Ośrodki WiP-u

WiP w Opolu

Zdarzyło się 15 lat temu. Happening z pozoru radosny

Dorota Wodecka-Lasota

21 marca 1989 roku. Pochód złożony z tysiąca młodych osób przeszedł ulicami miasta. Na przedzie wielki transparent: „Ostatni oddech Stalina, czyli topienie marzanny”. Tuż za nim nadziana na patyk kukła Wodza Narodów z wymalowaną na czole czerwoną gwiazdą oraz sierpem i młotem na plecach

Jazgoczący dźwięk gwizdków i piszczałek, w które dmuchali happeningowcy, zakłócił senny spokój urzędników ratusza.

– Chaos był straszny. Milicja kompletnie zgłupiała. Nie wiedzieli: lać, czy nie. Najpewniej chciało im się śmiać – wspomina pierwszą akcję opolskiej Pomarańczowej Alternatywy Zbigniew Bitka, dziś kierownik literacki Teatru Lalki i Aktora.

Pomysł na zorganizowanie happeningu zrodził się w domu Marcina Kaczyńskiego przy ul. Matejki 5. Był on nieformalnym liderem opolskich grup młodych niepodległościowców. – Uznaliśmy, że odciążymy trochę Pomarańczową Alternatywę z Wrocławia i zrobimy imprezę u nas. Chcieliśmy pokazać język komunie i przygotować happening z pozoru radosny. Była to oczywiście jak najbardziej poważna manifestacja – mówi Krzysztof Galiński z Gdańska.

W salonie i w wannie

Przygotowania zajmują miesiąc. W mieszkaniu Marcina w foliowych workach czekają plastikowe gwizdki. – Udało się je przewieźć z Wrocławia, bo przecież gwizdki nie były nielegalne. Zdaje się, że pieniądze na nie dostaliśmy z Amnesty International – spekuluje Ewa Kaczyńska-Natołoczna, siostra Marcina (po politologii, obecnie pracuje w administracji przedszkola, jest też kuratorem sądowym w Kluczborku).

Prześcieradła na transparenty młodzi opozycjoniści przynoszą jak zwykle ze swoich domów. Tną na pół, zszywają, rozkładają na podłodze w salonie rodziców Marcina i tuszem malują drukowane litery: „Stalinizm tak – komunizm nie”, „Żądamy różowego nieba”, „Stalinizm tak, ale jaki”, „Żądamy stalinizmu z ludzką twarzą”.

Na brązowych papierowych torebkach drukują hasło: „Oddech Stalina”. Kilkaset sztuk z szablonu wyciętego z kliszy rentgenowskiej. – Klisz mieliśmy opór, bo tato jest pulmonologiem i znosił nam je ze szpitala. Przez noc moczyły się w wannie. Rano zdzieraliśmy z nich szczotką taką oleistą powłokę, a potem Marcin nożykiem do tapet wycinał literki – wspomina Lidka Kaczyńska (najmłodsza siostra Marcina, pracuje w domu dziecka w Opolu).

Przygotowują szablony nie tylko na torebki, ale i na graffiti. Na ścianach opolskich kamienic pojawiają się „wrzuty” z informacją o happeningu.

Drukują też ulotki, rozrzucane potem m.in. w szkołach i na uczelniach. – Robiliśmy je na domowym offsecie. Ten tusz był okropny! Wanna do dziś jest niedomyta – śmieje się Ewa Kaczyńska.

Nikt nie pamięta, kto zrobił kukłę Stalina. – Najpewniej tak, jak wszystko, powstała u Marcina – uważa Paweł Dobrowolski (po politologii, pracuje w Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa).

Bąbelków nie puszczać

– Marcin miał poglądy wolnościowo-anarchistyczne z potrzebą aktywnego działania – opowiada jego siostra Ewa. Jesienią 1986 roku zainicjował w Opolu działalność ruchu Wolność i Pokój. Współtworzył opolską Federację Anarchistyczną. To w domu Kaczyńskich w 1989 roku odbył się ogólnopolski zjazd FA. Również u Marcina spotykali się członkowie Federacji Zielonych.

– To był dom otwarty. Dla mnie, pięć lat młodszej od Marcina, te ich spotkania, malowanie szmat, drukowanie bibuły było normą. Myślałam, że tak jest wszędzie, chociaż Marcin dawał mi tzw. instruktaż bhp typu: „Morda w kubeł, bąbelków nie puszczać”. Nikt nie mógł się dowiedzieć, co się w domu dzieje – dodaje Lidka Kaczyńska.

Wiedzieli w I LO. – Był świetny z przedmiotów ścisłych, ale miał ciągłe problemy z wiedzą o społeczeństwie. Wykuwał wszystko na blachę, ale dostawał naciągane tróje. Zawieszono go w prawach ucznia, miał naganne zachowanie. Wszystko przez podtekst polityczny. Marcin przeżywał to bardzo, bo nosił w sobie ogromne poczucie sprawiedliwości – Ewa wciąż denerwuje się na to wspomnienie.

Był drobny i niewysoki. W jasnych dredach i zrobionej przez mamę na szydełku czapce w kolorach rasta – zielonym, żółtym i czerwonym (reggae słuchał szczególnie – grał na klawiszach w zespole Bakshisz).

Często chorował. – Nie chodził wtedy do szkoły, tylko czytał, pisał. Był przeintelektualizowany, ale przez choroby szybciej dojrzał – uważa Lidka.

– Niezwykle dojrzały emocjonalnie, ale życiowa kaleka – sam sobie nie umiał zrobić kanapki. Był moim i idolem, i autorytetem w każdym calu – dodaje Ewa.

Marcin Kaczyński – kliknij-powiększ

– Do tego, co robili, podchodzili też z dystansem. Nie było w nich takiego patosu, jak w działaniach „Solidarności”. Nie gadali na okrągło o polityce. Grali na gitarze albo siedzieli całą noc przy brydżu. Przede wszystkim się przyjaźnili, choć w tym, co wspólnie robili, były i polityka, i ryzykanctwo – podsumowuje Lidka. Była jednak za mała, by starszy brat zabierał ją na manifestacje.

Pozdrowienia dla esbecji

– Ruszyliśmy z miasteczka akademickiego, zdaje się, że spod Kmicica. Było nas około pięćdziesiątki – wspomina happening Radosław Wojtarowicz, wówczas uczeń Technikum Gastronomicznego, dziś ochroniarz w ECO.

Na przodzie chłopcy w białych kitlach założonych na kurtki. Trzymają transparent.

Kiedy dochodzą do ul. Krakowskiej, tłum za ich plecami liczy już ok. tysiąca osób.

Młodzi ludzie niosą nadmuchane papierowe torebki z „oddechem Stalina” i dmuchają w rozdane im gwizdki.

– Ja torebki nie miałem. Wziąłem z domu piszczałkę, kawałek fletu prostego – opowiada Paweł Marcinkiewicz, wtedy uczeń I LO, obecnie poeta i wykładowca na opolskim uniwersytecie.

– To był pełny spontan. Ludzie poprzynosili też z domów swoje transparenty. Wiem, że takich akcji było w Polsce wiele, ale ta wyróżniała się tym, że miała miejsce w Opolu, gdzie raczej niewiele się działo – dodaje Krzysztof Galiński, który tego dnia skanduje do przechodzącego z rąk do rąk megafonu prokomunistyczne i prostalinowskie hasła.

Idą Krakowską, dalej na rynek, okrążają ratusz i kierują się nad Młynówkę. Manifestanci pozdrawiają stróżów prawa. Witają też krzykami znanych im esbeków.

– Milicja kompletnie zgłupiała. Nie wiedzieli, czy lać, czy nie. Najpewniej chciało im się śmiać – relacjonuje Zbigniew Bitka, uczestnik happeningu. – Był taki tłum ludzi, że nie można się było dopchać do przodu.

Bijatyka ze „Smutnymi”

Na zielonym mostku czoło manifestacji zatrzymuje się. Zanim kukła Stalina wpadnie do Młynówki, śpiewają „Międzynarodówkę” i recytują wiersze ku czci Wodza Narodów.

Robi się gorąco. Milicja otacza tych, którzy stoją przy fontannie na placu Wolności. Tajniacy próbują wyciągać z tłumu pojedyncze osoby.

– Byłem dość zdziwiony. Nagle okazało się, że ci, co tak entuzjastycznie się do nas uśmiechali, są funkcjonariuszami bezpieki. Uciekłem w stronę Instytutu Śląskiego – relacjonuje Paweł Marcinkiewicz.

– Koło filharmonii zaczęła się jakaś mała bijatyka ze „smutnymi”. Złapali mnie i radiowozem przewieźli na komendę. Byłem nieletni, więc tylko mnie spisali i po jakimś czasie wypuścili. Postraszyli, że rodzice będą mieli nieprzyjemności, ale mam wrażenie, że wiedzieli, iż ustrój się chwieje i nawet nie chciało im się mnie specjalnie nagabywać – wspomina Radosław Wojtarowicz. Kilka miesięcy później jego nazwisko pada z trybuny sejmowej, gdy poseł Bronisław Wilk relacjonuje zachowanie bezpieki na Opolszczyźnie. – Wspominał o happeningu. Grzmiał, że z takich błahych powodów zatrzymują nieletnich – dodaje Wojtarowicz.

Akcję opolskiej Pomarańczowej Alternatywy odnotowuje również „Na bieżąco. Serwis informacyjny Młodzieżowej Grupy Niepodległościowej – Pokolenie 80-88” .

W ramach pierestrojki relację z happeningu przedstawiono w III Programie Polskiego Radia. – Również w ramach pierestrojki, po oddaleniu się ekipy radiowej, funkcjonariusze SB usiłowali uprowadzić recytatorkę, jednak dzięki zdecydowanej postawie uczestników happeningu (poturbowanie funkcjonariusza D.W.) do porwania nie doszło. Bezpieka musiała zadowolić się zatrzymaniem po zakończeniu imprezy tylko jednej osoby – Radosława Wojtarowicza. Z powodu nieudanej akcji oraz odniesionych kontuzji redakcja „Na bieżąco” składa D.W. wyrazy ubolewania i życzy powrotu do zdrowia po długiej rekonwalescencji – czytam w drugim numerze pisma.

D.W. nie chce o tym rozmawiać. – Życzę dziennikarskiej dociekliwości. Jak pani dotrze do wszystkich dokumentów, będzie pani miała pełną jasność – kwituje enigmatycznie.

Pożegnanie przyjaciela

Marcin Kaczyński zmarł siedem miesięcy później. Miał 20 lat, studiował na I roku fizyki. Walczył z rakiem układu limfatycznego (tzw. ziarnica złośliwa) półtora roku. Umierał wiele tygodni.

– Nie bał się śmierci. Przygotowywał się do niej. Poszukiwał w różnych religiach odpowiedzi na pytania „dlaczego?” i „co dalej?”. Wędrówkę zakończył tak, jak ją zaczął, w wierze katolickiej – wyjawia Lidia.

Kiedy odszedł, na mieście rozlepiono ulotki-klepsydry. „Zawsze nieugięty, stanowczy, z niezwykłym spokojem i konsekwencją, bez cienia strachu czy choćby obawy o własną osobę realizował najważniejsze w Jego przekonaniu ideały społeczne wolności i pokoju, wypełniające treścią Jego całe życie i pomagając odnajdywać je innym. Zdumieni, nie możemy uwierzyć, że nie będzie Go więcej wśród nas, żegnamy z bólem naszego przyjaciela, którego znaliśmy jako człowieka niezwykle prawego, szlachetnego i nieugiętego w walce o godność człowieka” . U dołu nekrologu podpis: Opolskie Środowiska Niepodległościowe”.

Na pogrzeb Marcina przyjechali autokarami młodzi działacze opozycyjni z Wrocławia, Krakowa, Warszawy.

– Były tłumy ludzi. Przyjaciele nieśli trumnę. Niewiele pamiętam – urywa Lidia Kaczyńska. – Ale na pewno ten pogrzeb nie przerodził się w manifestację polityczną. To było po prostu pożegnanie przyjaciela. Ja nie wiem, czy gdyby nie było Marcina, w Opolu działoby się to, co się działo. Miał świetne pomysły, otwarty umysł, dowcip. Typ lidera, ale nie takiego, który sam siebie kreuje na gwiazdę. Za nim ludzie po prostu szli – kończy.

Nekrolog Marcina Kaczyńskiego – kliknij-powiększ

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code