Pytania o sens

A jeśli tam, po drugiej stronie, nie ma niczego…

Myśli przy końcu drogi

A jeśli tam, po drugiej stronie, nie ma niczego…

Wojciech Szczawiński

Zaraz po obiedzie trzy „taksóweczki”, czyli wózki inwalidzkie, wjeżdżają na taras hospicjum. Siedzą na nich panowie Bartłomiej i Adam oraz pani Basia, z którą – z powodu nowotworu mózgu – nie ma prawie żadnego kontaktu. Ale po swojemu cieszy się życiem i słońcem oświetlającym taras. Często się uśmiecha. Przy każdym posiłku, nie wiedzieć czemu, narzeka tylko, że mało jedzenia jej dają. Po chwili na tarasie zjawia się ktoś obcy.
— Przepraszam – nieco skrępowanym głosem odzywa się elegancko ubrana kobieta, kierując wzrok na niewidomą Ilonę. – Pani jest sąsiadką z pokoju mojej mamy, Anny. Czy ona ciągle śpi?
— Tak, śpi – spokojnie odpowiada Ilona. – Tylko dzisiejszej nocy najwyraźniej jakiegoś szoku dostała – tłumaczy rzeczowo.
— Co się stało?
— Nie wiem. Jestem ślepa. Ale pani mama twierdziła, że w naszym pokoju śpi ktoś na podłodze, następnie, że wali w ściany ogromnym młotem. Zwidy miała. Poderwała się nawet z łóżka. Takiego hałasu narobiła, że strach mnie obleciał. Bałam się, żeby krzywdy sobie nie zrobiła.
— Ale mama ciągle przecież leży – w głosie eleganckiej kobiety pobrzmiewa zdziwienie. – Jest bardzo słaba. Nawet szklanki z herbatą nie ma siły w rękach utrzymać. Z łóżka nie podnosiła się od miesiąca.
— Ale dzisiaj w nocy wstała. Jestem tego pewna. Nie wiedziałam, co się dzieje, więc zadzwoniłam po pielęgniarkę. Pani mama dostała zastrzyk i potem wszystko było już w porządku.
— I spała nadal?
— Tak. Do śniadania, po śniadaniu też i po obiedzie również. Przesypia właściwie cały czas.
Zapada milczenie. Elegancka kobieta stoi ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Najwyraźniej ma ochotę zapytać o coś jeszcze.
— Niech się pani nie martwi – odzywa się nagle pan Adam, spluwa przez barierkę na trawnik okalający taras i zapala papierosa. – Niech się pani nie martwi – powtarza. – W szpitalach bardzo często przytrafiają się ludziom takie zwidy. A to, że pani mama podniosła się z łóżka, to może nawet jest jakiś cud. Na pewno wszystko ułoży się pomyślnie.

Marta, 43 lata, rozpoznanie — nowotwór sutka (zmarła po 16 dniach pobytu w hospicjum):

Gdzie jest ten wasz wielki miłosierny Bóg? Wołam go przez całe życie, a on mnie nigdy nie usłyszał. Kiedy błagałam go, odpowiadała mi cisza.

Najpierw straciłam pierwsze dziecko. Dwa i pół miesiąca miało. Do dzisiaj budzę się o trzeciej w nocy, tak jakbym do mojej maleńkiej Elżbietki miała wstać i nakarmić ją albo utulić… Kolejną ciążę poroniłam. Mój drugi syn urodził się z cukrzycą, stał się więźniem strzykawek z insuliną. Trzecie dziecko jest zdrowe. Teraz ma czternaście lat. Ale ja z kolei muszę umrzeć. Może to dobrze, bo chyba jakieś złe siły przyciągam do ludzi…

O czym chce pan ze mną rozmawiać? O tym przeklętym życiu i ciągłej tragedii? Nie będę rozmawiała ani z panem, ani z księdzem, ani z tą dziewczyną z psychologii, ani z nikim innym. Co wy?! Nadzieję chcecie rozdawać?! Myślicie, że jest jak czekoladowe batony, po które sięga się do torby?! Idioci!

Z mężem od dawna nic mnie nie łączy. Po śmierci Elżbietki oddaliliśmy się od siebie… Zgon naszej córeczki nie był niczyją winą. Wieczorem gaworzyła, uśmiechała się, a rano była już martwa. Znaleźliśmy ją nieżywą w łóżeczku. Od kilku lat nawet z mężem nie sypiam, tylko ze względu na dzieci jesteśmy razem, ale nie rozmawiamy z sobą tak normalnie, jak mąż z żoną. Powiedziałam mu nawet, że nie chcę, żeby przychodził do hospicjum. Przychodzi jednak.

A jeśli tam, po drugiej stronie, nie ma niczego? Boję się śmierci. Nie wiem, jak to będzie, kiedy nadejdzie moja kolej. Kiedy to się stanie? Może jutro albo jeszcze dzisiaj? A może dopiero za miesiąc? Chciałabym to wiedzieć, przygotować się jakoś na chwilę odejścia, skupić myśli… Wiem, że mój stan jest beznadziejny… Ktoś tutaj mówił, że podobno nowotwór czasem zatrzymuje się w rozwoju… Wątpię… W moim przypadku jest to raczej niemożliwe.

Tak się złożyło, że nigdy nie byłam na niczyim pogrzebie… Kiedy szłam ulicą i widziałam klepsydrę, przechodziłam na drugą stronę jezdni. Bałam się takich rzeczy. Niepokój budził we mnie widok karawanu… Ale się pocę. Widzi pan? Nie wiem, czy to z upału, czy ze strachu?… Boże, czuję dreszcze…

Więc mam umrzeć? Tak po prostu koniec ze mną? O tym, że już nie ma mnie wśród żywych, ludzie będą czytać z klepsydry wywieszonej na drzwiach bloku. A jeśli Bóg istnieje, to w jaki sposób mnie przyjmie? Na religii mówiono, że wszyscy ludzie najpierw trafiają do czyśćca, prócz świętych oczywiście. Ale jak tam jest? Niewyobrażalne to wszystko. Boję się… A może, jak będę umierać, na początku coś mnie uniesie, polecę takim mrocznym tunelem do jasności i zobaczę taki film, całe swoje ziemskie życie. Czytałam w jakieś książce, że tak się dzieje… Nigdy tak dużo o swojej śmierci nie myślałam. Tutaj ciągle ktoś umiera. Widziałam raz, jak wnoszą zmarłego do tego maleńkiego pokoiku na parterze. W nim nieborak czeka na ludzi z zakładu pogrzebowego. Podobno tam jest kozetka, a na ścianie niewielki krzyż… I czerwona lampka też się świeci. Ja też tam trafię? Widziałam, że pan wczoraj wchodził do tego pokoiku. Leżał tam wtedy jakiś zmarły? Muszę porozmawiać o tym z księdzem….

Krzysztof, 51 lat, rozpoznanie – nowotwór płuc (zmarł po 20 dniach pobytu w hospicjum).

Życie? O kurwa! Ale pan zadaje pytania… Życie to życie. Koń, jaki jest, każdy widzi.

Dwa sklepy mam i hurtownię. Biznesmenem jestem. Ciągle się rozwijam. Żyłem jak panisko, ale wszystko dla rodziny robiłem. Tymczasem ona odwróciła się ode mnie. Na tułaczkę po szpitalach skazała. Rozchorowałem się dzięki najbliższym, z nerwów, z niezrozumienia mnie, przez ich nachalność i pretensje. Taki to paradoks, jak pan widzi. Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach – święta prawda. Teraz żona z córką codziennie tu przychodzą. Pewnie sumienie je gryzie albo robią to ze strachu. Dobrze wiedzą, że beze mnie rady sobie nie dadzą. Szczerze mówiąc, nie chce mi się nawet z nimi rozmawiać.

Zajrzyj pan do szafki. Pełno w nich różnych przysmaków. Jak pan chce, to proszę się częstować. Rodzinka mi to wszystko przynosi. Niby z troski to robi. Ale wszystko kupione za moje pieniądze. Gdyby nie ja, moje dziewczyny z głodu by zdechły. Taka jest prawda. Po co one tutaj w ogóle przychodzą? Pieniędzy im nie dam. Wolę już pańskie towarzystwo albo tej cycatej pielęgniarki z długimi kręconymi włosami, która masaże chorym robi. Wie pan, o której mówię? He, he. Ma kobieta warunki, aż milo patrzeć. No dalej… Niech pan bierze. Tym żarciem dzielę się tutaj z chorymi. Niech te umrzyki chociaż na koniec trochę radości z życia mają. Niektórzy z nich chyba pierwszy raz widzą takie sery i konserwy. Mnie to wszystko nie jest potrzebne. Pan rozumie chyba, że dla mnie luksus to codzienność.

Pan chyba pieniędzy za bardzo robić nie umie? Groszem nie śmierdzi, co? Niech się pan nie obraża, ale w tych starych dżinsach i koszuli z wytartym kołnierzykiem wygląda pan trochę jak szmaciarz. Klasy panu brakuje. Charakteru może też?

Miłość? A cóż to jest do cholery? Nie mam czasu na rozmowy o bzdurach. Pan takie pytania zadaje, jakby przyleciał z księżyca i po raz pierwszy oglądał ten świat. Smaczne te ciastka, nie? Z Francji przywiezione.

Ożeniłem się, mając dwadzieścia pięć lat. Za wcześnie. Głupi byłem. Potem córka przyszła na świat. W końcu człowiek żeni się przecież po to, żeby mieć jakieś potomstwo. Pieluchy, karmienia, nieustający hałas w domu… Zajoba można dostać. Ale jakoś leciało, bo pieniędzy miałem jak błota podczas deszczu. To był czas, kiedy w Polsce transformacja nastąpiła, dzika jeszcze. Alkoholem wtedy handlowałem, telewizorami też. Niczego sobie nie musiałem odmawiać. Żona nie pracowała. Miała dobrze. Niech pan nie wierzy w bajki o miłości. Ona polega na tym, żeby się wygodnie żyło. Bez pieniędzy nie ma wygody, bez wygody – miłości. Wniosek prosty: kasa kręci miłością. Tyle na ten temat.

Dwa lata temu miałem kochankę. Młodziutka była, śliczna, młodsza ode mnie prawie o trzydzieści lat. Wszystko jej dawałem: ciuchy, kosmetyki, studia pomagałem opłacać. Jak przyprowadzałem ją na bale albo spotkania w interesach, to koledzy oczy wytrzeszczali i ślinili się prawie. Taka była piękna. Mówię panu, sama esencja kobiecości i czaru. Dobrze nam razem było. Trwało to rok. Pamiętam naszą podróż do Paryża. Spędziliśmy tam weekend. Tak się schlałem w pierwszy wieczór, że prawie cały chodnik zarzygałem w hotelowym apartamencie. A ona posprzątała po mnie bez żadnego wstrętu. Czułem, że naprawdę ją kocham, a ona jedna mnie rozumie. Rozwodzić się nawet dla niej zamierzałem. Ale zostawiła mnie, głupia suka. Do młodszego odeszła. Ciekawe, co ten smarkacz jej da? No nic… Było, minęło. Całe szczęście, że stać mnie na to, by samemu leżeć tutaj w pokoju. Płacę za ten luksus sporo, ale, dzięki temu, nie muszę przebywać z plebsem, z tą jęczącą hołotą. Trzeba brać się w garść, zdrowieć i jak najszybciej stąd wypierdalać. Prawie codziennie ktoś tu przecież umiera. Nie mam czasu, nerwów ani ochoty, żeby oglądać takie obrazy. Pan tu przychodzi dobrowolnie? Nie rozumiem, jak można to robić. Przynajmniej fajnie porozmawiałeś sobie dzisiaj, człowieku.

Jeśli Bóg istnieje, jest okrutny. Myślę teraz, że całe życie to nic innego, tylko ciągłe zmaganie się z Bogiem. Przeklinam go… Większej krzywdy nie mógł mi wyrządzić. Jeśli byłby, jak mówią kapłani, miłosierny, nigdy przecież nie zesłałby na mnie takiego cierpienia.

Proszę pana, ja chyba umrę! Niech pan przy mnie usiądzie na chwilę, tak jak wczoraj, błagam… Porozmawiać z kimś muszę. Kiepsko ze mną… Nie, księdza nie chcę. Ten zacny człowiek odwiedził mnie przed chwilą.

Tak się modlę: Panie, wyzwól mnie, Panie, ukołysz mnie, Panie, Ty jesteś siłą mojego życia i Mocą zdolną uwolnić mnie od choroby, Jezu Nazarejski, Jezu w żłobie narodzony, który Łazarza na nowo do życia przywołałeś, a własną śliną z najcięższych chorób biedaków leczyłeś, daj mi życie i radość; Matko, Królowo Nieba, na której chwałę wszelkie życie powstaje, chcę pielgrzymować do Ciebie, Matuchno kochana; uzdrów mnie, o Pani przenajświętsza, bo pragnę żyć na chwałę Twoją; czy warto, żebym teraz opuszczał ten świat, skoro chcę na Twoją chwałę żyć? Wszystko, co mam, tobie oddaję. Rozporządzaj mną i tym, co posiadam.

Halina, 45 lat, rozpoznanie – nowotwór piersi (zmarła po 13 dniach pobytu w hospicjum):

Zazdroszczę samobójcom ich wyzwolonej świadomości. Zazdroszczę im zdecydowania, z jakim rozstają się z życiem – tej pogardy wobec świata. Chciałabym ją teraz czuć, odkryć ją w sobie na nowo…
Jako młoda dziewczyna próbowałam odebrać sobie życie. Odratowano mnie. Byłam zła, kiedy w szpitalu zrozumiałam, że nadal żyję; że ktoś zniweczył mój plan W domu rodzinnym miałam problemy. Ojciec pił, bił matkę i mnie… W końcu zapił się na śmierć. Nie mogłam tego wszystkiego znieść. Czułam bezsens życia, czułam się nim przytłoczona. Samobójstwo wydawało się jedynym rozwiązaniem tego koszmaru. I niech pan popatrzy, jak to wszystko się zmienia. Teraz, gdy wiem, jak bardzo jest ze mną źle, przepełnia mnie pragnienie życia. Dlaczego tak się dzieje?

Modlę się o sposób rozstania z tym światem. Ale im dłużej to robię, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak ogromnie tęsknię do normalności. A przecież wiem, że ratunku już nie ma… To wszystko jest straszne… Te myśli, niepewność… Bardzo się boję…

Czasami usiłuję przypomnieć sobie czas, kiedy miałam wszystkiego dosyć i każdego dnia, pozbawiona ochoty do życia, musiałam zmagać się z losem… Nawet to, żeby następnego dnia o świcie znowu otworzyć oczy, było męką nie do opisania. W szkole mi się nie układało, nie czułam zrozumienia ani u rówieśników, ani u dorosłych. Doznawałam straszliwego uczucia osamotnienia… Źle mi było potwornie. Brakuje słów, żeby to wyrazić. Żyłam skłócona z otoczeniem i z samą sobą, szalenie egzaltowana, sfrustrowana, wypisując w ukryciu jakąś koślawą poezję romantycznego buntu, podobnie jak tysiące innych przewrażliwionych nastolatek. Gubiła mnie własna nadwrażliwość. Spacerowałam samotnie nocami i pocieszałam się myślą, że kiedyś przecież nadejdzie koniec tego dramatu, bo wszystko na świecie ma swój kres. Myślałam przy tym, że jestem wyjątkowa, jedyna, która odbiera świat w taki sposób. Śmieszne to wszystko wydaje się teraz… Przywołuję wspomnienie tamtego koszmaru, lecz to niewiele pomaga. Życie pociąga mnie teraz jak narkotyk. Nie chodzi mi o męża i dziecko. Zrozumiałam już, że ze mną czy beze mnie będą przecież nadal żyć, jakoś dadzą sobie radę. Jestem jednak bezsilna wobec nałogu własnego życia… Niech mi ktoś pomoże uwolnić się od niego.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code