SŁOWO - Dobra literatura

Wiersze Cezarego Kędziory cz. 2

To co zwyczajne zamieniać na niezwykłe

Cezary Kędziora

Nocny brzeg

Rozmawiamy o Bogu późną nocą
Spieramy się o kształt
Miłości
Jak o smak jabłek
Jabłek jesiennego sadu
Czy soczyste
Z gładką skórką
Czy cierpko krzywią
Wypukłość warg
Trąc o nie poszyciem chropawym
Doświadczenia

Spieramy się o prostotę
Dziecinnej wiary
Odjętej nam
Z bagażu lat
Zazdrościmy ptakom lotnym
Wagabundom polnym
Swobody
Przeraźliwie zwyczajnej

Łasiczka z objęć
Damy Leonarda
Chce wyzwolić
Z naszych
Gardeł znużonych
Krzyk
Oczyszczenia
Mruży drapieżnie oczy
Przeciąga się
W pół ramion
Swobodnym przełamaniem
Niedostrzegalną pieszczotą
Marszczy w nas
Tęskne fale
Żalu
O brzeg prosty
zwyczajny

Góry

Wypiętrzają się
Nagle
Z łagodności zielonej
Z języka łąk
Plują krwawo
W horyzontu
Poszarpaną tęczę

Słońce w pół
Łamią
Jak obwarzanek

Nagie
Surowe
Ponure
Szczyty
Na przekór logice
Upodobaliśmy
Tchem ostatnim
Rosą potu
Laurem wiatru

Lago

Jezioro łasi się
O brzeg
Szafir jego fal
Miękko
Spływa do
Zatoki

Plamy żagli
Na parkietu
Lustrze
wilgotnym

Liguria

Przy edicoli
Liguryjskiej konsoli
Pławimy się w słonecznej antresoli
Przy oliwy dzbanie szczypcie soli
Uciekamy z codzienności niewoli

Śmiejemy się perliście
Szumią buganville liście

Świątecznym chaosem
Znaczymy
Chwilę
Wieczności
Skradzioną
Na zawsze

Oczu blask
Mamy
W zachwytu
Zenicie

Nieznajomi

W przejściach miejsc zwyczajnych
Zaułkach zacnych
Które polecają przewodniki
Spojrzeniami szybszymi
Od błysku burzy
Mkniemy
Badawczymi sondami
Spojrzeń
Przez doliny wzgórza
Ciał tłumnych
Bez imienia

Wieczorem
Przy piwie
Czerwonym winie
Obłaskawiamy
Nudne brylanty
Przyjaźni

Pijemy wtedy
Za zdrowie
Za pomyślność
Za poranek jutrzejszy
Nieznany
Tak
Jak Ci
Których zręcznym
Manewrem
Pozostawiamy
Na redzie
Portu

Pociąg

Rozmazane szyby
Krajobrazu
Drżą
W okowach
Rytmu
Mija
Godzina
Za godziną

Pejzaż
Nieostry
Werbel kół
O
Torowisko

A tu Liguria łączy się z Lombardią

To ten kadr
Co
Został
W tle
Restauracyjnego
Wagonu

Lokomotywa sunie
Koła
Łomoczą
Zygzakiem echo
Omiata
Winnice
Mgłą

Brąz żywy
Wplótł się
W źdźbła traw
Końskimi łbami
Pośród łąk

Na peronie w Desenzano
Rozwiesza pranie
Wariatka
W deski ławki
Zwija kabłąk ciała
Świętym spokojem

Parowóz
Buczy
Kołysankę

Pośpiech

Śpiesznie minutom
Spinamy cugle
Tak mało nam
Od wtedy do teraz
Tak mało nam
Od teraz do potem

Spiesznie sekundom
Siodłamy popręgi
Tak wiele jest
W nas chcę
Tak wiele jest
W nas muszę

Śpiesznie żegna nas
Orszak żałobny
Śpiesznie zdarta
Po nas klepsydra

Tak wielu po nas

Tak wielu matki
Nucą
Kołysanki
O
Szczęściu

Prosektorium 2

Patrzę śmierci w oczy
Przywieźli ją wózkarze
Ma 85 lat
Jest stara
Pomarszczona
Śmieszna
Wygląda niegroźnie
Zapięta w garsonkę
Po szyję
Uczesana w kok
W wymoszczonej tiulem
Trumnie

Jak Wenus w pianie
Zmęczyło ją stanie
Na jednej nodze w oceanie życia
Drugiej w muszli nicości

Patrzę
Widzę co chcę
Milczenie otacza nas
Mgłą zrozumienia

Wierzymy w moc dat
Inicjałów
Czciciele imion
Kompasów Znaczeń
Nazw
Słów

Wózek na czterech kółkach
Odjeżdża do Hadesu
Za rogiem
Żegnany łkaniem tych co są
Pytaniem
Krzykiem niemym
W serialu
Codzienności

Antoniemu Matuszkiewiczowi

29 06 05- Bolzano

obserwacje świadomości

Santa Margherita

W porcie drgają
Wśród fal
Pryzmatów
Motyle skrzydła
Jachtów
Gotowych
Odfrunąć
Ku morzom dalekim
Ciepłym

Stanowcze spięcie
Żagli
Z objęciami
Wiatrów
Uścisk halsu
Taneczny piruet
Co zrywa
Kotwicy łańcuch
Z ciemnej toni

Mówimy o przeznaczeniu
Niespełnieniu
Pustce
Na oceanach serc

Szkuner postawił
Spinaker
Tańczy
lazurowo

Skaza

Matka nie zauważyła

Nauczycielka nic nie powiedziała

Ksiądz nie rozmawiał o tym
Z biskupem

Psy patrzą w oczy wersów
Deklamowanych
Bezbrzeżnym
Natchnieniem

Anioł skrzydła złożył
Do wiersza

Perła łzy
W sercu muszli
Sonetu

Synezteza

Patrzę i widzę
To czego nie ma
W podręcznikach
To co niewidzialnym jest
Pod powiekami moimi
Skryte

Patrzę i kolory
W objęciach pod palcami
Wyczuwam
Skórę przebiega dreszcz
Tajemnicy

Słońca promień
Błękitu lśnienie
Podmuch Boreasza
Poszum liści
Słony język fali
Na ustach
Błogo odciśnięte
Zalotne Pieczęcie

Krok za krokiem
Oddechu szkwałem
Podążam
Na pełnych żaglach
Zmysłów

Śmieję się niebu w pułap
Jaskółki
Echem
Wirują pod mostem
Tęczy spinającej horyzont
Teraz z niewiadomym
Pięknem jutra

GOSI-1 07 05

Muzie mojej

21 37

Wybiegli z pubów na ulice
Modlili się, choć zapomnieli słów
Odłożyli kije i pięści złożyli
Do różańca

Serca twarde i chropawe
Skowyt bólu szarpnął
O tego Starca
Co już nie chodził
Nie mówił

Zapalili znicze
Ułożyli krzyże
Gdzie popadnie
Uklękli

Kiedy 21 37 wybiła
Rozbłysło niebo
Które każdy oświetlał
Pochodnią
Nieudolnej modlitwy

Egzamin

Okno na Placu Św. Piotra
Zamknięte
Krypta w Bazylice
Otwarta
Dla Świata

26 lat pontyfikatu
1983 Partynice-Wrocław
Słuchałem
Trzy po Trzy
Nazajutrz wyjeżdżałem na Mazury

Widziałem w TV
Pielgrzymki
Msze
Kazania
Wezwania
Encykliki
Tłumy

W dłoniach obracam
Nieudolnie
Krągłe dziesiątki
Różańca z drzewa oliwnego
Zaliczam egzamin
Z Życia

Rzeka

Nad modra wstążką
Skraj trawy
Upstrzony mleczem
Bezczelnie się
Samosiejącym

Nad ciemną tonią
Poszum wiatru
Co nie wiadomo
Skąd i jak
Gnie zielone pędy
W strony
Nieprzewidywalne

Wśród fal plusku
Milczenie kamieni
Wychylających obłe
Ciekawskie łby
Ku refleksom słońca
Figlarnym

Nad brzegiem sfastrygowanym
Zakolami
Szepczemy
Że wieczność
Przemija cudnie
Za przęsłem znika
Nasz śmiech
W błękitnym bezkresie

nad rzeką Isarco 12 06 05

Konkurs literacki

Wygrałem konkurs
Jury zacnie uznało mnie
Za pełnoprawnego poetę

Mogę władać słowem
Legalnie
Mogę na nowo nazywać
To co zwyczajne
Zamieniać
Na niezwykłe

Mogę chmurne humory
Przywdziewać
W aureoli szaleństwa
Spacerować
Bezkarnie

Nadano mi status
Zewidencjonowano
Skrzydła zmierzył agronom
Miejski
Bardzo zmęczony życiem

Przemowę o śmiałości metafor
Odwadze buntu
Ogniu rewolucji
Prawdzie odwiecznej
Co nie dba o gniew bogów
Poparł toast czystej
Pod razowiec

Oficjale rozeszli się
Z ulgą
Niebo błogosławiło mi
Jak zawsze

12 06 05-park Talvera

Noblistka

Czekali w auli
Pod plafonami w aniołki
Na blask
Lśnienie
Łaknęli aury
Nimbu
Co z torów życia
W wieczność
Wykoleja
Choć na moment

Stara poetka
O bladej cerze
Workach pod oczami
Przewracała niezdarnie
Mikrofon
Zawstydzona
Życiem
Mitem
Tą całą pisaniną
Zgiełkiem

Zgrabnie pobrali
Autografy
W auli
Pod sufitem
W skrzydełka
Rzucili się ku bramie
Edenu
W pośpiechu
Na autobus
Do teraz

Słowa
Gesty
Spojrzenia
Oczekiwania
Drżenia
Wszystko
I
Nic
Pod anielskim sufitem
W auli
Pustej
W raju
Opuszczonym

Genua-spotkanie z Wisławą Szymborską

Poeta

Niepokoju oblicze tyranów
Zakreśla stygmatem
Niezrozumienia
Skrzydła w kącie garsoniery
Napoczęta butelka taniej ambrozji
Kęs szyderstwa od bliskich bliźnich
Wersy i przeróżne ptactwo metafor
Karmi obrokiem świętości

Zamiast fazy REM
Natchnienia polucje
Wszczyna rewolucje o byle co
Potem gnije w celach mrocznych
Sumienia zwycięzców
Widzi chóry anielskie
Aureole odpustowe codzienne
Nieprzydatne cuda

Gada dziwnie
Głupio żyje
Pomnik postawią tak na
Wszelki wypadek
Wydrukują bełkotu tomik
Uczniom na szkolny pohybel
Wawrzynu cierń wcisną
Na czoło beztroskie

Mniej niż dwunastu obok
Chleba ryb nie pomnożył
Całą jaskrawość
Błękit w sobie ma
Nałogi na podorędziu
Towarzystwo podejrzane
Sprasza i częstuje
Dobrym słowem

Męczy się strasznie w matni
Przeznaczenia
Pomiędzy siecią kartofli
Pochodnią buntu
Oceanem niespełnienia
Gdy wiatr sprzyja
Odlatuje do Itaki

Bolzano 14 07 2005-sobie samemu

Zgred

Spotkałem go, jak wszystko w życiu: przypadkiem. Pewnie to było przeznaczenie, myślę czasem. Niczego nie jestem pewien, ta odświętna prawda wiedzie mnie ku złudzeniom jutra. Płynę łagodnym lotem nieświadomości, nie zważając na przestrogi, nakazy i dogmaty. Bez wytyczonego kursu, stawiając kroki w mgle poranka, przecięły się nasze trajektorie.

W zakamarkach pamięci, w tych szufladach archiwów przeszłości, gorączkowo neurony wspomnień komunikowały nas sobie.Omietliśmy sylwetki wiązką spojrzeń. Katalog przynależności pozwolił podać sobie dłonie.Uścisk był miękki, badawczy, zwierzęca nieufność, obcość plemion, uśmiech pojednawczy na twarzy, w zanadrzu gotowość do skoku.Gdzie podziała się dziecięcą niewinność?, Gdzie radość bez oczekiwania na cokolwiek.

Staliśmy na przeciw, obok, blisko, choć dzieliło nas niejasne poczucie odmienności. Najbardziej zapamiętałem oczy: bez wyrazu, blade, przygaszone tęczówki, bez słonecznych promieni.Nie odbijało się w nich światło dnia, nie igrały refleksy rzecznej toni, nieme spojrzenie, zaciśnięte powieki jak zatrzaski portmonetki.Mówił dużo, słowa płynęły miałko, opowiadał głównie o tym, co posiadł, a czego jeszcze brak mu do szczęścia. Wzdychał o złośliwościach losu, przejmującym drżeniem obdarzył Boga, w którego już nie wierzy, ale nigdy nie wiadomo? Mówił, żalił się, chwalił, oskarżał, kamienie, ptaki, niebo- chłonęły każdy oddech.

Oddalił się, obrócił na pięcie, zmęczenie przysiadło mu na plecach ciężkim bagażem lat, z chmur spłynął ożywczy deszcz. Rzepak żółtym kobiercem spijał najstarszą kołysankę świata.Kiedy stał się jednym punktem z horyzontem pobłogosławiłem tęczę , jak znak nadziei dla Niego i dla mnie.
Nie wiem czy śnię, czy też droga prowadzi mnie ku ostatecznej minucie. Nie zastanawiam się nad czymkolwiek zbytnio. Nie ważę na szali, nie wiem co jest prawdą, nie wiem wiele. Patrzę w niebo, w błękitu firanę i wyżej nawet, po karnisze wszechświata, do sufitu galaktyk.Uśmiech spływa kometami do źrenic radośnie witających każdą sekundę.

Kiedy bawiliśmy się w chowanego, patrzył śmiało w oczy powtarzając: nie ma nas , nie ma świata , taka powieść jest wariata.

Poszedłem w swoja stronę, przeznaczenie powiodło moje stopy w niewłaściwy azymut, w zagajnik zakazany, pod jabłonkę o soczystych owocach. Pewnie to był przypadek,myślę gryząc słodycz czerwoną i pyszną.

30 06 05 Bolzano

Nic nie jest takie jak się nam wydaje

Najbardziej nasze wyobrażenia

1-Gosi Muzie mojej

2 Antoniemu-Duchowi Słowa

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code