Religia, rozum, człowiek

Trudne pytania

Trudne pytania

Rozmawiają:

Józef Augustyn SJ, Paweł Kozacki OP,

ks. Stefan Moszoro-Dąbrowski, Zbigniew Nosowski i Karol Tarnowski

REDAKCJA: Ks. Węcławski kończy swą wnikliwą teologiczną analizę problemu władzy w Kościele sformułowaniem trzech zasad: zasady bezwzględnego szacunku dla każdego – w tym własnego – powołania, zasady niekonkurencyjności powołań i wreszcie zasady: im większa odpowiedzialność za innych, tym mniej dla siebie. Jak w świetle tych zasad wygląda codzienne funkcjonowanie Kościoła w Polsce?

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Odbiega od tych zasad, to jasne. Nie odważyłbym się natomiast wydać generalizującej oceny, jak bardzo odbiega. Tak postawione pytanie skazuje nas zresztą na dość jałowe rozważanie, czy jest „fatalnie”, „bardzo źle”, „źle” czy może „nie najlepiej”. Na taką dyskusję, moim zdaniem, szkoda czasu, bo doskonale wiemy, że wedle woli swego Założyciela Kościół powinien zawsze być na „szóstkę”…
Natomiast warto i trzeba – również w ramach diagnozy – analizować mechanizmy sprawiające, że w Kościele nie jest tak, jak być powinno.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Ja również unikałbym ferowania generalnych ocen. Każda generalizacja może kogoś skrzywdzić.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: To racja, ale z drugiej strony po 12 latach pobytu w Polsce widzę wyraźnie, jak mocno odciska się na życiu całego społeczeństwa przeszłość komunistyczna. Bardzo wyraźnie wpływa ona także na sposób funkcjonowania władzy w Kościele. Nakłada się na to silna obecnie skłonność młodzieży do karierowiczostwa, która przenika również do struktur kościelnych. Nie dostrzegam natomiast syndromu „psa ogrodnika” w kościelnym wydaniu, polegającego na tym, że samemu się nie pracuje, a mimo to innym uniemożliwia się działalność. Jeśli ktoś ma pomysł, który burzy utarte schematy, to po początkowej nieufności z czasem znajdzie zrozumienie i wsparcie.

PAWEŁ KOZACKI OP: A ja wyraźnie widzę w polskim Kościele konkurencyjność powołań, a w każdym razie to, że nie są one równo doceniane. Nie dotyczy to nauczania Kościoła, ale codziennej praktyki. Na podstawie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że gdy ksiądz przychodzi bez koloratki do rektoratu wyższej uczelni katolickiej albo do zakrystii kościoła, w którym go nie znają, jest traktowany zupełnie inaczej niż wtedy, gdy pojawia się w koloratce. W tej drugiej sytuacji jest obsługiwany znacznie lepiej, szybciej i milej… Inny przykład: podczas ostatniej wizyty Jana Pawła II beatyfikowano cztery osoby duchowne jako świadków miłosierdzia. Czy rzeczywiście wśród świeckich takich świadków brakowało?

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Ma Ojciec rację. Świeccy ciągle traktowani są w instytucjach kościelnych jako „katolicy drugiej kategorii”. To zdaje się Messori napisał, że jeśli chce się zachować wiarę, trzeba się trzymać z dala od tzw. środowisk kościelnych…

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Messori jest człowiekiem gruntownie wykształconym, moja mama jest osobą prostą, ale zawsze mówiła mi mniej więcej to samo: lepiej, żebyś za dużo o księżach nie wiedział; trzymaj się z dala od księży, ale blisko Pana Boga…

Oczywiście, z tą generalną diagnozą, na szczęście, nie jest zgodny styl życia i działania wielu polskich księży, z ks. Karolem Wojtyłą na czele. Skądinąd warto by się kiedyś zastanowić, czy Jan Paweł II jako niewątpliwy, choć nie jedyny, wyjątek od reguły zgodnie z powiedzeniem regułę tę potwierdza, czy raczej stopniowo tę regułę zmienia…

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Wydaje mi się, że w Polsce nie do końca odkryliśmy powszechne powołanie do świętości – i właśnie z tego wynika nieodpowiednie traktowanie świeckich. Moi znajomi bardzo często skarżą się, że w Kościele stawia się im bardzo konkretne wymagania dotyczące życia zawodowego czy rodzinnego, ale że zapomina się przy tym o powołaniu i wymaganiach najbardziej podstawowych: dotyczących właśnie życia w świętości. Wracając do tekstu ks. Węcławskiego, mnie brakuje w nim przede wszystkim pytania o sens tej władzy, o jej misję. A misją tą jest właśnie prowadzenie do świętości.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Nie zgadzam się z tym zarzutem. Tekst wyraźnie przecież pokazuje, że sens władzy kościelnej określony jest przez trzy elementy: nauczanie, uświęcanie i przewodzenie innym. Mam inną wątpliwość. Aby móc ocenić, jak wygląda problem władzy kościelnej w dzisiejszej Polsce, trzeba zobaczyć go w odpowiednim kontekście. Ks. Węcławski za punkt odniesienia obiera niemal wyłącznie Kościół pierwszych uczniów. To jednak bardzo odległa perspektywa i nie jestem pewien, czy wystarcza ona do zrozumienia wyzwań, przed jakimi stoi nasze pokolenie. Każde pokolenie musi bowiem na własną odpowiedzialność rozwiązać dylematy zawarte w słowach Jezusa: „nie tak będzie między wami”. Pierwsi uczniowie Chrystusa w sytuacjach trudnych szukali rozwiązań po omacku i tylko opieką Ducha Świętego można wytłumaczyć to, że zdecydowali się na oderwanie się od korzeni, od Synagogi, aby otworzyć szeroko drzwi Kościoła na wszystkie narody pogańskie. To był bardzo ryzykowny krok. Rozwiązując nasze współczesne problemy, nie możemy jednak ograniczać się do wzorca, jaki nam pozostawili, bo przez te 2000 lat wraz z wiernym przekazem Dobrej Nowiny utrwalało się też dziedzictwo grzechu, który szczególnie mocno zaciążył na problemie władzy. Przykład: wielka schizma rozpoczyna się od fatalnych decyzji władzy kościelnej, i to z obu stron. W naszych czasach z wielką uwagą powinniśmy przyglądać się sprawowaniu władzy w krajach postkomunistycznych, w Kościołach zachodnich, latynoskich, w Afryce, w Azji.

Duch i struktury

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Myślę, że pewną słabością tekstu ks. Tomasza jest brak wyraźnego rozróżnienia płaszczyzny religijnej i społecznej, bez czego trudno analizować problem władzy w Kościele. Konieczność rozróżnienia tych płaszczyzn najlepiej widać na przykładzie ostatniej z trzech zasad wymienionych przez autora. Przecież nakaz: „im więcej władzy, tym mniej dla siebie”, jest zupełnie oczywisty i wcale nie kontrowersyjny z perspektywy religijnej. Każdy z nas setki razy czytał w Ewangelii, że trzeba siebie stracić, trzeba o sobie zapomnieć, umywać nogi itd. Natomiast osobną sprawą jest to, iż na płaszczyźnie społecznej instytucje chrześcijańskie, wsparte też prawem kościelnym, naśladują często negatywne wzorce władców świeckich. Tymczasem „nie tak ma być między wami”…

Dotykamy tu niezwykle ważnego pytania o związek duchowości i struktur. Dyskutując o problemie władzy w Kościele, musimy jasno powiedzieć, że we wspólnocie uczniów Chrystusa pierwotna jest duchowość. Bł. papież Jan XXIII potrafił zmienić styl kierowania Kościołem, choć nie zrezygnował z zewnętrznych oznak władzy, takich jak obrzęd koronacji, tiara czy sedia gestatoria (moje pokolenie już nawet nie może pamiętać, że papieże używali takich atrybutów!). Choć Jan XXIII był noszony na tronie, potrafił jednocześnie być blisko swoich parafian z całego świata – zwano go „proboszczem świata”. A to znaczy, że w Kościele człowiek o duchowości naprawdę ewangelicznej jest w stanie przebić się przez rafy struktur quasi-feudalnych.

Rzecz jasna, żadną miarą nie chodzi mi o przeciwstawienie ducha i struktur czy pragnienie reformowania jednego wymiaru kosztem drugiego. Oczywiście należy zmieniać struktury w taki sposób, by lepiej wyrażały one ducha Ewangelii, ale trzeba pamiętać, że reformowanie samych tylko struktur kościelnych nic automatycznie nie zmieni i byłoby puszczaniem pary w gwizdek. Człowiek o duchowości „feudalnej” pozostanie panem feudalnym niezależnie od tego, jak demokratyczne byłyby struktury, które by go otaczały. Niezależnie od tego, czy prawo kościelne nakaże mu powoływanie rad duszpasterskich i zasięganie opinii – on i tak sobie łatwo „poradzi”.
Z dwóch rzeczy ważnych – reformy ducha i reformy struktur – ważniejsza jest zatem ta pierwsza. Reforma Kościoła to przede wszystkim metanoia, którą trzeba rozpocząć od siebie, a dopiero potem – zmiana struktur. Przemiany strukturalne mogą być co najwyżej impulsem, i to nie zawsze skutecznym, do przemiany wewnętrznej, natomiast przemiana wewnętrzna zazwyczaj owocuje nowymi dziełami, nowymi sposobami urzeczywistniania się wspólnoty Kościoła. Nowy duch wymusi bowiem – jeśli się upowszechni – również nowe struktury, same zaś struktury bez ducha byłyby atrapą.

REDAKCJA: Czy jednak struktury instytucjonalne Kościoła, w szczególności Kościoła w Polsce, nie zachęcają do postaw „feudalnych”?

KAROL TARNOWSKI: W moim przekonaniu sedno sprawy polega na fałszywej sakralizacji Kościoła instytucjonalnego, która dokonała się w ciągu historii. Bierze się ona z dwuznaczności samego pojęcia sacrum, które, z jednej strony, oznacza moc, a z drugiej – świętość, w szczególności świętość etyczną, która bierze swój początek ze świętości Boga. W tle migotają nam więc dwie różne koncepcje Boga: koncepcja Boga jako siły i koncepcja Boga jako miłości. Z perspektywy dwoistości sacrum Kościół jawi się w dwojaki sposób. Od strony ewangelicznej jawi się jako miejsce obecności Ducha Świętego, Ducha Chrystusa, który uzdalnia każdego człowieka do wzrostu w świętości. Poprzez to świadectwo staje się widoczny Chrystus. Ale druga strona to Kościół jako miejsce przepływu sakralnych mocy, które ucieleśniają się w sakramentach sprawowanych przez kapłanów. Stąd kapłan jawi się niejako w sposób naturalny jako bliższy Boga niż niekapłan, jakby zastępca Boga ex opere operato. Podobna dwuznaczność dotyczy pojęcia prawdy: z jednej strony to prawda objawiającego się osobowego Boga, z drugiej – prawda zawartych w Credo wyznawanych formuł. Tę sprawę zostawmy jednak dzisiaj na boku. Zmierzam natomiast do tego, że skrzyżowanie tych dwuznaczności prowadzi do sakralizacji Kościoła nauczającego jako instrumentu władzy nad tym, co niesakralne. Wiadomo, że w historii chrześcijaństwa owocowało to polityzacją Kościoła.

Dlatego myślę, że przyczyną zapomnienia o podstawowych zasadach, na które wskazuje ks. Węcławski, jest pokusa władzy. Wyraża się ona w traktowaniu Kościoła jako instytucji zaopatrzonej w atrybuty sakralne i przekonaniu, że naśladowanie Chrystusa polega na tworzeniu zasadniczo monarchicznej struktury władzy. Papież i biskupi są, mutatis mutandis, w odczuciu wielu członków Kościoła podobnie namaszczeni przez Chrystusa i uczestniczą w Jego władzy, jak w przeszłości namaszczonym władcą świeckim był król. W historii Kościoła trwa opozycja między monarchizmem a koncyliaryzmem, o której tyle pisał prof. Swieżawski. Świadczy ona o istnieniu nieuchronnego napięcia pomiędzy jedynością boskiego pośrednika, czyli Chrystusa, i Jego następcy, czyli papieża, a jedynością każdego człowieka jako obiektu miłości Chrystusa.

Wracając do spraw polskich, skłonny jestem twierdzić, że nasz Kościół niesie w sobie ciężar archaicznej koncepcji władzy jako mocy sakralnej, ciężar pojęcia prawdy jako tożsamej z kościelnym nauczaniem, dalej ciężar tej szczególnej roli historycznej, jaką odgrywał Kościół w polskiej historii, i wreszcie także ciężar socjologicznej struktury społeczeństwa polskiego, zasadniczo chłopskiego, a więc konserwatywnego i raczej antyinteligenckiego. Nakłada się na to dodatkowa i bardzo specyficzna trudność polskiego Kościoła: niezwykła rola Papieża, która wydaje się potwierdzać naszą wyjątkowość. Konsekwencją tych wszystkich czynników jest zasadnicza niedialogiczność tego Kościoła: brak dialogu pomiędzy biskupami a księżmi, księżmi a świeckimi, poszczególnymi grupami świeckich itd. Nieuchronnym tego następstwem są reakcje lękowe, streszczające się w jednym: lęku przed wolnością.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Niedialogiczność wiąże się na ogół z oporami w przyznaniu się do własnych grzechów. Każdej społeczności, także hierarchii kościelnej, łatwiej przychodzi dzisiaj przyznawać się do błędów z bardzo odległej przeszłości. Mówić o błędach sprzed dwudziestu-dziesięciu lat jest o wiele trudniej, a wyznać błędy dzisiejsze – to już wymaga wielkiej odwagi. Nie trzeba jednak lekceważyć tych oporów. Jeśli chcemy rozwiązywać problemy, trzeba podejść do nich z szacunkiem, zwłaszcza że doświadczenia swoistej „demokratyzacji” władzy kościelnej na Zachodzie (nie zawsze najszczęśliwsze), nakazują ostrożność we wprowadzaniu reform.

Demokratyzacja w Kościele?

KAROL TARNOWSKI: Opór przed przyznaniem się do błędów nawet z dalekiej przeszłości jest jednak wciąż ogromny, czego dowiodły pełne powściągliwości reakcje na gest Papieża, który wezwał Kościół do rachunku sumienia. Nawet wydarzenie tak wspaniałe jak Sobór Watykański II nie przyniosło tu zasadniczego przełomu. Nie bałbym się natomiast postulatu „demokratyzacji” (samo słowo jest oczywiście nieco mylące, trzeba by znaleźć dla niego jakiś ekwiwalent). Demokratyzacja to bowiem nic innego jak właśnie uznanie dialogiczności Kościoła i równości wszystkich jego członków, co Sobór wyraził ideą Ludu Bożego.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Lęki i opór, o których Pan mówi i które ja też wyczuwam, są jednak dość uzasadnione w czasie niesamowitych zmian, jakie przeżywamy. Przyjrzyjmy się choćby roli mediów. Informują one właściwie o wszystkim bez ograniczeń – a jakie to będzie miało skutki za lat, powiedzmy, dwadzieścia, nikt nie jest w stanie przewidzieć. Można formułować rozmaite zarzuty wobec polskiego katolicyzmu, ale ciągle mnóstwo jest ludzi uczestniczących we Mszy św., wielu ludzi słucha Kościoła, czyta pisma katolickie, interesuje się rozmowami na poważne tematy religijne. Można łatwo zrozumieć obawy, czy w Polsce sprawy nie potoczą się w takim kierunku jak na Zachodzie, gdzie kościoły opustoszały. Obawy te są psychologicznie tym bardziej zrozumiałe, że polski Kościół stoi w obliczu pokoleniowej zmiany warty. Coraz głośniej zaczyna brzmieć głos pokolenia 40-latków, którzy zostali wychowani na nauczaniu i tekstach Jana Pawła II. I teraz okaże się, czy te teksty naprawdę były słuchane, rozumiane, czy wraz z nauczaniem Soboru przyniosą one owoce. Ja jestem optymistą.

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Podobnie i ja pokładam nadzieję w zmianie pokoleniowej, także w gronie Episkopatu. Po tragicznej śmierci biskupa Jana Chrapka ośmieliłem się w warszawskim KIK-u wyrazić cichą nadzieję, że skoro Pan Bóg pozwolił, by tak wcześnie odszedł ktoś tak niezwykły, to może da nam w zamian pięciu podobnych…

PAWEŁ KOZACKI OP: Profesor Tarnowski mówił o niedialogiczności i lękach hierarchii. To zjawisko jak najbardziej obecne. Ale jest i druga strona. Często rozmawiam z księżmi, którzy próbują zaprosić wiernych do dialogu, do współodpowiedzialności na przykład za parafię. Na ogół spotykają się z biernością, z lękową ucieczką. Oczywiście, można to tłumaczyć oporami hierarchii przed dialogiem, co rodzi wśród świeckich zniechęcenie czy obojętność, ale jeżeli mamy szukać pozytywnego programu, to musi on zakładać obopólną formację, wzajemną pomoc w tworzeniu przestrzeni rozmowy.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Wracamy w ten sposób do tego, o czym mówił pan Nosowski: najważniejsza jest odpowiednia formacja duchowa. Stałą regułą jest to, że ludzie o głębokiej duchowości wcale nie pchają się do władzy. Wręcz odwrotnie; raczej jej unikają, ponieważ najlepiej przeczuwają pokusy i zagrożenia władzy dla życia duchowego. Aleksander Sołżenicyn powie wprost, że władza bez uznania nad sobą Siły Wyższej jest dla człowieka trucizną. Nie tylko zresztą dla człowieka, ale i dla społeczności. Stąd tak ważne jest tworzenie dobrych, sprawdzonych mechanizmów, dzięki którym do władzy w Kościele dochodziliby ludzie o najwyższym poziomie duchowości; mechanizmów pozwalających wybrać tych, na których naprawdę wskazuje Duch Boży.

REDAKCJA: A jak te mechanizmy wyglądają obecnie? Mówiąc żartobliwie i z przesadą: czy Duch Święty w ogóle ma szanse? I czy istnieją jakieś specyficznie polskie deformacje?

PAWEŁ KOZACKI OP: Każda struktura podatna jest na patologie. Nie sposób zbudować idealnych instytucji. Sposobem na radzenie sobie z ich wadami jest życie w nieustannym nawróceniu. Kościół jest z powołania wspólnotą i struktury mają znaczenie wtórne. Najważniejsze jest to, żeby wszyscy żyli duchem wspólnoty. Jeżeli zaś mówimy o patologiach w sprawowaniu władzy w Kościele, to można je opisywać jako odejście od wspólnoty. Dla mnie na przykład takim odejściem i przejawem bizantynizmu w Kościele jest sposób celebrowania przyjazdu najczcigodniejszego biskupa z prześwietnej kurii: ta cała pompa, kiczowate wierszyki itp.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Myślę, że sami biskupi się nudzą, kiedy tego słuchają…

PAWEŁ KOZACKI OP: …ale niewiele robią, by te zwyczaje zmienić. Bezwład struktur jest silniejszy od mówienia o konieczności zmiany. Podobno na synodzie biskupów zaproponowano, by w Kościele zrezygnować z tytułowania pasterzy ekscelencjami i eminencjami, ale żadnych decyzji nie podjęto. Co gorsze, od dziesięciu lat obserwuję, jak moi rówieśnicy – zakonnicy czy księża diecezjalni – z łatwością wchodzą w dworski rytuał i momentalnie do niego przywykają. Dawniej myślałem, że bizantynizm odejdzie wraz z pewnym pokoleniem, teraz obserwuję, że trwa w najlepsze.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: To prawda. Wszystkie nierozwiązane problemy w Kościele bywają przekazywane z pokolenia na pokolenie. W czasie rekolekcji w seminariach zdarza mi się wysłuchiwać obaw niektórych kleryków kończących formację: jakiego proboszcza dostanę na mojej pierwszej placówce? Dawniej trochę litowałem się nad nimi. Z czasem zacząłem się jednak zastanawiać: No tak, ale skąd się wezmą ci „straszni” proboszczowie, których dzisiaj boją się klerycy, za dziesięć-dwadzieścia lat? Dziś ty się boisz, jutro ciebie się będą bali…

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: No właśnie… Pozycja proboszczów przypomina niekiedy pozycję pana na folwarku. Taki proboszcz może mieć wiele własnych świetnych inicjatyw, ale jeżeli wikary zgłasza pomysły, które wykraczają poza proboszczowskie schematy, to bywają one blokowane. Tu szukałbym pola do zmian mechanizmów. Nie powinno być tak, że proboszczem zostaje się do emerytury, a jak kogoś nie można zmienić, to przesuwa się go na lepszą parafię…

JÓZEF AUGUSTYN SJ: O ile wiem, w niektórych diecezjach faktycznie rozważa się wprowadzenie kadencyjności.

KAROL TARNOWSKI: Przy obsadzie funkcji kościelnych powinno się w jakiś sposób zasięgać opinii Ludu Bożego. Prof. Swieżawski, uczestnicząc w Soborze, już wiele lat temu mówił: nie może być tak, żeby świeccy byli tylko łaskawie dopuszczonymi audytorami, powinni mieć rzeczywisty wpływ na to, co się w Kościele dokonuje. Dotyczy to również wyboru biskupów. Jeżeli tu świeccy nie zostaną w jakiejś formie upodmiotowieni, nie można będzie od nich oczekiwać aktywności także na poziomie rad parafialnych. Na ogół są to ciała całkowicie formalne, bez realnego znaczenia. Potrzebne byłoby więc coś w rodzaju centralnej rady świeckich katolików, a następnie należałoby wypracować mechanizmy dialogu między tą radą a „szarymi” rzeszami świeckich, bo inaczej się to ciało natychmiast wyabsolutyzuje i skupi na rozdzielaniu stanowisk…

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Pytanie, jak uniknąć patologii demokracji, żeby one się nie przeniosły do Kościoła, żeby nie zamienić życia kościelnego w arenę walk wyborczych czy rozmaitych lobbingów.

KAROL TARNOWSKI: Pytanie jest rzeczywiście ważne, ale lęk to najgorszy doradca. Trzeba zacząć stosować demokrację i przyglądać się, jakie ona rodzi niebezpieczeństwa, a nie z góry dmuchać na zimne i w związku z tym hamować jej rozwój.

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Stanowczo nie zgadzam się z tezą, że najpierw trzeba w Kościele zacząć stosować demokrację, a potem się zobaczy, co dalej. „Pięć razy pomyśl, raz napisz” – uczyła mnie pani od matematyki w liceum. Zawsze trzeba najpierw sprawę przemyśleć, a później działać, nie odwrotnie. Po to mamy dar rozumu. I nie jest to kwestia lęku, lecz roztropności.
Sądzę, że demokracja jest dla Kościoła ważnym znakiem czasu, ale nie formułowałbym ogólnego postulatu demokratyzacji Kościoła. Tu trzeba stosować inny język. Po pierwsze, dlatego że w Kościele lud Boży – choć to jedno z kluczowych pojęć współczesnej eklezjologii – nie jest jednak suwerenem. Suwerenem Kościoła jest jego Pan i Założyciel. Kościół jest zatem demokratyczny i niedemokratyczny zarazem. Jako braterska wspólnota równych i wolnych osób jest w najgłębszym sensie demokratyczny. Zarazem jest jak najbardziej niedemokratyczny, bo ex definitione poddany płynącej „z góry” woli Bożej.

Drugim powodem, dla którego wolę nie mówić o demokracji w Kościele, jest powszechny obecnie kryzys demokracji. Wielu ludzi jest (z bólem dodam: słusznie) rozczarowanych dzisiejszym stanem demokracji, i to nie tylko w Polsce czy w Europie Środkowowschodniej. Empiryczne doświadczenie demokracji jest odległe od jej ideału. Nieskuteczne jest zwłaszcza to, co najcenniejsze w demokracji – struktury uczestnictwa i współodpowiedzialności. W tej sytuacji demokratyzacja Kościoła mogłaby przejmować złe wzorce struktur państwowych czy samorządowych, tak jak przejmowała złe wzorce struktur monarchicznych czy feudalnych. Wiem, że nie do tego zmierzają postulaty prof. Tarnowskiego, sądzę jednak, że warto pospierać się także o stosowane pojęcia.

Dlatego – przechodzę do pozytywnej prezentacji – należałoby raczej mówić nie o demokratyzacji, a o coraz pełniejszym realizowaniu ideału kolegialności Kościoła. Myślę nie tylko o kolegialności biskupów, ale o kolegialności całej wspólnoty. Kolegialność to „odpowiedzialność za Kościół realizowana we wspólnocie” – powiedział Yves Congar. Nadzwyczajny Synod Biskupów obradujący w 20-lecie zakończenia Vaticanum II stwierdził: „Ponieważ Kościół jest »komunią«, na wszystkich jego szczeblach powinno mieć miejsce uczestnictwo i współodpowiedzialność” (podkreślenie moje). Kościół ma być – w myśl listu Jana Pawła II Novo millennio ineunte – „domem i szkołą komunii”. Chodzi zatem o wspólnotowe formy wyrazu odpowiedzialności wszystkich ochrzczonych za Kościół-Wspólnotę. Nad mechanizmami tak rozumianej kolegialności Kościoła warto się zastanawiać.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Co powinno znamionować biskupa? Dialogiczność, o której tu była mowa, jest jednak rzeczą wtórną. Pierwsze jest posłuszeństwo, posłuszeństwo ewangeliczne, posłuszeństwo Chrystusowi. Posłuszeństwo aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej. Z tego rodzi się posłuszeństwo ludziom. Jeżeli ktoś nie umie słuchać jako podwładny, jako syn, nie będzie zdolny słuchać jako przełożony, jako ojciec. Jeżeli ktoś nie umie być uczniem, nie będzie mistrzem, nauczycielem. Z takiego właśnie posłuszeństwa wyrasta dialog. Każdy autentyczny dialog rozpoczyna się od sztuki słuchania. Natomiast w strukturach władzy kościelnej, która nie kieruje się duchem wiary, karierę robią ci, którzy są po prostu dyspozycyjni wobec osób tę władzę sprawujących. Ona ich wynosi w górę. Nie ma to jednak wiele wspólnego z posłuszeństwem ewangelicznym.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Ma Ojciec rację, do władzy w Kościele potrzeba kandydatów gotowych do posłuszeństwa w sensie ewangelicznym.

REDAKCJA: W jaki sposób ich szukać?

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Przede wszystkim i w seminariach, i wśród świeckich trzeba prowadzić gruntowną pracę uczącą posłuszeństwa, pokory, dialogu i duchowości, bo to do niej ostatecznie rzecz się sprowadza. Trzeba też poszerzyć grono kandydatów do urzędów. Nie wiem na przykład, czy szczęśliwy jest zwyczaj wybierania ordynariuszy spośród biskupów pomocniczych. Przecież do każdej z tych funkcji potrzeba innego charyzmatu.

KAROL TARNOWSKI: Pojęcie posłuszeństwa jest dwuznaczne. Posłuszeństwo ewangeliczne rzeczywiście ma znaczenie fundamentalne. Czym innym jednak jest posłuszeństwo wobec struktur. Jeśli staje się ono naczelną cnotą w wychowaniu seminaryjnym, skutki tego są opłakane.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Zgadzam się. Dlatego podkreślałem: posłuszeństwo łącznie z dialogiem.

KAROL TARNOWSKI: Mimo wszystko nie potrafimy w naszej rozmowie uniknąć kłopotu językowego. Bierze się on stąd, że stale poruszamy się na dwu płaszczyznach, które są nierozdzielne, ale jednak odmienne: teologicznej i instytucjonalnej. W tym sensie przyznaję rację panu Zbyszkowi, że pojęcie demokracji – w sensie dosłownym, który Pan tutaj zastosował – nie pasuje do Kościoła. Sądziłem, że w tym gronie użycie terminu „demokracja” nie będzie budzić skojarzeń z polskim sejmem… Ale jeżeli woli Pan słowo „kolegialność” – proszę bardzo! Chodzi nam o to samo, o większą wspólnotowość Kościoła. Punktem spornym między nami wydaje mi się natomiast to, że moim zdaniem nie osiągniemy tej wspólnotowości, jeżeli nie dopuścimy w Kościele do głosu opinii Ludu Bożego. Bodaj kardynał Newman pierwszy podjął ten temat i miał głęboką rację. Tymczasem od czasów Newmana niewiele się w Kościele pod tym względem zmieniło! Nie stworzono mechanizmów przepływu do hierarchii opinii świeckich.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Jedno pytanie: których świeckich ma Pan na myśli?

KAROL TARNOWSKI: To inna sprawa, ale to jest kłopot natury technicznej, a mnie chodzi o zasadę. Proszę mi nie mówić, że nie ma znaczenia, w kim świeccy widzieliby dobrego biskupa! Doświadczenie i rady świeckich mają tu kolosalne znaczenie. I wiadomo, że Jan Paweł II z takich rad korzysta!

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Nikt nie mówi, że „nie ma znaczenia, w kim świeccy widzieliby dobrego biskupa”. Trzeba jedynie pamiętać, że zasięganie opinii świeckich nie zwiększa automatycznie szansy, iż wybór będzie właściwy. Spójrzmy, w jaki sposób zachowują się dziś świeccy katolicy w życiu publicznym. Kogo wybierają? Jakimi kryteriami się kierują? Czy widać w tym zbiorową mądrość?

Postulat zasięgania opinii świeckich na temat kandydatów na biskupów jest słuszny, powinien zresztą dotyczyć nie tylko świeckich (upomnę się tu zwłaszcza o nieobecne w tej dyskusji zakonnice, których służba powszechnie uważana jest za powołanie „gorszej kategorii”…). Nie można jednak naiwnie zakładać, że dzięki temu automatycznie mielibyśmy lepszych biskupów i mniej sporów co do kryteriów nominacji. Sporów na pewno byłoby więcej.
Co natomiast z opinią publiczną w Kościele? Pan Karol mówi, że niewiele się zmieniło od czasów kardynała Newmana. Czy „niewiele” jest odpowiednim słowem? Zmieniło się bowiem coś niesłychanie istotnego – nastąpiła zmiana w oficjalnym nauczaniu. Nawet jeśli praktyka kościelna odbiega od ideału, to dzięki Soborowi oficjalnie wiadomo, jak być powinno. To więcej niż „niewiele”… Dzisiaj Kościół w dokumentach soborowych zachęca wiernych, aby – pokornie, odważnie i kompetentnie – wypowiadali się w sprawach Kościoła. Dzięki temu mogę powiedzieć, że jako publicysta katolicki czuję się człowiekiem w pełni wolnym. Korzystam z tego prawa, jakie mi daje Kościół. Mówię i piszę, co myślę, zgodnie ze swoim chrześcijańskim sumieniem.

KAROL TARNOWSKI: Owszem, był Sobór, ale nie można powiedzieć, żeby wyciągnięto u nas z niego daleko idące wnioski, choćby w postaci kontynuacji synodu, który rozpoczął w Krakowie kard. Wojtyła.

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Zgoda. Właśnie dlatego mówię o potrzebie pełniejszej realizacji idei kolegialności Kościoła.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Problem udziału świeckich w wyborze biskupów jest skomplikowany ze względu na zaszłości historyczne. Kościół przez całe wieki nie mógł się uporać z nadmiernym wpływem świeckich władców i odkąd zdobył wolność w mianowaniu biskupów, bardzo jej strzeże. Może nawet z pewną przesadą, ponieważ rzadko zasięga się opinii osób spoza kręgu duchownych. Nie bagatelizowałbym jednak trudności, jak określił to pan Tarnowski, „technicznych”. No bo niby jak zasięgać opinii świeckich? Czy miałaby to być jakaś forma publiczna, jak w przypadku ogłoszeń o nowożeńcach? Zapowiedź pierwsza, zapowiedź druga… Dopiero wtedy polityka wdarłaby się do Kościoła! Zgadzam się jednak, że poszerzenie opinii w szukaniu ludzi do sprawowania władzy leży w interesie Kościoła. Ale nadzieję pokładałbym w lepszej współpracy księży i biskupów ze świeckimi, którym dobro Kościoła naprawdę leży na sercu; często nie mniej niż samym duchownym.

PAWEŁ KOZACKI OP: Mam wrażenie, że gdy mówimy o poszerzeniu konsultacji i koncyliaryzmie, to mamy na myśli wybór konkretnych osób. Tymczasem w naszym Kościele brakuje generalnej refleksji nad formacją władzy. Przekonałem się o tym, wizytując jedno ze zgromadzeń żeńskich. Na przełożone wyznaczano tam siostry naprawdę posłuszne i pełne ducha. Nie pokazano im jednak żadnego pozytywnego wzorca sprawowania władzy, nie tłumaczono im, na czym ono polega. Myślę, że podobnej formacji brakuje także proboszczom czy biskupom. A przecież nie jest powiedziane, że ktoś, kto wspaniale opiekuje się ubogimi albo jest świetnym duszpasterzem akademickim, będzie miał też talent do sprawowania władzy. Oczywiście, kto jest bardziej posłuszny i bardziej wsłuchany w Ducha Świętego, kto żyje miłością, łatwiej zrozumie, na czym polega sprawowanie władzy. Ale na pewno systematyczna refleksja czy praktyczne przygotowanie bardzo by mu w tym pomogły.

W kolejce do sakry…

REDAKCJA: Ks. Tomasz Halik wspomina w swej, wydanej ostatnio w Polsce, autobiografii, że kiedy po upadku terroru komunistycznego wreszcie można było mianować nowych biskupów, wysłano ich za granicę, gdzie między innymi przeszli kurs teorii zarządzania. Ale nasuwa mi się inne pytanie. Rozmawiając z księżmi czy klerykami, słyszę często, że istnieje problem „przygotowywania się do władzy”, jednak w całkiem odmiennym sensie niż ten, który miał na myśli ojciec Kozacki. Chodzi o swoiste „ścieżki”, na które trzeba wejść, aby kiedyś zostać biskupem. Już klerycy dostrzegają, który z kolegów ustawia się w kolejce do sakry biskupiej. Tylko że władzę pojmuje on nie jako służbę, lecz na modłę całkowicie świecką…

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Istnieje taki problem. W każdej społeczności są ludzie, którzy szukają dla siebie najlepszych kęsków, o czym wspominał w swoim tekście ks. Węcławski. W ich opinii tym najlepszym kęskiem jest władza. I to nie wydaje mi się niczym nadzwyczajnym, zwłaszcza u ludzi młodych, którzy nie mają jeszcze głębszej świadomości siebie i posiadają dość niską motywację duchową i moralną. Prawdziwym problemem jest jednak coś innego: pasywność wspólnoty, która biernie przygląda się takim ludziom i ich dążeniu do „kariery”. Pasywność to jeden z głównych problemów wielu wspólnot Kościoła. W czasie rekolekcji nieraz zadaję alumnom pytanie: Dobrze, studiujesz, modlisz się, robisz to, co ci każą. Ale czym ty naprawdę żyjesz? Gdzie jest twój skarb i gdzie jest twoje serce? Jakie jest twoje zaangażowanie, twoja twórczość? Ustanawianie władzy w Kościele wymaga zaangażowania całego Kościoła, chociażby w formie modlitwy o dobrego proboszcza czy dobrego biskupa. (Zauważmy, że Papież stale prosi o modlitwę w intencji dobrego sprawowania powierzonej mu posługi). Kiedy brakuje zaangażowania wspólnoty, do władzy dochodzą ludzie nieraz przypadkowi, jak to bywa niekiedy w naszym parlamencie.

REDAKCJA: Ale czy to nie brzmi przerażająco w odniesieniu do Kościoła? Przecież powiedziano: „wśród was tak nie będzie”….

PAWEŁ KOZACKI OP: Ale bywa. Dziwne nie jest to, że znajdują się ludzie, którzy chcą w Kościele sięgać po władzę rozumianą w sposób świecki. Przerażające jest to, że czasami naprawdę im się to udaje.

REDAKCJA: To znaczy, że istnieją już utarte kanały, z których tacy ludzie mogą skorzystać.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Nie przesadzajmy, takich kanałów – w moim odczuciu – nikt nie zna.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Nie zna na początku…

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Czy karierowiczostwo w Kościele jest rzeczą przerażającą? Mnie to nie tyle przeraża, ile głęboko zasmuca. Nie przeraża, bo pamiętam, że człowiek jest istotą grzeszną, także duchowny. Wielkim problemem jest natomiast to, że Kościół nie radzi sobie z tego typu postawami.

PAWEŁ KOZACKI OP: Ja myślę, że to jest bardzo wielki problem, bo gdy pojawiają się wśród współbraci takie osoby, nie wiadomo, jak wobec nich postępować. Rzadko jest to typ agresywnego, bezwzględnego karierowicza. Częściej jest to miły człowiek, który potrafi wspaniale mówić o Ewangelii, o pogłębianiu duchowości, o służbie bliźniemu, a jednocześnie wie, gdzie się pojawić, do kogo uśmiechnąć, komu przysłużyć… Troska o wspólnotę nakazywałaby stawić czoło takim nieszczerym postawom, ale z drugiej strony pojawia się niesmak: mam mu nogę podstawiać? Naprawdę bardzo trudno przeciwstawić się karierowiczom, zwłaszcza jeśli ich postawa znajduje poklask u przełożonych!

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Słyszałem kiedyś powiedzenie: mamy takich przełożonych, na jakich zasługujemy… Jest to ujęcie anegdotyczne, ale pokazuje ono, że przełożeni nie spadają z nieba, ale „rodzi” ich wspólnota.

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Nie zgadzam się z takim powiedzeniem. Ono może być prawdziwe wyłącznie w odniesieniu do wspólnoty o charakterze zakonnym, ale nie do Kościoła lokalnego, choćby w wymiarze parafii. Możliwe jest natomiast, by wspólnota parafialna do pewnego stopnia „wychowywała” proboszcza, jakiego posiada, umiejętnie proponując działania, których on nie może zakwestionować, mimo że sam z siebie by ich nie podjął.
Generalnie jednak z dialogiem wewnętrznym nie jest w polskim Kościele dobrze – tu zgadzam się z prof. Tarnowskim. Niewiele zmieniła reforma struktur administracyjnych. Miała ona zbliżyć biskupów do wiernych. Tak się jednak raczej nie stało. Probierzem jest tu dla mnie wielkość grup bierzmowanej młodzieży – w przeważającej większości przypadków w miastach są to nadal grupy co najmniej kilkudziesięcioosobowe, a to skutecznie utrudnia nastolatkom głębsze religijne przeżycie tego tak ważnego sakramentu.

Zdarzają się też jednak miłe niespodzianki. W ubiegłym roku, po raz pierwszy w ponad 40-letniej historii warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, księża biskupi bez specjalnego zaproszenia dwukrotnie pojawili się na naszych spotkaniach. Po prostu przeczytali program i… przyszli. Raz był to bp Tadeusz Pikus, który przyszedł na spotkanie o tematyce ekumenicznej, a innym razem bp Piotr Jarecki, którego zainteresowała dyskusja na tematy społeczne.

Echa „sprawy poznańskiej”

REDAKCJA: Tekst ks. Węcławskiego analizuje problem władzy na poziomie teologicznym, ale wyrasta z konkretnych doświadczeń i będzie też odczytywany w konkretnym kontekście, kontekście tzw. sprawy arcybiskupa Paetza. Jako osoba zaangażowana w rozwiązanie tej sprawy, miałem bardzo silne poczucie, że część kościelnych struktur instytucjonalnych dążyła nie do wyjaśnienia sytuacji i usunięcia źródeł zła, lecz do jego zatuszowania. Jakie wnioski dla Kościoła w Polsce, dla problemów władzy w polskim Kościele płyną ze sprawy poznańskiej?

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Najważniejszy wniosek to potrzeba promowania dialogu wewnątrzkościelnego i sięgania po takie środki jak upomnienie braterskie. Jeżeli przełożony w seminarium ma dwa samochody, to klerycy powinni zwrócić mu uwagę, że to ich gorszy. Przełożeni też powinni zwracać klerykom uwagę, że prymicje to nie okazja, by kupić sobie samochód. Podobna zasada powinna obowiązywać w życiu rodzinnym czy społecznym.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Kanadyjski arcybiskup Terrence Prendergast SJ powiedział w wywiadzie dla „Życia Duchowego”, że pojawienie się na taką skalę przypadków nadużyć seksualnych w Kościele zaskoczyło wszystkich. Nikt nie był na to przygotowany. Początkowo reagowano więc w taki sam sposób, w jaki problemy te były rozwiązywane „od zawsze” w społecznościach świeckich czy też w innych wspólnotach religijnych, od protestanckich po żydowskie: ukryć wstydliwy problem za wszelką cenę. Podobne reakcje były w Polsce. Jeszcze dziś wielu myśli, że to jedyny sposób rozwiązywania tych bardzo bolesnych dla wspólnoty kościelnej sytuacji. Stopniowo sytuacja się zmienia. Przekonałem się o tym, rozmawiając z wielu wychowawcami seminaryjnymi. Symptomatyczne były także echa mojej książki Głęboko wstrząśnięci. Przedstawiłem w niej sprawę nadużyć seksualnych księży oraz sam problem formacji, nawiązując przy tym do sprawy poznańskiej, w sposób zgodny z moim rozeznaniem. Przyznam, iż obawiałem się negatywnej reakcji. Stało się wręcz odwrotnie! Prezentacja książki odbyła się w siedzibie Episkopatu. Zostałem też zaproszony do przedstawienia problematyki na zjeździe rektorów seminariów w Licheniu. Wydaje mi się, że Kościół w Polsce chce wyciągnąć wnioski z takich sytuacji jak poznańska. A jeden z wniosków dotyczy roli świeckich. To ich zaangażowanie w dużym stopniu przyczyniło się do oczyszczenia sytuacji w Poznaniu. Od tej pory trudno będzie powiedzieć, że świeccy nie mają wpływu na życie polskiego Kościoła.

KAROL TARNOWSKI: Sprawa poznańska to dowód na istnienie grzechu pierworodnego, i podstawowy wniosek, jaki z niej płynie, dotyczy potrzeby nieustannego nawracania się. Próby tuszowania przypadku ewidentnego zła w Kościele wynikały – wracam do mojej wcześniejszej myśli – z fałszywego rozumienia sacrum i – co za tym idzie – fałszywego pojmowania zgorszenia. Obawiano się ujawnienia prawdy w przekonaniu, że zaszkodzi to autorytetowi Kościoła. Tymczasem troska o autorytet i świętość Kościoła nakazuje stanąć w prawdzie. Kolejna kwestia: rozumienie posłuszeństwa. Trzeba było wielkiej odwagi grupy księży poznańskich, by przeciwstawić się klimatowi zastraszenia i źle pojętego posłuszeństwa.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Nie sądzę, by sprawę poznańską próbowano tuszować. Raczej liczono, że jakoś się sama rozwiąże, ważne, by dokonało się to po cichu…

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Ujawnienie jej rzeczywiście było złem koniecznym i pewną ostatecznością. Gdyby nie to, że zawiodły wszystkie inne sposoby rozwiązania problemu, ze wszech miar lepiej byłoby sprawy nie nagłaśniać. Na najważniejszą rzecz wskazał przed chwilą ks. Moszoro-Dąbrowski – znaczenie upomnienia braterskiego. Musi ono obejmować wszystkich, a nie tylko maluczkich, co więcej: ono najpierw powinno dotyczyć ludzi władzy. Żaden z apostołów nie był traktowany przez Chrystusa równie surowo jak Piotr.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Warto tu zwrócić uwagę na upomnienia, jakich udzielał Piotrowi św. Paweł. Zastanawiam się natomiast nad wpływem przypadku poznańskiego na sposób rozwiązania tego typu sytuacji w skali Kościoła powszechnego. Myślę, że jednoznaczne stanowisko Jana Pawła II zajęte podczas spotkania z kardynałami amerykańskimi było między innymi konsekwencją sprawy arcybiskupa Paetza.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Rola Papieża jest tu nie do przecenienia. To, co powiedział w Kanadzie do młodzieży na temat nadużyć seksualnych księży, jest dowodem jego odwagi…

KAROL TARNOWSKI: … i wolności wewnętrznej.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Postawa Jana Pawła II zaważyła na sposobie rozwiązania sprawy poznańskiej, a równocześnie zneutralizowała w znacznym stopniu jej możliwy destrukcyjny wpływ na autorytet polskiego Kościoła.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Sprawy nie rozwiązano jednak do końca w duchu prawdy. Księża poznańscy są podzieleni, część do tej pory nie wierzy w zarzuty.

PAWEŁ KOZACKI OP: Ja patrzę na sprawę poznańską podobnie: jako na niewykorzystaną szansę Kościoła. Miałem nadzieję, że zło, jakie się wydarzyło, będzie bodźcem do głębokiego samooczyszczenia, do postawienia sobie przez Kościół wielu trudnych pytań. Zamiast tego skutecznie sprawę wyciszono.

JÓZEF AUGUSTYN SJ: Uciszono w mediach. Ale – w moim odczuciu – z dala od mikrofonów i kamer dziennikarskich trwa poważna refleksja. Przeważyło przekonanie, że problem homoseksualizmu i pedofilii księży trzeba brać naprawdę na serio, ponieważ jest to wielkie zagrożenie dla Kościoła.

ZBIGNIEW NOSOWSKI: Zgadzam się, że poważniej podjęto problem homoseksualizmu. Ale pozostaje kwestia szersza, bo „sprawa poznańska” ujawniła również takie problemy jak brak wrażliwości na krzywdę „maluczkich”, przemilczanie problemów (tak jakby to, o czym się nie mówi, nie istniało), prymat dyplomacji nad świadectwem. Te problemy nie zostały poważnie podjęte. Kościół przemawia językiem symboli i fakt, że dla arcybiskupa Paetza wyremontowano oficynę sąsiadującą z poznańską katedrą, utrudnia wielu ludziom jasną odpowiedź na pytanie, kto kogo w tej sprawie skrzywdził.
Nie wiem, czy polskie struktury kościelne tuszowały tę sprawę. Wydaje mi się natomiast, że trafny jest zarzut formalizmu i zaniechania. Postępowanie arcybiskupa Paetza było od pewnego czasu tajemnicą poliszynela. Po ujawnieniu sprawy przez media rozmawiałem z dziesiątkami księży z różnych stron Polski – jedni dziękowali za moje wypowiedzi, niektórzy je krytykowali, ale zaskoczyło mnie, że prawie wszyscy (z wyjątkiem dwóch) słyszeli o tej sprawie dużo wcześniej ode mnie. Tym bardziej musieli o niej wiedzieć duchowni wyżej postawieni. Tymczasem na tym szczeblu panowało, jak się wydaje, bierne oczekiwanie, aż sprawę rozwiąże Stolica Apostolska. Z formalnego punktu widzenia wszystko było w porządku. Ale Ewangelia wymaga więcej. Każe porzucić myślenie typu „to nie moja sprawa”, zachęca do działania, nie zaś biernego oczekiwania, aż ktoś inny zajmie się trudnym problemem.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI: Wielu ludzi w Polsce zadaje sobie dzisiaj dramatyczne pytanie, czego wymaga od nich Ewangelia, czego wymaga od nich sumienie, gdy widzą zło w Kościele. Czy odpowiedzialność za Kościół wymaga milczenia czy też przeciwnie – głośnego mówienia o złu? Stykam się z tymi trudnymi pytaniami często i trzeba, by cały Kościół sobie na nie odpowiedział.

REDAKCJA: Do tych trudnych pytań będziemy na łamach „Znaku” wracać, bo w ten między innymi sposób wyraża się współodpowiedzialność świeckich za życie i dobro Kościoła. Bardzo Panom dziękuję za udział w dyskusji i szczere – czasem boleśnie szczere – wypowiedzi.

Dyskusję prowadził Jarosław Gowin

_____________

JÓZEF AUGUSTYN SJ, ur. 1950, rekolekcjonista, kierownik duchowy, wykładowca w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie, redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, autor licznych publikacji z zakresu duchowości, ostatnio wydał: Celibat. Aspekty pedagogiczne i duchowe (2002), Głęboko wstrząśnięci. Samooczyszczenie Kościoła (2002), Przewodnik po przyjaźni (2002).

PAWEŁ KOZACKI OP, ur. 1965, redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, duszpasterz.

KS. STEFAN MOSZORO-DĄBROWSKI, ur. 1957, inżynier elektronik, dr teologii, były wikariusz regionalny prałatury personalnej Opus Dei w Polsce, obecnie kierownik duchowy prałatury.

ZBIGNIEW NOSOWSKI, ur. 1961, publicysta, redaktor naczelny miesięcznika „Więź”, konsultor Papieskiej Rady ds. Świeckich.

KAROL TARNOWSKI, ur. 1937, filozof, prof. dr hab., wykładowca PAT i UJ. Wydał m.in.: Ku absolutnej ucieczce. Bóg i wiara w filozofii Gabriela Marcela (1993), Człowiek i transcendencja (1996), Wiara i myślenie (1999), Bóg fenomenologów (2000).

Zobacz także:

Ks. Tomasz Węcławski „Wśród was tak nie jest

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code