisko depresji? U Teresy z Avili pewien odpowiednik może stanowić melancholia. Istnieje też określenie rozpacz.

o. Jacek Prusak – Teologia duchowości korzysta tu ze słownika medycznego, „Melancholia”, „przygnębienie/rozpacz” czy „stan depresyjny” to pojęcia ze słownika potocznego na oznaczenie braku radości, zadowolenia, smutku, zniechęcenia, lęku i nostalgii. Używa się ich często do opisania chwilowej zmiany nastroju. W sensie klinicznym (np. psychiatrycznym) stan melancholijny lub atak melancholii, który jest już chorobą określa się jako depresję – czyli pewien zespół zaburzeń afektywnych (nastroju). Powracając zaś do Teresy z Awili czy innych mistyków chrześcijańskich – często opisywali oni okresy głębokich ciemności, prób, osamotnienia, które są bardzo podobne do „stanów depresyjnych”, ale które w ich życiu były „objawami” nocy wiary lub strapienia duchowego. Droga oczyszczająca, oświecająca i jednocząca – o jakiej mówią mistycy – poprzedzielane są ciemnymi nocami: nocą zmysłów i nocą ducha. Szczególnie ta druga ma charakter depresyjny – przypomina bowiem sytuacje „człowieka pozbawionego” obiektu inwestycji libidialnej i narcystycznej – o jakiej mówią psychoanalitycy.

I.R. – Kiedy osoba powinna szukać pomocy u lekarza? Jaki stopień „zasmucenia” kwalifikuje nas do sięgnięcia po pomoc u psychologa, czy psychiatry? Kiedy mamy prawo zdefiniować nasz stan jako depresję? Jak długo mogą trwać stany depresyjne?

J.P. – Depresyjność towarzyszy naturalnemu rozwojowi jako „dołek” pomiędzy „już za ciasnym” a „jeszcze nie w sam raz”; starego już nie ma, nowego jeszcze nie (kształtu emocjonalnego adekwatnego do dojrzałego przeżywania wolności), Cierpliwość w depresji, w depresji rozwojowej to pozwolenie, by ujawniła się w sferze emocjonalnej wolność w sposób jeszcze bardziej wyraźny. Cierpliwość to zawierzenie nie cierpieniu a miłości. (A. Jarnuszkiewicz SJ). Znany szwajcarski psychoanalityk C.G. Jung zwykł przyrównywać depresję do „damy w czerni”. Trudno ją wyprosić, gdy się u nas pojawi, można ją jednak przyjąć jak gościa w swym domu i posłuchać, co ma nam ciekawego do powiedzenia. W psychoterapii mówi się natomiast mniej poetyckim językiem o tzw. ciężkich depresjach, do których się zalicza depresję jednobiegunową (endogenną) oraz depresję dwubiegunową (dawniej zwaną psychozą maniakalno-depresyjną lub cyklofrenią); oraz o depresjach lżejszych np.: neurotycznych lub psychoaktywnych, a także o łagodnym (brak radości), ale długo trwającym złym nastroju (dystymia). jak więc widać – w samej psychiatrii (psychoterapii) istnieje kilka różnego typu depresji. Dla większości ludzi to nie depresja jako choroba jest powszechnie znana, ale podstawowy jej objaw -czyli smutek. Depresja może mieć charakter epizodyczny lub chroniczny w zależności od jej pochodzenia i postawy osoby nią dotkniętej. Rozpoznaje się ją na podstawie pewnych cech i zmian w zachowaniu jednostki. 10 podstawowych cech depresji to: smutek, przygnębienie i niemożność odczuwania radości (nic nie cieszy); zmniejszenie zainteresowań (nie-poświęcanie czasu własnym hobby); apatia, zmniejszenie aktywności, spowolnienie i niechęć do działania; problemy ze snem (bezsenność lub nadmierna senność); zmniejszenie apetytu, spadek wagi ciała, suchość w ustach; uczucie ciągłego zmęczenia i brak energii; lęk, uczucie wewnętrznego napięcia, „niepokój w środku”; trudności w koncentracji i zapamiętywaniu, wrażenie niesprawności intelektualnej; poczucie beznadziejności i niska ocena; dolegliwości somatyczne (bóle głowy i brzucha, bóle w klatce piersiowej, nerwobóle). Obecność tych cech nie oznacza automatycznie, że dana osoba cierpi na depresję. Ale jeśli większość z nich rozpoznaje u siebie, to powinna szukać konsultacji medycznej, gdyż wtedy istnieje uzasadnione podejrzenie, że cierpi na dolegliwości zaburzeń afektywnych.

I.R. – Czy istnieją jakieś genetyczne lub biologiczne predyspozycje depresji?

J.P. – W depresji jednobiegunowej wskazuje się na pochodzenie jej wegetatywnych objawów jako wewnątrzpochodnych, nie uwarunkowanych czynnościami zewnętrznymi tylko powstałymi na skutek zaburzeń mechanizmów mózgowych związanych z neurotransmiterami. W przypadku depresji dwubiegunowej mówi się o wysokim współczynniku dziedziczenia. W obu jednak przypadkach stres środowiskowy i predyspozycje osobowościowe mają swoją wagę w „wywołaniu” patologicznych predyspozycji lub ich utrzymywaniu.

I.R. — Czy można określić depresję chorobą duszy, i czy wobec tego można umiejscawiać jej źródło w grzechu?

J.P – Wystarczy wziąć do ręki psalmy, aby się przekonać, że depresja może być „chorobą duszy”. Np. Psalm 55: „Boże, nakłoń ucha na moją modlitwę i nie odwracaj się od mojej prośby, zwróć się ku mnie i wysłuchaj mnie! (…) Drży we mnie moje serce i ogarnia mnie lęk śmiertelny. (…) A ja wołam do Boga i Pan mnie ocali. Wieczorem, rano i w południe narzekam i jęczę”. A w Psalmie 88 słyszymy wołanie: „Panie, mój Boże, za dnia wołam, nocą się żalę przed Tobą. Niech dojdzie do Ciebie moja modlitwa, nakłoń swego ucha na moje wołanie! Bo dusza moja jest nasycona nieszczęściami, a życie moje zbliża się do Szeolu”. Znajdziemy jeszcze więcej psalmów, w których smutek i ból ludzkiej duszy znajdują swoją ekspresję i są skierowane do Boga. To może być więc „choroba duszy”, ale ja bym nie szukał jej przyczyny w grzechu i w ogóle byłbym ostrożny w szukaniu przyczyn chorób psychicznych w fakcie, że jesteśmy grzesznikami. Myślę, że mogą być depresje, które są wynikiem konfliktów moralnych, l wtedy można mówić, że sytuacja życia w grzechu objawia się wyrzutami sumienia i poczuciem winy, które są przyczyną depresji. Trzeba jednak pamiętać, że wszyscy jesteśmy naznaczeni przez skutki grzechu pierworodnego, co jednak nie oznacza, że każdy z nas będzie z tego powodu cierpiał na depresję, i nie doszukiwać się w depresji kary za grzechy. Depresja może być w sferze duchowej POKUSĄ smutku teologalnego, goryczy, rozpaczy. Sama z siebie nie jest jednak duchowym złem. Jest cierpieniem i o tyle pokusą. Depresja jest dolegliwością psyche lub chorobą psyche, choroba duszy zaś staje się dopiero poprzez świadomy i dobrowolny akt decyzji jako smutek, gorycz, czy rozpacz – „wypielęgnowana”. Wtedy dopiero można mówić o grzechu, czy winie.

I.R. – Większość książek dotyczących tego problemu zazwyczaj za źródło depresji podaje motyw straty. Wiemy, że motyw ten jest nieodłączny dla naszego życia. Jak powinniśmy go interpretować w perspektywie wiary?

J.P. – Rzeczywiście. Pojęcie straty należy do kluczowych problemów w badaniach nad depresją. Psychoanaliza podkreśla bardzo mocno, że to, jakimi jesteśmy ludźmi i to, jakie jest nasze życie, w dużym stopniu zdeterminowane jest na dobre i na złe przez nasze osobiste doświadczenie straty kogoś lub czegoś, co kochamy. Strata to część egzystencji. My tracimy wszystko od chwili narodzin – taką relację z matką, której już nigdy więcej mieć nie będziemy, nasze dziecięce fantazje, wyobrażenia o świecie, sobie i najbliższych, o Bogu. Wszystko to tracimy. Tylko, że wiara powinna nam dawać pewność, że jeśli to tracimy, to konsekwencją tego jest pustka, która nie jest jednak nicością – w tę pustkę wchodzi bowiem Bóg ze swoją łaską. Ludzie często chorują na depresję, bo panicznie chronią się przed jakąkolwiek stratą -przed przyznaniem się do niej lub jej doświadczeniem i wtedy terapeuci mówią o depresji jako tzw. „nieprzebytej (psychologicznie) żałobie”. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że „z utraconymi skarbami wiąże nas obraz w naszym umyśle, ale to strata nadaje mu kształt”. Dużo więc zależy od naszej percepcji – czy my tracimy, czy my robimy więcej miejsca w naszym życiu dla Boga.

I.R. – Chorzy na depresję mają poważny problem z sakramentem spowiedzi. Nie potrafią bowiem określić swojej grzeszności. Zazwyczaj ją wyolbrzymiają, cierpiąc na natrętne wyrzuty sumienia. Otrzymując rozgrzeszenie zaś, dalej nie potrafią sobie wybaczyć – często urojonej winy.

J.P. – Tu trzeba odróżnić dwie rzeczy. Do konfesjonału przychodzą ludzie z urojoną winą, a przyczyną tego nie jest depresja a nerwica natręctw o charakterze skrupułów religijnych i wtedy depresja jest czynnikiem ubocznym – wynikiem bezsilności i bezradności wobec przeżywanych wątpliwości i wyrzutów „sumienia”. Ale jest i taka forma depresji, której towarzyszy bardzo intensywne poczucie winy przechodzące wręcz w tzw. urojenia grzeszności i winy – i to jest druga grupa penitentów z urojoną winą. Takie osoby przypisują sobie różne grzechy i wykroczenia, za które pokutować muszą ich zdaniem ludzie niewinni, co tylko pogłębia „ich” winę i poczucie własnej niegodziwości. Czasami osoby z tego typu depresją obwiniają się o grzechy obciążające najbliższych lub całą ludzkość; czują się ludźmi niegodnymi, którzy nie zasługują na nic innego prócz kary. To poczucie (urojonej) winy i własnej grzeszności jest tak ogromne, że czują się albo przez Boga potępieni, albo uważają, że już dłużej nie zasługują na Jego miłosierdzie i nic/nikt im już nie pomoże. To są trudne sytuacje, uciążliwe nie tylko dla samych penitentów, ale i spowiedników, którzy w tego typu sytuacjach czują się często zupełnie bezsilni. Spowiednicy powinni z jednej strony umieć odróżnić od siebie tego „typu” penitentów, aby właściwie im pomóc się wyspowiadać oraz znaleźć właściwą pomoc medyczną, z drugiej jednak strony w przypadku takiej depresji – żaden ksiądz nie powinien starać się umoralniać tych ludzi, nie powinien im mówić, że oni się mylą, bo on ma rację. Bo nawet, jeśli się mylą, to się mylą z pewnych powodów, których sami często nie są świadomi. Wina jest urojona, ale przeżycia są autentyczne i bardzo bolesne, l wtedy – to prawda ~ jest problem ze spowiedzią, bo te osoby boją się, że ksiądz ich nie zrozumie, bo dla takich jak oni nie ma już miłosierdzia a więc i rozgrzeszenia. Tu trzeba być uważnym. Na to się nakłada nie tylko depresja, ale i wychowanie religijne. Ludzie często wyolbrzymiają grzechy, bo tak naprawdę nie wiedzą, czym jest grzech, l z tym się wiąże poważniejszy problem – nasze tzw. „obrazy Boga” i lęk przed Bogiem, który karze – ale to dotyczy bardziej skrupulantów niż chorych na kliniczną depresje.

I.R. – Grzech jest często wyolbrzymiany, gdyż wydolność i aktywność jest znacznie zmniejszona. Człowiek obwinia się o lenistwo, a przecież to, że nie jest w stanie wykonać jednej, drugiej rzeczy jest spowodowane po prostu tym, że nie widzi on w tym sensu.

J.P. – Depresji często towarzyszy oprócz obniżenia nastroju zahamowanie lub spowolnienie normalnej aktywności psychicznej czy ruchowej, a także dolegliwości somatyczne. Problem „z lenistwem” leży jednak po stronie najbliższych lub opiekunów. Depresja nie jest przejawem lenistwa, słabego charakteru bądź złej woli -jest chorobą. Pierwszą zasadą dla ludzi żyjących blisko osób z depresją jest to, by wystrzegali się moralizowania i zapewniania, że wystarczy siła woli, trochę więcej chęci i wszystko się zmieni oraz nie starali się na siłę rozweselać swojego bliskiego i organizować mu czasu. Taka „pomoc” (nawet, jeśli przyświeca jej dobra intencja) tylko pogłębia poczucie winy i powiększa bezradność osoby w depresji. Chory traci zaufanie do siebie i do innych. Do siebie – bo uświadamia sobie, że staje się ciężarem dla otoczenia, do innych – bo ma wrażenie, że nikt go nie rozumie i nie może mu pomóc.

I.R. -Jak przejść od rozpaczy do zawierzenia? Gdy nie działa perswazja, a wszelkie mądre i wielkie słowa są za małe, gdy w człowieku wszystko gaśnie, szarzeje, gdy heroizmem jest wstanie z łóżka, ubranie się.

J.P. – Punktem oparcia jest paradoksalnie wiara w (samego) człowieka, w jego zdolność do akceptacji tego, kim jest bez konieczności uciekania w świat iluzji, fantazji, rozpaczy czy przekreślania siebie. Na to potrzeba czasu i jest to proces. Depresja może się rozpocząć nagle, ale trwa w czasie. Im dłużej trwa, tym większe prawdopodobieństwo, że człowiek będzie znał lepiej swoją depresję niż siebie i w ten sposób będzie tracił zaufanie, l tu jest ważne, by była osoba, która przez samą swoją obecność będzie dawała świadectwo, że warto żyć, że z depresji sami się „nie wyliżemy”, że uzdrowienie dokonuje się przez bycie w relacji z drugim człowiekiem, a także z Bogiem. Bo tu nie chodzi o wielkie słowa czy deklaracje. Życzliwa obecność drugiej osoby może być sygnałem, że komuś na mnie zależy, że może warto kolejny raz wstać, może warto się zmagać, nie poddawać i wygrać.

I.R. – Kiedy należy uznać depresję za komponent ciemnej nocy zmysłów?

J.P. – Wtedy, kiedy obecne są także inne „wskaźniki” nocy ciemnej, takie jak świadome znoszenie swoich trudności („oczyszczeń”) w wierze, nadziei i miłości oraz rozwój modlitwy kontemplacyjnej. Człowiek się upraszcza, i choć nie widzi kierunku to jednak nie traci orientacji dzięki wierze, która go prowadzi.

I.R. – Może należałoby traktować też depresję jako to szczególne doświadczenie, które powiadomić ma nas o tym, że musi istnieć rzeczywistość nadprzyrodzona, szczęśliwa, skoro ta ziemska nie wystarcza?

J.P. – Tak może być. Dużo zależy od perspektywy osoby, która tego doświadcza. Nie każde cierpienie jest jednak zbawcze. Jest takie powiedzenie, ze każde cierpienie uszlachetnia, a to tak nie jest. Jeśli to jest kryzys duchowy, który objawia się na poziomie uczuciowym objawami depresyjnymi, to osoba wie, ze mniej lub bardziej „zmaga się z Bogiem”, l to jest czynnikiem rozstrzygającym, czy to jest kryzys duchowy czy choroba o podłożu psychicznym. W kryzysie duchowym osoba rewiduje swoje życie i próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy przypadkiem to oddalenie (od) Boga nie jest spowodowane jakimiś jej zaniedbaniami. Jeśli tak, to w literaturze duchowej określa się ten typ duchowego kryzysu mianem strapienia duchowego (czyli „dezolacji”, która jest przeciwstawieniem „konsolacji” – duchowego pocieszenia), jeśli nie -to jest to, jak pisał Jan od Krzyża – ciemna noc. To nie są te same rzeczy, chociaż w sferze poznawczo-uczuciowej mają podobny negatywny charakter. Osobiście nie uważam, że strapienie duchowe jest łagodniejszą formą nocy ciemnej. W obu bowiem przypadkach cierpienie ma inną funkcje i w obu inaczej się z niego wychodzi.

I.R. – Jakie rady dałby Ojciec tym wszystkim, którzy przeżywają ten trudny okres?

J.P. – Jako ksiądz próbowałbym razem z tą osobą zrozumieć jej doświadczenie choroby z perspektywy wiary. Bo tu pojawia się pytanie – jak sobie z depresją radzić i dlaczego mnie ona dotknęła. Także w religii – jej języku i rytuałach szukałbym „balsamu” dla duszy osoby cierpiącej tak, aby dodały jej nadziei, a w doświadczeniu depresji szukałbym bodźca do przemiany wewnętrznej. Jako terapeuta próbowałbym zrozumieć doświadczenie depresji w kontekście jej „psychodynamicznej historii”, i szukałbym mocnych stron danej jednostki do poradzenia sobie z depresją. Wszystko to powinno się rozgrywać na płaszczyźnie bycia, słuchania, nie moralizowania czy manipulowania dla źle pojętego szczęścia czy dobra jednostki.

I.R. – Czy nasze czasy sprzyjają depresji?

J.P. – Częściowo myślę, że tak. Depresyjność wielu osób wzmacniana jest np. przez wszechobecny, szczególnie na Zachodzie, mit szczęścia. My żyjemy w cywilizacji, w której jest mania, że mamy być szczęśliwi, zawsze i wszędzie. Ja widziałem w Ameryce 30-latków, którzy nigdy nie byli na pogrzebie, a na zajęciach o starzeniu się wpadali w stany depresyjne i prosili o wycofanie podobnych zajęć w przyszłości.

I.R. – Forever young?

J.P. – And always happy! Coraz częściej określa się nasze społeczeństwo jako „społeczeństwo depresyjne”, a nasz wiek jako czas „postmodernistycznego strapienia”, choć z drugiej strony oferuje się nam różnorodne „tabletki szczęścia”. Niektórzy mówią wręcz o „epidemii depresji”. To może za mocne słowo, ale to prawda, że coraz więcej osób młodych, w wieku szkolnym choruje na depresję -w tym również kilkuletnie dzieci. Tu niewątpliwie czynniki cywilizacyjne, „klimat” naszych czasów i jakość naszych relacji mają ogromny wpływ. Potwierdzają to badania epidemiologiczne, nawet jeśli nie ma między nimi zgody co do zasięgu rozprzestrzeniania się zaburzeń afektywnych w ostatnim półwieczu.

I.R. -Jaki może być tego powód, powód tej nieodporności młodych „ludzi?

J.P. – Młodym ludziom często brakuje poczucia sensu, radości, inicjacji w dorosłe życie, bo brakuje im punktów odniesienia. Przy tych szybkich zmianach cywilizacyjnych nie mogą sobie zapewnić także dobrego punktu startowego a to dodatkowo pogłębia ich bezsilność i desperację. To, co im się proponuje to często obietnica szczęścia, które jest szczęściem innych -gwiazd filmowych, a które nie przekłada się w żaden sposób na ich rzeczywistość. Młodzi są z założenia idealistami, którzy patrzą na świat w czarno-białych okularach i łatwo dają się manipulować mediom. Potrzebują punktów odniesienia – bo młodzi ludzie nie wiedzą, na czym mają swoje życie budować, dokąd ono zmierza, dla kogo podejmować wysiłek. Od młodych ludzi coraz więcej się wymaga, dając im coraz mniej -nie pieniędzy, ale ciepła emocjonalnego, zainteresowania, mądrości życiowej. Jeden z psychoanalityków trafnie chyba zauważył, że najbardziej samotne są osoby młode. Więc jeśli nie będzie nas koło nich, paradoksalnie, jedyna ich „szansa” (na nas) to depresja. Ale nie zapominajmy, że często alternatywą w ich oczach są samobójstwa. „Nic nie boli tak jak życie” młodego człowieka.

I.R. -Dziękuję Ojcu za rozmowę.

Pierwodruk: Kotwica nr 16 IV kw. 2002

Dodaj komentarz

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code