Twórczość Stasiuka

Zapis realistycznej halucynacji

Zapis realistycznej halucynacji

Andrzej Stasiuk

Jest to opowiadanie, które można nazwać zapisem spóźnionej, ale realistycznej halucynacji. Może wyglądać zupełnie inaczej. Nie wiem. To wszystko.

I
Jeszcze tam, na peronie, nietrudno było rozpoznać ich szczególną obecność, wyłowić z tłumu. Wszyscy mniej więcej w tym samym wieku, bez bagażu, większość odprowadzana przez matki o zaczerwienionych oczach, przez ojców ukrywających pod pobłażliwym uśmiechem kiełkujące ziarna niepokoju. Niektórzy samotni, bo peron w wielkim mieście istniał dla nich jedynie jako stacja przesiadkowa. Buńczuczni synowie machający na pożegnanie: spokojnie mamo, jak dojadę, to napiszę, nie płacz, to tylko dwa lata, jakoś poleci.

Pomarańczowy lizak czarnego kolejarza, pospieszne słowa, uściski, potem już tylko długie, zamyślone palenia papierosów pod lodowatymi światłami korytarza, wzrok utkwiony w martwym kwadracie okna i szybkie mgnienia świateł w mieścinach, gdzie nigdy żaden pociąg nie staje. Myśli, myśli, myśli, kołowrót mieszający przyszłość, przeszłość i teraźniejszość. Kalejdoskop nadziei i obawy. Armia-wojsko, armia-wojsko, armia-wojsko, armia-wojsko, słowa tak często słyszane, tak często wypowiadane w tym małym kraju. Gdzieś w mózgu świeci telewizyjny ekran, przez który mknie dzielna czwórka z ukochanym, mądrym psem. Sypiące się z nieba ordery, deszcz syntetycznej krwi, rozwierające się rany, co słodkie są, o mój rozmarynie, pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej, błyszczące bagnety z defilady oglądanej gdzieś w głębokim dzieciństwie, tato, ja chcę być żołnierzem, następnego dnia rano plastikowy pistolet znaleziony na poduszce, pistolet, który zadawał setki podniecających śmierci w podwórkowych masakrach rattatatatatata – wy jesteście hitlerowcy, my jesteśmy partyzanci. Mapy na lekcjach historii poznaczone dziesiątkami kolorowych strzałek i liczby trupów wypowiadane beznamiętnym głosem sennego nauczyciela, pierwsze rozkoszne kopnięcie kolby niezgrabnego karabinu na zajęciach przysposobienia obronnego i frontowe opowieści kapitana na rencie, który w czasie wojny mógł być synem syna pułku, długie przemówienia w izbie pamięci narodowej wśród pożółkłych papierów kawałków żelaza wydobytych skądś tam może z jakiegoś zasłużonego ciała. Ekran, ekran, ekran gdzie dzielni chłopcy skaczą z obłędnych wysokości, biegną, walą ze wszystkich posiadanych luf, podrzynają gardła, wysadzają w powietrze całe miasta, by pozostawiwszy po sobie dogasający ogień i milczenie wskoczyć do odrywającego się od ziemi samolotu i spaść przed oblicze wygolonego, pachnącego generała w eleganckim mundurze czekającego z wyciągniętymi rękami – w lewej medal za odwagę, za celność, za lojalność, za diablo wiedzą co jeszcze, w prawej twardy męsko-ojcowski uścisk. Potem podzwaniając kupą złomu bohaterowie bieżą do wielkobiustych blondynek, pocałunek zakryty napisem koniec, kaniec, the end, fine.

Niedzielne, poranne programy z chudym porucznikiem o wysokim czole plus akcentowane ą i ę, porucznikiem, który nie bacząc na deszcz i błoto brnie przez wszystkie poligony kraju przedstawiając superwyszkolonych, supersprawnych, superszybkostrzelnych, supercelnych byczków o ziemnia-czanodorodnych twarzach. Horyzont zieje ogniem, rozpieprzone w puch tekturowe czołgi, papierowe bunkry. Krostowaci kaprale wychodzą przed front swoich drużyn z oczami skromnie spuszczonymi, walczące z zasadzkami zapamiętanego tekstu przedstawiają receptę na sukces w uśmiercaniu fantomów z papier-mache, zgrany kolektyw, koleżeńska pomoc, pilność w wykonaniu, przyjaźń w odbywaniu. Zbliżenie kamery, uśmiech, Pozdrowienia dla mojej narzeczonej oraz dla kolegów z cywila.

Pociąg mknie dalej niosąc głowy, w których być może zawodzą te obrazy, a być może nie zawodzi nic, a może coś innego, może pustka nocy, może napięty łuk oczekiwania, może łzy, a może osłupienie, że to wszystko od dawna oczekiwane, znane z opowieści, staje się tak nagle realnością zwyczajnej, męczącej kolejowej podróży, świat pozostał światem, a nogi tak samo jak zwykle wrastają w rozkołysany pokład wagonu, a papierosowy dym jest suchym pustynnym wiatrem a mimo to ognik wciąż żarzy się między wargami.

Potem są niespokojne świecące nadzieją spojrzenia na boki, bo przecież musi tu być jeszcze ktoś związany tym samym losem, którego nikt nie pozwolił wybrać, zamieniając cyrk tężyzny i patriotyzmu w nieznośny kamień obowiązku. Czasami ktoś odbiera sygnały niepewności, czasem ktoś ogłuszony alkoholem szuka otwartych uszu, co mogłyby przyjąć lekceważąco lękliwy bełkot o najbliższej przyszłości. Ktoś inny snuje opowieść o tym, że ktoś był, przeżył prawdziwie męską przygodę.

II
Chłodny kwietniowy poranek wita pociągi na jakiejś stacji o obojętnej nazwie, o tej porze wszystkie są podobne. Jeśli garnizon jest duży i oczekuje wielu niechętnych, już na dworcu spotkać można ludzi w mundurach, których w przypływie dobrego humoru można by nazwać punktem informacyjnym. Informuje się o tym, że tuz obok postoju taksówek stoją zielone ciężarówki, do których należy udać się niezwłocznie, a one powiozą najkrótszą drogą stado zmęczonych podróżą i alkoholem facetów. Faceci są zdziwieni troskliwym przyjęciem. Nikt w ostatniej chwili nie rozmyśla się, nie błądzi, nie rusza na poszukiwanie ostatniej pociechy w jakiejś humanitarnie wczesnej piwiarni.

Potem jazda i skrzypi brama otwierana przez uradowanego szeregowca obwieszonego militarnym złomem, uradowanego, bo nareszcie pojawiają się ci, którzy sprawią, że posunie się szczebel wyżej w żelaznej hierarchii starszeństwa, co oznacza mniej znoszonych upokorzeń, więcej okazji do upokarzania.

Bezładna, nieuformowana, pstrokata cywilna gromada wysypuje się na asfalt lub beton wśród wczesnowiosennej geometrycznie pielęgnowanej zieloności. Znajduje się ktoś, kto poprowadzi, pierwszy opiekun starający się mówić spokojnie i w języku powszechnie używanym. Działa jeszcze bariera cywilnych ubrań, ostatnie chwile prawa gościnności. Ale zaczyna się już ceremoniał inicjacyjny. Najpierw sprawdzanie, czy aby twarze odpowiadają nazwiskom, a nazwiska twarzom, biurokratyczna krzątanina, skrócona zresztą do minimum, tu liczy się czas i tempo. Niewiele pisania, jak niewiele ceregieli z ostatecznym porzuceniem prywatnej strefy ubrania, by stanąć w oddziale golasów. Wstęp do mundurowej spoistości.

… synu łap te szmaty… co, że za duże, przytyjesz tutaj… Jakie rozmiary?… Tu są dwa rozmiary… duży i mały… Niech ci, kurwa, opada… okręcisz się paskiem ze dwa razy… Prędzej tu nie są paczki u cioci… podpisuj… Co… później se policzysz, czy ci się zgadza… kumplowi podpierdolisz, jak ci będzie trzeba… Dalej, tempo, tempo… Nie ubierać się, jeszcze tylko gacie i podkoszulka… reszta pod pachę i w kapciach… No co wszyscy?… To biegiem w tamte drzwi cywilny syf spłukać z siebie… A ty co, kurwa… cywilnych gaci się zachciewa, wracaj ale już!…

Oddział wątłych oślepiająco białych ciał kłusuje kasztanową aleją tłukąc brązowymi kapciami z plastyku, wrony odfruwają na ten odgłos, a przechodzący mundurowi zatrzymują się z gębami śmiejącymi się od ucha do ucha, fryzjer stoi w drzwiach łaziennego przybytku, kłania się urągliwie zapraszając do środka. Na środku wykafelkowanego pomieszczenia stołek, w rękach mistrza elektryczna maszynka i grzebień, w kieszeni nożyczki i brzytwa plus flakon cuchnącej wody kolońskiej na wypadek skaleczenia. Operacja trwa trzy minuty. Buczące ostrze wędruje z dołu do góry, najpierw po karku, potem skronie zaznają bolesnych szarpnięć tępego narzędzia. Ostatni akt degradującego ceremoniału.

Zdziwione głowy obracają się na nagich, nagle wydłużonych, bezbronnych szyjach i z braku lustra szukają swego odbicia w twarzach towarzyszy. Oto stoją podobni do siebie, wylęknieni, jakby z resztkami włosów opadły z nich ostatnie strzępy dumy i podświadomego buntu tlącego się gdzieś głęboko, na przekór ogłupiałemu ciału, które nie stawia żadnego oporu, na przekór wargom milczącym i zasznurowanym, bo język, co dźwięczy dookoła, jest zupełnie nie znany, pełen chrapliwych warknięć, oderwanych sylab, skróconych komend i przekleństw. Usta czują, że mowa przez nie wypowiedziana zabrzmiałaby w tym świecie idiotycznie miękko i poprawnie, wywołałaby jedynie salwę rechotu albo kolejną wiązankę hujów. Więc usta milczą.

Oczy mogą dokładnie widzieć kolejnego człowieka skulonego na taborecie, mogą widzieć jego twarz szarzejącą coraz bardziej, rozmazywana kolejnymi ruchami dłoni cyrulika, oczy widzą inne oczy pełne zaskoczenia, niedowierzania, gdy tamte dostrzegą, jak niewiele trzeba, by stać się kimś innym, kimś podobnym do reszty, a to co różniło, leży teraz w bezładnej szarej kupie na podłodze, a nogi fryzjera obchodzącego stołek zacierają coraz bardziej barwy
i odcienie, potem przychodzi ktoś z wiadrem na śmieci, by wynieść plątaninę loków, kosmyków, grzyw i baczków, co już nigdy nie odrosną takie same.

… Jakie tam za krótko, młody, w wojsku nie ma za krótko… karczycho musi świecić, żeby wszyscy widzieli żeś świerzol… Co ci kurwa zostawić?… z tyłu?… tyś się chyba z hujem na łby zamienił… Tak… wszystko, co mi wystaje spod ręki to moje… a to na czubku to po to, żeby wam żelazna czapka skóry nie odparzyła… No nie!… zobaczcie jakie to ma loki… może ty dziewczyna… Zocha do wojska cię wzięli. Zocha leć do dowódcy i powiedz, że się pomylili, że cyca to ty nie masz, ale w kroku to to samo co każda baba…

Rechot odbija się od kaflowych ścian, od cementowej podłogi, wstrząsa rosnącą grupką łysielców, kłuje topniejącą garść zarośniętych. Już nic, to już ostatnia brama na drugą stronę, pod prysznic wchodzą jednakowi, kłęby pary zamieniają ich w niematerialne widma. Dziesięć minut wystarcza, by pozbyć się zapachów z poprzednich dwudziestu lat życia, tanie mydło usuwa pot nocy spędzonych we własnym łóżku czyniąc miejsce na pot, co ma przyjść, na całe wiadra potu wyciskane znojnymi dniami, nocami, gdy koszmary przysiądą na piersi.

… Koniec kąpieli! … wychodzić … ubierać się!… tempo… Rzucone w pośpiechu, pomieszane części umundurowania, wyrywane teraz z rąk do rąk, to moje, nie, to moje, jaka różnica, skoro wszystko jest takie podobne. Spodnie używane przez kilku poprzedników, spłowiała zieleń świadcząca o niezliczonych praniach, które nie usunęły kształtów minionych ciał. Wypchane kolana, wory kieszeni, łokcie bluz wytarte od czołgania, spękane skórzane pasy. … Mocniej dociągnąć, wyżej na brzuchy, a nie gdzieś tam na jajach wam zwisa.

Niezdarnie uformowany oddział w parach, wspomnienie ze szkoły podstawowej. Kolumna strachów na wróble, powiewające szmaty na chudych ciałach, czasem zbyt opięte na wystającym brzuchu, stonoga bosych stóp w kapciach drepce główną aleją koszar wśród pokrzykiwań i gwizdów, na wreszcie przyszli, nareszcie, koty, teraz się zacznie wojsko, tak.

Defilada groteskowej armii, zamiast zwartego szyku – rozsypka, zamiast równego, żelaznego kroku – nieregularne błyski gołych kostek, zamiast butnego śpiewu – lękliwe spojrzenia spod opadających na oczy czapek, zamiast owacji tłumu – urągliwe gulgoty śmiechu z gardeł przypadkowych, starych wyjadaczy, zamiast groźnej, morderczej stali – buty z wepchniętymi onucami przewieszone przez ramię.

Rozkołysana galera przybija do portu. Kilkupiętrowy budynek, kamień podłogi, olejna szarość ścian, echo wędrujące korytarzami, rząd drzwi z tabliczkami „izba żołnierska”, za drzwiami pręty piętrowych łóżek, las cienkich, żelaznych łodyg i ciężkie zastane powietrze ogłuszające zapachem starego obuwia, przepoconych stóp i ciał zaimpregnowanych tygodniowym potem.

Odpasiony facet o twarzy świetlistej rozkoszą dowodzenia rozdziela łóżka i udziela pierwszej praktycznej lekcji, skarpety od tej pory będą jedynie luksusem używanym tak rzadko, jak rzadkie będą świąteczne noszenia wyjściowego, niezgrabnego munduru.

Soczysty wykład o onucy jako najważniejszym elemencie wojskowego ubioru, zapewniającym wygodę, higienę i poszanowanie dla tradycji. Ani słowa o tym, że omotanie prostokątnej szmaty na stopie trwa czterokrotnie dłużej niż włożenie skarpety. Szybkość wymarszu decyduje o skuteczności działania… Armia świeci przykładem czystości tak, jak świeci medalami, dlatego onuce są białe i w takim stanie, kurwa, powinny być utrzymywane! Twarze obrzmiewają z wysiłku, oczy wyłażą z orbit, by rozszyfrować szybkie ruchu kaprala demonstrującego tajemniczy splot na swojej stopie w skarpecie. Potem już tylko zaglądanie przez ramię, między plączące się dłonie sąsiada, by wykraść mu tajemnicę zwoju, on robi to samo, nas uważając za mistrza. Jedna noga już gotowa tkwi w turbanie śnieżnej tkaniny i cóż dalej – dalej buty, słynne wojskowe buty, doskonałe w marszu, idealne do deptania spalonej ziemi, równie nadające się do kopania w brzuch jak do niesienia wolności. Stare, spękane wojskowe buty, dawniej brązowe, teraz poczerniałe, sztywne i wyschnięte z pokładami brudu zalegającymi na dnie, nasączone potem, wydzielinami stóp, złuszczonym naskórkiem, esencją spijaną z dziesiątek onuc, uśpiona bezwonna substancja ożywająca magicznie pod ciepłem stopy, by razić zbyt wyczulone nozdrza niebosiężnym smrodem, być może dlatego jakiś humanitarny generał, myjący się co dzień i obdarzony wyobraźnia, podczas konstruowania drobiazgowego regulaminu kazał wystawiać je na noc na korytarz.

Potem jeszcze wędrówka do magazynu, niewielki plecak z zawartością starannie wyważoną i niezbędną. Koc, poduszka, dwa prześcieradła ze śladami wydzielin nie do wyprania. Lusterko, grzebień, aparat do golenia, plus
dwie żyletki, schemat ułożenia tego bogactwa toaletowego w przydzielonej metalowej szufladzie wisi w korytarzu – ogromna plansza z zaznaczonymi w centymetrach odległościami. Bardzo pożyteczny rysunek, teraz dłoń kaprala uzbrojona w długopis wędruje od jednego przedmiotu do następnego… I tak mi kurwa układać co do milimetra… porządek… Teraz rzucić te bety i zbiórka przed kompanią… Acha… nie wiecie, co to kompania… nooo… to jest, kurwa, ten budynek… to się nazywa kompania… bo tu mieszka cała kompania… Dalej… wyskakiwać…

Jęk żelaznych sprężyn pod ciężarem tłumoków. Pozbyci ciężaru wędrują do wyjścia, niektórzy utykają czując dobrodziejstwo pospiesznie zawiązanych onuc, wędrują w lunatycznym transie, zagubieni, bo w świadomości czai się już tęsknota do rozkazu porządkującego nie znaną przestrzeń i czas.

Kwietniowe południe szoruje obrzmiałym chmurnym brzuchem o korony drzew, wyciąga lodowate palce i maca ciała pod sztywnymi mundurami, co zawsze są zbyt zimne albo zbyt gorące, stawia włosy na głowie i budzi chęć wepchnięcia rąk do kieszeni. … Ty, kurwa… ty rudy… jaja cię swędzą?… wyciągaj te łapska… wiesz, po co są kieszenie?… po to, żeby były puste i niewy-pchane… niech ja cię, kurwa, jeszcze raz…

Kapralski głos smaga zbitą gromadkę, prostuje karki, każe opuścić podniesione chłodem ramiona. … Jeszcze jedno… tego nie wiecie… na zbiórkę wychodzi się biegiem… Drużyna!… baczność!… w dwuszeregu na korytarzu zbiórka!…

Nogi uginają się mimowolnie, łokcie podnoszą się do góry, do pozycji biegacza oczekującego na wystrzał, sygnał do biegu, nikt się nie rusza, być zbyt skwapliwym zbyt często oznacza okazać się śmiesznym. … Co wam kurwa jaja do nóg poprzymarzały?… Oto oczekiwany wystrzał, lawina ciał wali się w oddalone o kilkanaście metrów drzwi. pierwsi wpadają bezkolizyjnie, gdzieś w połowie gruby wąż grubieje jeszcze bardziej i kleszczy się w przejściu, trzeszczą drewniane wrota, ktoś pada czyniąc wyłom, z którego korzysta ogon i znika we wnętrzu budynku.

… Dobrze było, tylko za wolno… nie bać się… napierać… w razie czego za drzwi płaci dowódca… Drużyna!… w dwuszeregu na placu przed kompanią zbiórka!… Łomot obutych stóp, jęk drewna naporem ciał i rozbiegane oczy co zaczynają powoli pojmować istotę zabawy. Znów zator i bezładna walka
o przejście cieszącą kapralską twarz, ostatni wybiega ten, który padł i teraz utyka, a może boi się następnego przemarszu po swoich plecach.

… Za wolno, tempo tempo … żołnierzu… ty ostatni, co tak wolno… Jeszcze raz… Drużyna!… w dwuszeregu… wróć!… Do huja pana, miał być dwuszereg… a to, co jest… Według wzrostu … ty drągalu pierwszy… tak… ty chudy, do ciebie mówię… za nim… i od tej pory zawsze tak ma być… Drużyna!… w dwuszeregu na korytarzu zbiórka.

Czasu jest dość, jakże jest dość czasu, dwadzieścia cztery miesiące czasu, lekcje powtarzane kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset razy, do kropel potu tężejących w zimnym powietrzu, do zmęczenia, do drżenia nóg, do całkowitej pustki w mózgu, w której rozbłyska jedynie flesz komendy, wszystkie myśli zostały odepchnięte, znikały, ustępując miejsca sekundowym oczekiwaniom na kolejny krzyk wytyczający prosta albo orbitę, gdzie trzeba skierować bezwolny wór do ciała uważając, by nie być pierwszym, bo wkrótce towarzysze nauczą się rozróżniać pierwszych i nienawidzieć ich, uważając, by nie być ostatnim, dostrzeżonym przez odpasionego wodza, bo wodzowie nienawidzą ostatnich i zapamiętują ich szybko i bezbłędnie, zapamiętują najlepiej, przywołując potem ich imiona zamiast przekleństw. Koledzy również nienawidzą ich, w imię zasady: jeden cierpi za wszystkich, wszyscy cierpią za jednego. Opustoszały mózg pojmuje w końcu, że myślenie jest ołowiem w tej zabawie w powtarzalność czynności, należy je zniszczyć zastępując doświadczeniem, automatycznym odruchem w odkrywaniu przejść i mielizn. Stukrotne powtórzenie ruchu, tysiąckrotne powtórzenie ruchu, metodą prób i błędów wyławia najskuteczniejsze położenie ciała, nawet w prostej czynności pokonywania zbyt wąskich drzwi, w zbyt krótkim czasie.

… Bieg, bieg, bieg!… zapamiętajcie sobie, że metodą poruszania się w zasięgu mojego wzroku jest bieg… zawsze bieg… tylko bieg… bieg!… Baczność!… Obiad… za mną biegiem marsz…

Barak stołówki bucha dymem, dwuznacznymi zapachami, bucha łomotem kotłów, brzękiem aluminiowych łyżek, plastikowe talerze napełniają się w zawrotnej prędkości, gonią plastikowe miski, nad całym gastronomicznym majdanem faluje głos kaprala: szybciej, szybciej. Żołądek ogłuszony długim postem woła o napełnienie zaciskając się jednocześnie pod nieustępliwa łapa oszołomienia i lęku.
Płomień wstydu podsycany zaczepkami od innych stolików, szyderstwa lądują w naczyniach zmieniając smak jedzenia tak, że staje się obrzydliwe, powodujące wymioty. Na niektórych głowach rozpryskują się kartofle, kucharz nie pogniótł ich zbyt dokładnie, być może w nadziei na taką właśnie zabawę.

III

(sześć tygodni później)
Dziś twój wielki dzień żołnierzu, przetrzyj oczy, już czas, już czas najwyższy, byś wylazł nareszcie z tych betów, tylko kilka godzin dzieli cię od uroczystości, na którą czekasz od sześciu miesięcy, a może tylko ktoś powtarza, że oczekujesz, może to ktoś oczekuje zamiast ciebie, może ktoś oczekuje tobą. Ale dosyć tych podejrzeń, spuść chude nogi na podłogę, zanurz je w plastykowych zimnych kapciach i biegnij, by koledzy nie wyprzedzili cię i nie zajęli najlepszych miejsc w łazience, tych z lustrami. Nie zapomnij się również odlać, bo kłucie w pęcherzu nie pozwoli czuć podniosłości chwil, co nadchodzą. Ostrożnie, ostrożnie, bo się pokaleczysz pospiesznymi ruchami maszynki do golenia, jeszcze parę kropel kolońskiej wody pod tytułem „polarna” i pachnący, zaróżowiony dziecinnie możesz stanąć w kolejce do drzwi magazynu, gdzie czeka na ciebie nowy ciemnozielony, sukienny mundur. Wczoraj długo w noc męczyłeś się, by naostrzyć kanty spodni tak, by dorównywały klindze krótkiego bagnetu, który już niedługo zatkniesz w lufie karabinu. Wczoraj do zmęczenia ramion nadawałeś pożądany kształt klapom marynarki, gładziłeś najlżejsze zmarszczki na rękawach, trud się opłacił, widzisz przecież w lustrze ową słynną postać chłopca malowanego, to nic, że trochę nie na twoja miarę ten mundur, że trochę zbyt obszerny, że spodnie zwijają się w precle, och to doprawdy drobiazg, już widzisz ten opiewany sznur panien, co ciągnie za hipnotyzującą zielenią, oślepiające zajączki wyglansowanych butów wskazują drogę.

Żołnierzu spiesz teraz do drugiej kolejki, pod drzwi obite grubą blachą, tam w równych rzędach tkwią przedmioty, pożądanie wszystkich samców tej ziemi. Szlachetne połączenie czarnej oksydowanej stali i gładkiego, wypolerowanego drewna o przepięknym, harmonijnym rysunku słojów. Jak dobrze poczuć ten ciężar na ramieniu. Cztery i pół kilograma, cztery tysiące pięćset gram śmierci zwisa na zielonym, parcianym pasie, dłoń pieści rozkoszne przewężenie kolby. Tak żołnierzu, to tutaj tkwi tajemnica, co zniewala twoją duszę, tu tak, w tej pozornie martwej konstrukcji, w systemie dźwigni, zapadek i sprężyn. Kawałek cuchnącego smarem żelaziszcza sprawia, że wahający się stają pewniejsi, a tchórzliwi przyoblekają się w odwagę. Karabin jest fletem szczurołapa, fletem, co prowadzi posłuszne rzesze za sobą, podporządkowując je sobie, włada. Magia śmierci i władzy zaklęta w banalnym mechanizmie absolutnie funkcjonalnym. Bożek w srebrzystej koronie bagnetu, totem plemienia mężczyzn, posiadacz ludzkich rąk i bystrych oczu, to nie my nim kierujemy, to on zmusza nas do uległości, nasze mięśnie przenoszą go, wyszukują dla niego pokarm. To nasze zniewolone dusze urządzają mu w czasach pokoju misteria podobne do dzisiejszego. Ileż pięknych słów dzisiaj padnie z ust błyszczących dowódców, ile fetyszy kąpiących od fałszywego złota spróbuje poderwać nasze duże, unieść je w błękit, gdzie szybuje białopióry mityczny ptak o złocistych szponach, cała krzykliwa, prostacka liturgia pełna bieli, czystości i purpury celebrowane, by odwrócić myśli od dymiących kałuż krwi, od porozrywanych ciał i smrodu palonego mięsa.

Ale nie myśl o tym chłopcze żołnierzu, zawsze pozostajesz niewinny, dano ci ten przywilej, byś nie musiał zaprzątać sobie głowy jakimiś wątpliwościami lęgnącymi się w rozmiękczonych myśleniem mózgach. Ty zawsze zostaniesz nieskazitelny i opiewany, bo przyjąłeś na barki głaz obowiązku, a odpowiedzialny jesteś jedynie za precyzję wykonania, za natychmiastowość, za skuteczność.

Gotowość, gotowość, już wszyscy uformowani w zgrabne czworoboki nie do przebicia wzrokiem. Oczekiwanie drażni napięte mięśnie, podnieść nogę na regulaminowe trzydzieści centymetrów, skruszyć wątłą skorupę betonu pod stopa i ruszyć, nareszcie ruszyć tam, gdzie szpaler matczynych piersi konwul-syjnie falujących pod wpływem wzruszenia, co zdarza się raz w życiu, gdzie front ojcowskich twarzy promieniujący dumą, oto moje nasienie krew z krwi mojej, kość z kości przebiera teraz nogami w którymś tam szeregu i niesie stal, jak i ja nosiłem kiedyś. Być tam gdzie obywatel dowódca wspina się na blaszaną honorową trybunę by przywitać swoich sokołów krótkimi szczek-nięciami, a sokoły odpowiedzą huralnym ołem telu niku! Teraz prostokąt syntetycznej tkaniny wędruje do góry po długiej pasiastej rurze a biedak w galowym mundurze obwieszony srebrnymi sznurami ciągnie za stalowy drut starając się nadać wędrówce płachty powolne i uroczyste tempo. Flaga złośliwie zwisa flakiem, wiatr nie stawił się na uroczystość.

Już padają kolejno komendy rozróżniane w swojej chrapliwości jedynie dzięki długim ćwiczeniom. Żelazne kaski spoczywają w lewych dłoniach, prawe unoszą się ze złożonymi dwoma palcami. Mistrz ceremonii wypowiada słowa ślubowania. Kilkaset gardeł powtarza je głucho i równo, ślad długich lekcji przez długie tygodnie prowadzonych w odległym kacie koszar, tuż za barakiem kuchni i magazynu żywnościowego. Jest coś o wierności, zdecydowaniu, sojuszach, jest coś o karze. Jeszcze przemówienia, pierwsze wykrzykuje dowódca o zmarszczonym czole, drugie, wybrany z wielu supergorliwy młody żołnierz zacinający się efektownie i podnoszący kartkę wysoko do oczu, w obu mowach znać tego samego stylistę. Potem już tylko majówka w cieniu armat. Koce i kocyki, rodzinne grajdołki. Mamusia specjalnie upiekła plus tatuś specjalnie dla ciebie nastawił trzy tygodnie temu plus jak was tu karmią plus ślicznie wyglądasz w mundurze, załóż jeszcze czapkę plus kiedy cię puszczą do domu plus no jeszcze po jednym plus dobre te ogóreczki.

Jest zespół młodzieżowowojskowy, jest okolicznościowy transparent, jest majowo, nawet tablica z plakatem, na którym widnieje sylwetka człowieka i napis „celu uważnie” zieleni się bardziej niż zwykle. Dziś wszystko jest bardziej niż zwykle.

IV

(wieczór tego samego dnia)
Wieczór opada jak pierwszy, chłodnoskrzydły motyl wiosny. Muśnięcie następstwa pór dotyka wszystkich miejsc. Dotyka również kaprala nazwiskiem Kapral. …Buty mają się świecić… jak psu jaja na wiosnę… jasne?… onuce złożone w kostkę mają równo leżeć na butach… jasne?

Cienie podchodzą i stawiają swoje rozczłapane trepy w równym szeregu pod ścianą, krytycznie przymknięte oczy porównują, czy sąsiednie nie lśnią jaśniej, czy onuce nie są obdarzone ostrzejszymi kantami. Zadowolony z porównania jednodniowy żołnierz odchodzi rozglądając się za jakimś zajęciem, bogaty w doświadczenie, że niebezpiecznie być bezczynnym., Głos, już nie kaprala, ale zwykłego szeregowca zatrzymuje go w miejscu.

…Kocie!… to są wyczyszczone buty?… jaja sobie robisz?… Zamaszyste kopy posyłają kilkanaście par obuwia w perspektywę korytarza, białe onuce fruną pod sufit jak latawce, kilka starszych towarzyszy przyłącza się do zabawy
zamieniając budynek kompanii w zwariowane boisko z kilkunastoma piłkami. Zza drzwi wychyla się zaciekawiona głowa kaprala, uśmiech kroi ja dookolnie. … No mówiłem kurwa, że mają błyszczeć.,.. i co? Odpierdolili jakieś fajansiar-stwo!… Zbierać mi to do cholery i wszyscy za szczotki i czyścić do upadu!…

Mozolne odnajdywanie własności w lesie nóg graczy, którzy nie mają zamiaru przestać. Szczęśliwi znalazcy wybiegają na zewnątrz i w świetle latarni polerują i polerują lustrzane powierzchnie z ulgą że nie są tam, w środku, gdzie łysielce pełzają na czworakach wśród śmiechu i poszturchiwań starając się dopasować brakujące buty, wzgardzeni i osamotnieni. W powietrzu pobrzękują dzwonki przedpiekla. … No co młody?… Znalazłeś już swoje… to chodź, wyczyścisz i moje… Tak młody mianuję cię swoim pucybutem, czy jak to się tam nazywa… o widzisz tam stoją… tak… te upierdolone w błocie… co się kurwa tak gapisz jak szpak w pizdę… co chciałbyś, żeby dziadek sobie sam czyścił buty… coś powiedział kocie zajebany!… baczność!… padnij!…

Ciało zelektryzowane komendą wali się na beton. Zdmuchnięty płomyk buntu kopci uczuciem wstydu i upokorzenia, rozkaz ustalający ostateczną zależność, określający, kto jest panem, a kto sługą, jasność układu tak przeraźliwa, przypieczętowana natychmiastowym odruchem. Ciało leży, leży i przeżuwa klęskę, kurz podłogi miłosiernie przyjmuje bezsilną łzę, pozwala jej rozpłynąć się, zniknąć. Świat zamyka się gdzieś ponad głową, mroczne burzliwe niebo spękanego sufitu i głos wszechmogącego jak ciśnięta błyskawica godzi gdzieś w kark, wyżej, w środek czaszki. … Powstań kocie!… Elektrody bezsilności wbite w kończyny galwanizują zmiętą postać na podłodze, podkurcza nogi i ręce, podrywa się do góry stając wyprostowana. Szeregowiec wyprężony przed szeregowcem. .. Padnij kocie… powstań kocie… padnij kocie… powstań kocie… padnij kocie… powstań kocie…

Głos wypluwa komendy, wznosi się i opada, opada i wznosi, by w końcu załamać się na murze zmęczenia ludzkiego ciała próbującego dźwignąć się z ziemi, ale nogi nie chcą zamienić się w sprężyny, ręce nie chcą stać się podpora.

… No masz dosyć?… to bierz teraz buty szanownego pana dziadka i wypier-dalaj… A niech tylko spróbują się bardziej błyszczeć… Oddala się postać ze złamanym grzbietem, przetrącony wzrok dostrzega, że nie jest sam w klęsce, już kilku towarzyszy walczy o blask, próbuje zapalić słońce w znoszonej skórze
ciężkich glanów starszych kumpli. Postać wbija oczy w ziemię, kuca wśród innych pucybutów szczotkując i polerując do omdlenia ramion.

Budynek kompanii szybuje w ciemnościach, sterczy jak samotna wyspa w bezmiarze nienawistnego morza, okręt, którego załogę uwięziono, a garstka piratów gotuje sobie ucztę i igrzyska. Te igraszki w wojskowym slangu nazywają się „szkolenie”. Musztra bojowa stosowana jako element ćwiczeń na poligonie, przeniesiona w cztery ściany, na niewielka przestrzeń korytarza, sal, kibla, łazienki. Stropy dudnią pod stopami biegających łysielców, czołgających się łysielców, padających łysielców, skaczących żabką łysielców, łysi8elców wyznaczonych do sprzątania, wykonujących groteskowe tańce ze szczotkami, w towarzystwie wiader i szmat pośród zwariowanego tumultu manewrów dowodzonych przez kilkudziesięciu generałów bez naszywek. Osobliwa armia, gdzie sztab trzykrotnie przewyższa liczebnością siły operacyjne. Ściśnięci pasami szeregowcy o oczach potrzaskanych przerażeniem starający się wykonywać rozkazy wydawane przez dwóch, trzech szeregowców o twarzach rozświetlonych boskim uczuciem mocy. … Czołganiem naprzód.,, biegiem, kurwa, powiedziałem… co się jeszcze futrzaku oglądasz… do końca korytarza i z powrotem… ja ci wyrobię szybkość… łap spodnie, jutro wychodzę na miasto, żelazko jest tam, mam się pokaleczyć kantami… łazienka jeszcze nie sprzątnięta… co nie wiesz, bierz dwa wiadra piachu, parę wiader wody i szorujesz podłogę, ma być jak nowa… hej kapral widzisz ego z brzuchem tego tłuściocha… oporny?… daj mu kawał cegły i niech leci kible…

To nic chłopcze, to nic, to tylko oszalała noc potłukła szyby w oknach, wdarła się do środka, wdarła się pod sklepienie czaszki i zawodzi opentańczą piosenkę, to nieprawda chłopcze, to zły sen rwany na strzępy przez widma, przez przywidzenia, to tylko krzyk potępionych układa się w karuzelę postaci w biegu, wymachujących rękami, sunących na brzuchach ku nieosiągalnej ścianie zamykającej korytarz, to przecież nie może się dziać, przecież reszta świata nie może nagle okazać się kłamstwem, pustym słowem, mgła, co omotała wzrok, watą, co zatkała uszy, przecież jest gdzieś pod tym niebem porucznik o inteligentnym czole poruszający wargami na szklanym ekranie w niedzielne poranki, gładzący zdania, pieszczący słowa, te piękne nazwy: koleżeństwo, braterstwo, godność i zaszczyt munduru i nie śpi ktoś, by spać mógł ktoś. Kurwa, co się stało z moim przekrwionym mózgiem, przecież nie toczy się po grani szaleństwa, bo ciało jest spocone i odczuwa ciężar wszystkich czynności wykonywanych w pośpiechu i panice, a dłonie i kolana są obolałe od uderzeń o beton i twarz mi płonie upokorzeniem, więc jeśli mój mózg nie oszalał, to wszystko dookoła oszalało i te dzwony przedpiekla są realnością i brudem na górach butów do wyczyszczenia. Gdzie jest ten dobry pułkownik, mądry i ojcowski, ten, który strawił pół życia, by opisać dzieje dzielnej czwórki i jeszcze dzielniejszego psa o puchatym imieniu, jego słowa tak dobrze zapamiętane, słowa, którymi witał w elektronicznym okienku te tysiące nowoprzybyłych do bram rycerskiego zakonu, jak raczył się wyrazić, jego gwiazdki lśniły tak szlachetnie, przecież to niemożliwe, że nigdy nie istniał, że był efemeryda, fantomem dla uśpienia czujności, kością dla oswojonego psa. A ci oddani, ci malowani, ci niezgrabni w mowie, ale w czynach niezawodni, te parobczaki błękitnookie z dzieciakami w ramionach na akademiach rocznicowych, ich piersi skropione łzami matek, w ich oczach łza rozstania przyjedź mamo na przysięgę, podejrzewam w tym jakąś zmowę, jakiś masoński podstęp letniego festiwalu w nadmorskim kurorcie, gdzie królują gęby jurnych dobrodusznych sierżantów, u których jak u mamy, u których jak u taty, a dziewczęta za mundurem zapieprzają sznurem.

Więc gdzie jestem, może to jednak kundle obłędu szarpią na mnie ten śmieszny, zbyt duży mundur, może to kara za to, że zwątpiłem, że nie podążałem tutaj na skrzydłach, z piersią rozsadzaną dumą, że pozwolono mi wypełnić zaszczytny obowiązek, może to zemsta tych, co przyszli ze spuszczonymi głowami z sercami spuchniętymi od radości. Może dotyka mnie los tych, co śmiali bluźnierczo roić o odepchnięciu łaskawie wyciągniętej dłoni, ale czyż możliwe, żeby wszyscy, przecież nie jestem sam w tym kotle prześladowań?

… Ty co tak stoisz!… widzisz jak się koledzy bujają… do roboty… do sali, pomóż sprzątać… ma być, kurwa, błysk!.. Ooo jeszcze jeden… właź futrzaku… bawiłeś się kiedyś w czołgi?… to proste… padnij… czołgi do garażu!… no co leżycie jak te peje… nie słychać komendy?… walcować się pod wyra… i to z hałasem… Co, nie słyszeliście jak czołg warczy… dalej!… czołgi z garażu!… głośniej kurwa!… nie słychać silników… głośniej! … no wyjeżdżać szybciej… szybciej… Ładny poligon, nie?… aż się kurzy, tak dają… Co się patrzysz kocie… oporny?… zaraz cię wyleczę… pobujasz się z froterką do północy po korytarzu… Dobra, powstań wszyscy… za pięć dziesiąta myć się wojsko… biegiem!…

Błogosławieństwo dwudziestej drugiej godziny doby, błogosławieństwo mijającej szesnastej godziny dnia. Wszystko zamiera na chwilę pod wibrującym głosem, capstrzyk! capstrzyk! capstrzyk! Postaci w piżamach w niekompletnych mundurach ożywają na powrót, kolebią się miarowo nad szczotkami, kucają zgarniając ogromne kałuże wody, zbyt wielkie dla małych szmat i nerwowych nieprecyzyjnych ruchów. Wiadra wydzwaniają swoja piosenkę czystości i znużenia, zapach pasty łaskocze nozdrza mieszając się z ostatnimi, powolnymi papierosami wypalanymi przez starszyznę znudzoną już nieco igrzyskami. Wyprężone łysielce meldują z lękliwą powagą o uporaniu się z syfem zaszczanego kibla, z kamienną posadzką łazienki, z matowym drewnem podłóg w salach. Tłumok ciała zawiniętego w koc omotanego nadzieją, że dzień dogasa i nadchodzi bezpieczna ciemność pełna łagodności. Zwierzęta drżą w jamach posłań.

… Wojsko śpi?… Co tak cicho?… Co? Wojsko nie odpowiada? … Obraziło się młode wojsko?… Ooo wojsko odpowiada… nie chce się wojsku spać… no to kontrola czystości… Prawa nóżka na kant łóżka … wystawiać te swoje szkity młode wojsko… ładnie ładnie… czyste… Co mnie kurwa obchodzi, że sprzątałeś… Młode wojsko powstań!… w dwuszeregu w łazience zbiórka… z ręcznikami!… tempooo!… młode wojsko myje nogi… trzydzieści sekund… koniec mycia… w dwuszeregu na sali zbiórka!… za wolno… w dwuszeregu w łazience zbiórka!… wojsko myje nogi!… piętnaście sekund… w dwuszeregu na sali zbiórka… Co się tak pierdolisz jak królewna w tańcu!… do łazienki po kolegę biegiem… no… teraz lepiej wojsko… na salę biegiem… teraz liczę do trzech i wszyscy są w łóżkach… raz… dwa… trzy… za wolno… wróć… raz… dwa… trzy… za wolno… wróć… raz… dwa… trzy… za wolno…

Człowiek w brzuchu nocy, w jej łonie, w jej wnętrznościach, zastygły w bezruchu, w obawie, by ktoś nie rozdarł mrocznych zasłon, nie poprowadził do tańca pogardy. Wtedy, przed prawdziwymi narodzinami w wykluwającym się mózgu też postukiwał zegar odliczający ostatnie chwile bezpieczeństwa, ostatnie chwile przed wyjściem w obcy świat.

Teraz tutaj drży pod kupą brudnych szmat, pod którymi drżeli jemu podobni, pół roku temu, rok temu, dwa lata temu. Szara tkanina przesiąknięta jest lękiem bezsennych nocy, nocy przespanych z otwartymi oczami z rozedrganymi uszami, ile nocy, ileż to nocy, te pytania nie mają sensu, pytania o liczbę, cała przeszłość jawi się jako jedna noc przerywana chwilami jasności gorszymi niż ciemność. Bo teraz, w mroku można przynajmniej odliczać dzielący czas i sycić się bogactwem zegarowych stuknięć nizanych na wątłą nić oddechu. Czterysta siedemdziesiąt chrobotów przesuwających dużą wskazówkę. Dwadzieścia osiem tysięcy osiemset drobnych drgnięć poganiających najcieńszą wskazówkę zegara. Cały świat do przejścia, całe życie do przeżycia. Tylko nie zasnąć, nie zasnąć, bo całe bogactwo darowanego czasu zostanie zaprzepaszczone, zniknie w otchłani chrapliwego, znojnego snu, dar wolności utopiony w prostackim postękiwaniu stężałego ciała, cała buntownicza podróż oddana za pozorne wytchnienie, które nie jest niczym innym jak przygotowaniem na następny, podobny dzień, podobny w swoim niezrozumiałym okrucieństwie wieczór, na wszystkie dni i wieczory. Więc myśleć, uruchomić ten bezładny, ale obronny kierat myśli, który być może wykona jakąś pracę, obnaży rozwiązanie zagadki i wskaże drogę wyjścia, a jeśli nie, to przynajmniej śnić na jawie cały utracony świat i swoje w nim byłe bycie, chociażby za cenę zmęczenia i opuchniętych powiek, połykać tę niespodziewaną cisze, ciszę i łaskawie otulającą samotną samotność, lepsza od tej pustej samotności dnia, gdy głowa wymieciona do czysta i nawet siebie nie można mieć za towarzysza. Teraz, wreszcie teraz, wśród smrodu tej ogromnej sali i pojękiwań, imion wypluwanych nieświadomie, przekleństw i charkotu podać sobie rękę i odbyć naradę z własnym cieniem, przytulić go i myśleć, myśleć do niego normalnymi słowami o normalnych rzeczach, o niemęskich głupstwach, o nieporządku, bałaganie, o samowoli i pogardzie dla tego skur-wionego świata, nim przyzwyczajenie zrobi swoje i zasieje ziarno obojętności, nim nadejdzie nieubłagane pogodzenie z fetyszem kłamstwa, z piramidalnym oszustwem. Tak, teraz jest chwila odwagi, chwila, gdy można cucić uczucia inne od strachu i myśli inne od obliczania odległości. Teraz jest ta chwila, to ogromne morze chwil, w którym można się wykąpać zmywając cały syf całe brudne światło minionego dnia, wszystkie klątwy i lepki zgniły miąższ owoców upokorzenia. Teraz, gdy jest noc absolutnej ciszy, bo dźwięki nie dotyczą tego miejsca pod kocem, można kroić racjonalnym skalpelem zbuntowanego umysłu cielsko pozornie bezrozumnej bestii, by poznać jej anatomie i widzieć, jak jest słaba i jak silna, jak jest wszechmocna i jak bardzo bezradna, gdy nie zaakceptuje się jej praw, przyjmując jedynie ciężar pokonywania pewnej przestrzeni w pewnym czasie.

Tylko nie spać, nie spać, kraść chwile i godziny, które nie są przewidziane w drobiazgowym planie zawładnięcia świadomością. Nie są przewidziane na naukę mechanizmu ani na wynajdywanie surowicy przeciw ukąszeniom. Są przewidziane na biologiczną regenerację, na rozprężanie mięśni, na odre-alniające sny, by przebudzenie było twardsze i bardziej zaskakujące, a rwący potok porwie bezwolne ciało i opróżniony umysł.

… Hej ty!… młody… co tam, kurwa, mamroczesz pod kocem?…

Zdegradowany st. szeregowy

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code