Refleksja

Polska mitologia narodowa

Polska mitologia narodowa

Norman Davies

Oczywiście, nie da się przedstawić wszystkich zasobów polskiej mitologii narodowej w tak krótkim tekście. Niemniej jednak można je zilustrować przykładami zaczerpniętymi z różnych okresów historycznych. W dalszym ciągu przyjrzymy się bliżej siedmiu takim mitom.

Wszyscy potrzebujemy mitów. I jednostki, i narody. Mity to uproszczone przekonania, które nie muszą być oparte na faktach, ale zapewniają nam poczucie przynależności: dają nam świadomość początków, poczucie tożsamości i celu. Choć są ewidentnie subiektywne, to często mają większą siłę sprawczą niż obiektywna prawda – prawda bowiem bywa bolesna.

Niektóre narody mają większą potrzebę mitów. Narody imperialne wymyślają mity po to, by uzasadnić panowanie nad innymi narodami. Narody podbite wymyślają mity po to, aby usprawiedliwić swoje klęski i wykrzesać siłę potrzebną do przetrwania. Polska należała zapewne do tej drugiej kategorii, gdyż polityczne przeciwności, których konsekwencje dotknęły wiele pokoleń, wytworzyły nader mitogenną atmosferę intelektualną. Polska kultura, a w szczególności literatura, sztuki piękne i historiografia, zawiera mnóstwo przykładów prymatu narodowej wyobraźni nad realizmem.

Żartobliwym potwierdzeniem takiego punktu widzenia może być fakt, iż polski odpowiednik słowa myth –„mit” – jest wymawiany jak angielskie słowo meat,czyli „mięso”. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, kiedy brakowało żywności, Polacy stali godzinami w kolejkach, żeby kupić podstawowe produkty, i zabijali czas, opowiadając dowcipy. Jeden z przytaczanych wówczas żartów zawierał pytanie: „Jakie słowo ma taką samą wymowę i znaczenie po polsku i po angielsku?” Odpowiedź brzmiała oczywiście: „mit”.

Mówiąc poważnie, należy pamiętać, że w czasach współczesnych Polacy musieli stawić czoło mitologiom silniejszych narodów, które często przedstawiały Polskę w czarnych barwach. Na przykład w mitologii rosyjskiej Polak jest na ogół obsadzany w roli wiecznego wroga z Zachodu, zdrajcy Słowiańszczyzny, religijnego przeciwnika Kościoła prawosławnego, głównego sprzymierzeńca knujących obcokrajowców, który nieustannie gotuje się do najazdu na Rosję i do podeptania jej tradycyjnych wartości. Rosjanie uwielbiają wspominać ten krótki okres między 1605 a 1612 rokiem, kiedy wojsko polskie dwukrotnie zajmowało Kreml. Pamięć oczywiście zawodzi ich w znacznie liczniejszych przypadkach, kiedy to armie rosyjskie najeżdżały Polskę. Tak się bowiem złożyło, że rosyjska tożsamość narodowa krystalizowała się w połowie XIX wieku – właśnie wtedy, gdy imperium carskim wstrząsnęły dwa wielkie polskie powstania: listopadowe (1830-1831) i styczniowe (1863-1864). W związku z tym przeciwstawienie szlachetnej Rosji i niewdzięcznej Polski przyjęło się na trwałe. Wystarczy obejrzeć którąś z ówczesnych wspaniałych rosyjskich oper, takich jak Iwan Susanin Glinki czy Borys GodunowMusorgskiego, żeby przekonać się, jak głęboko tkwi w Rosjanach ten negatywny stereotyp Polski. Nieprzypadkowo Dostojewski często nadawał polskie nazwiska ciemnym typom w swoich powieściach (niezależnie od tego, że jego własne było pochodzenia polskiego).

Również w mitologii syjonistycznej Polsce przypadła rola negatywna. Mit syjonistów stał się powszechnie znany w wyniku bezprecedensowej tragedii Holocaustu i dzięki zdecydowanemu poparciu Ameryki dla państwa Izrael. Zasadniczo głosi on, iż na skutek braku własnego państwa naród żydowski w przedwojennej Europie nie był w stanie oprzeć się prześladowaniom, więc stworzenie odrębnego państwa żydowskiego w Palestynie stanowi jedyne sensowne rozwiązanie. Ponieważ Polska była tym krajem europejskim, w którym osiedliło się najwięcej Żydów i gdzie hitlerowcy postanowili dokonać zbrodni Holocaustu, ważnym elementem programu syjonistycznego stał się, niestety, jednoznacznie wrogi wizerunek Polski.

Niemcy traktowali swoich wschodnich sąsiadów podobnie, jak Anglicy traktowali niegdyś Irlandczyków. Tak jak Irlandia okazała się w XIX wieku jedyną otwarcie niezadowoloną prowincją Zjednoczonego Królestwa, tak samo Polacy wyróżniali się jako największa i najbardziej kłopotliwa mniejszość cesarstwa niemieckiego. Co więcej, Polska stanowiła najbardziej dostępne źródło taniej siły roboczej dla przemysłu niemieckiego, więc miliony biednych imigrantów ruszyły na zachód do szybko rozrastających się miast. W rezultacie powszechna sympatia dla Polski – wyrażana poprzez Polenlieder w latach trzydziestych XIX wieku – ulotniła się; przynajmniej przez stulecie nacjonalizm niemiecki i polski były nie do pogodzenia. Według nieprzyjaznych stereotypów niemieckich, „Polak” kojarzył się z beznadziejnym romantykiem, nieudolnym robotnikiem, niepożądanym włóczęgą i wrogim konspiratorem. Wyrażenie Polnische Wirtschaft weszło do języka na określenie „kompletnego bałaganu”. Tak zwane dowcipy o Polakach, w których przedstawiciele tej nacji występowali nieodmiennie w roli tępaków i prymitywów, były odpowiednikiem „dowcipów o Irlandczykach” serwowanych w Anglii. Długa tradycja pogardy dla wszystkiego, co polskie, dostarczyła gotowych składników późniejszej hitlerowskiej polityce niemieckiej supremacji rasowej, w której Polakom oficjalnie przyznano rangę Untermenschen, czyli „podludzi

Oczywiście, nie da się przedstawić wszystkich zasobów polskiej mitologii narodowej w tak krótkim tekście. Niemniej jednak można je zilustrować przykładami zaczerpniętymi z różnych okresów historycznych. W dalszym ciągu przyjrzymy się bliżej siedmiu takim mitom.

1587

W roku 1587 kalwiński szlachcic Stanisław Sarnicki wydał w Krakowie pamiętne Annales sive de origine et rebus gestis Polonorum et Lithuanorum.
Owe dzieje „pochodzenia oraz dokonań Polaków i Litwinów” nie były bynajmniej dziełem prekursorskim. Wśród ówczesnych historyków Sarnicki miał kilku wybitnych konkurentów, między innymi biskupa Warmii Marcina Kromera (1512-1589), którego słynna kronika De origine et rebus gestis Polonorum została wydrukowana ponad trzydzieści lat wcześniej. Sarnicki jest pamiętany tylko dlatego, że wzbogacił starą historię o nowy szczegół.

Od czasów kanonika Jana Długosza, nadwornego historyka Jagiellonów, który pisał w poprzednim stuleciu, większość polskich autorów głosiła teorię, iż naród polski pochodzi od starożytnych Sarmatów – indoirańskiego ludu wędrownego, który osiedlił się na równinach Europy Wschodniej w okresie przedchrześcijańskim. Klasyczny podział stepów Eurazji na dwie części – Sarmatia europea i Sarmatia asiatica – z granicą przebiegającą wzdłuż rzeki Tanais, czyli Donu, był w renesansowej Europie nadal przyjmowany. Wkład Sarnickiego polegał na wysunięciu tezy, że Sarmaci nie byli przodkami wszystkich Polaków, lecz jedynie polskiej szlachty. Niebawem określenia nobilis – Polonus – Sarmata stały się synonimami, w związku z czym przedstawicieli innych stanów – mieszczan, Żydów i chłopów – nie uważano nawet za Polaków. „Naród polski” miał się składać wyłącznie ze szlachty.

Ten przejaw szlacheckiej pychy można porównać do sławetnej idei limpieza de sangre – przeświadczenia o czystości szlachetnej krwi, które w tym samym okresie było rozpowszechnione w Hiszpanii. Polski szlachcic był wychowywany w przekonaniu, iż jest biologicznie odmienny od reszty populacji, a jego przywileje są uzależnione od „obrony krwi”. „Zmieszanie krwi” z ludźmi niższego stanu traktowano jako mezalians. Walerian Nekanda Trepka, autor Liber Chamorum (1620), spędził znaczną część żywota na tropieniu tysięcy rodzin podłego pochodzenia, które wśliznęły się podstępnie w szeregi szlachty i na potęgę psuły rasę. Trepka i jemu podobni nie byli w stanie wyobrazić sobie bez wstrętu małżeństwa bądź związku szlachcica i nieszlachcica: „balsam, gdyby do smoły włożono, już nie balsam, ale smoła będzie (…) i kąkol, choć w rolę dobrą wsiany, pszenicą nie stanie się. Sieła ślachcianek ubogich do miasteczek za mąż idzie, a gdy za chłopa, pewnie nieślachtę rodzić będzie bo co za czystość od nieczystego, a ze smutku co za wonie wyniść może. To mędrzec prorok: ani od sowy sokół się nie urodzi”.

Polski „mit sarmacki” ma wiele odpowiedników w innych krajach europejskich. Łączy go wiele na przykład z „teorią normańską” w Rosji, według której założyciele Rusi Kijowskiej i ich potomkowie wśród współczesnej arystokracji rosyjskiej nie pochodzą od Słowian, lecz od wikingów. Co więcej, obydwa mity ewoluowały. W wieku XVII – w okresie najbliższych kontaktów Polski z imperium osmańskim – mit sarmacki sprzyjał przyjęciu przez szlachtę orientalnego ubioru i uzbrojenia. W wieku XVIII stanowił fundament konserwatywnej filozofii „sarmatyzmu”, która utwierdzała szlachtę w błogim przekonaniu, że wszystko w Polsce, w tym również jej „złota wolność”, jest wyjątkowe i lepsze. W owym czasie – u schyłku Rzeczypospolitej – rasistowskie zabarwienie mitu przodków zblakło; na przykład wielu Żydów mogło bez trudu kupić szlachectwo.

Pozostaje kwestia, czy polski „mit sarmacki” zawiera jakieś ziarno prawdy historycznej. Większość historyków traktowała go jako barwną fantazję, genealogiczne dziwactwo przypominające pomysły tych polskich szlachciców, którzy utrzymywali, że pochodzą od Noego albo Juliusza Cezara. Z pewnością mamy do czynienia tylko z wątłymi poszlakami, co jednak nie zniechęca uczonych. Jedną z intrygujących ciekawostek jest dość wyraźne podobieństwo między emblematami niezwykłego systemu heraldycznego Polaków a „tamgami”, czyli „obrazkowymi jeśli przyjmiemy – za podaniami – że w IV wieku plemię sarmackich Alanów zniknęło gdzieś w puszczach Europy Wschodniej, to miło pomyśleć, że mogłyby istnieć jakieś więzy pokrewieństwa między najlepszą konnicą armii rzymskiej a najwspanialszą kawalerią nowożytnej Europy. „Skrzydlata husaria” Sobieskiego była wyposażona w tak samo długie lance i używała równie ogromnych rumaków jak Alanowie, którzy słynęli z tego ponad tysiąc lat wcześniej.

1620

11 marca 1620 roku polski kanclerz wielki koronny Jerzy Ossoliński złożył wizytę w Londynie i w pałacu Whitehall odczytał przed królem Jakubem I przemówienie po łacinie. Kanclerz przyniósł wieści o napaści na wschodnie granice Rzeczypospolitej dokonanej przez osmańskich Turków i zwrócił się do króla angielskiego o pomoc w walce z niewiernymi. Albowiem, jak wyjaśnił, Polska jest wszak „najpewniejszym przedmurzem chrześcijaństwa”:
Tandem erupit ottomanorum iam diu celatum pectore virus (…) et publico barbarorum furore, validissimum christiani orbis antemurale, petitur Polonia.

[W końcu jadowity i skrywany plan Osmanów został objawiony i Polska, najmocniejsze przedmurze chrześcijaństwa, została napadnięta przez ogarniętych dziką furią barbarzyńców].

Mit Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa” (antemurale christianitatis) miał bardzo długi żywot. Z początku jego źródłem były wojny przeciwko Turkom i Tatarom; następnie służył uzasadnieniu działań Polski w obronie katolickiej Europy przed prawosławnymi Moskalami; jeszcze później okazał się potrzebny w walce z komunizmem i faszyzmem. W XX wieku nie stracił więc wcale na znaczeniu; na przykład, był bardzo żywotny w roku 1920 podczas wojny polsko-bolszewickiej czy też – w wymiarze bardziej uniwersalnym – podczas wystąpień Solidarności przeciwko rozkładającemu się reżimowi komunistycznemu w latach osiemdziesiątych. Nic zatem dziwnego, że użyczył tytułu bardzo elitarnemu pismu naukowemu, które jest wydawane w Rzymie.

Mit antemurale istotnie ucieleśnia wiele chwalebnych emocji, lecz trudno go traktować jako fakt – doskonałe odzwierciedlenie rzeczywistości historycznej. Po pierwsze bowiem, nie tylko Polacy uważali się za strażników katolicyzmu. Bardzo podobne poglądy głosili Węgrzy i Chorwaci, którzy posługiwali się identyczną frazeologią. Po drugie, uznawać, że strategia Polski w ciągu ponad połowy tysiąclecia ograniczała się wyłącznie do działań defensywnych, to nie grzeszyć realizmem. W wielu przypadkach Polacy rzeczywiście stawali na murach obronnych, ale równie często ruszali w pole i szturmowali fortyfikacje innych narodów. Być może mamy tu do czynienia z wyjątkami od reguły, niemniej jednak widok polskich żołnierzy na murach moskiewskiego Kremla w roku 1612 bądź maszerujących z Napoleonem na Rosję dokładnie dwieście lat później nie był z pewnością zgodny z ideą „przedmurza”. W tym kontekście smutne jest to, że różne narody europejskie zachowują w pamięci odmienne daty historyczne.

1655

W roku 1655 Rzeczpospolita Obojga Narodów została zaatakowana ze wszystkich stron. Rosjanie, którzy zajęli Mińsk i Wilno, maszerowali na Kijów. Wojska szwedzkie Karola X atakowały na dwóch frontach: na zachodzie od Pomorza, a na wschodzie z prowincji bałtyckich. Szwedzi zdobyli Warszawę i Kraków. Klasztor Paulinów na Jasnej Górze pod Częstochową był jedną z nielicznych fortyfikacji, które oparły się najeźdźcom. Dzięki ochronie, jaką według legendy dawał święty obraz Czarnej Madonny – Matki Boskiej Częstochowskiej – klasztor wyszedł zwycięsko ze wszystkich prób szturmu. Kiedy mnisi wznosili do Najświętszej Panienki modlitwy, a przeor wołał z murów, że nigdy się nie podda, szwedzkie kule armatnie odbijały się od dachu, nie czyniąc szkody, podczas gdy muszkiety wypalały na panewce – prosto w twarz szwedzkim żołnierzom. Klasztor okazał się nie do zdobycia. Po miesiącu daremnego oblężenia szwedzki król ogłosił odwrót. Polska została ocalona. W istocie rzeczy doszła do siebie tak szybko, że już trzy lata później wojsko polskie pod dowództwem regimentarza Stefana Czarnieckiego wyruszyło do Danii. W podzięce za wybawienie kraju z opresji król Jan Kazimierz przysiągł ofiarować całe swoje królestwo Matce Boskiej. Podczas wzruszającej ceremonii, która odbyła się w 1656 roku w katedrze lwowskiej – tzw. ślubów lwowskich – Maryja Panna została uroczyście ukoronowana jako „królowa Polski”. Od tego czasu polscy katolicy nie tylko oddawali cześć Matce Boskiej jako swojej patronce, ale coraz częściej traktowali katolicyzm jako wyznacznik tożsamości narodowej. Był to kluczowy moment w formowaniu się mitu „Polaka-katolika” – przeświadczenia, że niekatolik z jakiegoś powodu nie zasługuje na miano prawdziwego Polaka.

Ludność Polski składała się przynajmniej w jednej trzeciej, a może nawet w połowie, z niekatolików – protestantów, prawosławnych, unitów (grekokatolików), żydów i muzułmanów – więc coraz silniejsze powiązanie polskości z katolicyzmem okazało się czynnikiem wyjątkowo antagonizującym. Podziały stały się najbardziej widoczne w epoce nacjonalizmów pod koniec XIX i na początku XX wieku, kiedy to każda z licznych mniejszości narodowych wykształciła silną tożsamość narodową i etniczną. Nie przypadkiem najbardziej nacjonalistyczne ugrupowanie w Polsce, Stronnictwo Narodowe kierowane przez Romana Dmowskiego (1864-1939), przyjęło popularne hasło „Polak-katolik”, pierwotnie używane w piśmie wydawanym od 1906 roku.

Ale i tak dla wielu pokoleń Polaków łagodna i przepełniona smutkiem twarz Matki Boskiej była źródłem wielkiej pociechy. Moc Czarnej Madonny z Częstochowy i jej litewskiej odpowiedniczki – Matki Boskiej Ostrobramskiej – jest wysławiana zarówno w liturgii, jak i w literaturze. Być może najlepiej znana jest Inwokacja do Pana Tadeusza:

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.

Ja z kolei chciałbym przypomnieć wspaniałe wersy późniejszego poety i współtwórcy grupy Skamander Leszka Serafinowicza, który pisał pod pseudonimem Jan Lechoń (1899-1956):

Matka Boska Częstochowska, ubrana perłami,
Cała w złocie i brylantach, modli się za nami.
(…)O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej komnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami,
Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!

Uważam, że najważniejsze słowa tego wiersza zawiera następujący wers: „W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy”. Jak mało kto, Lechoń umiał dostrzec, że najbardziej mistyczny, katolicki symbol Polski może dawać siłę zarówno chrześcijanom, jak i niechrześcijanom.

1768

Umań albo Humań to niewielkie miasteczko niedaleko Dniepru leżące w głębi Ukrainy, nieopodal wschodniej granicy dawnej Rzeczypospolitej. W 1768 roku było ono areną straszliwych rzezi. Trwała już przerażająca rebelia – koliszczyzna – podczas której bandy chłopów pańszczyźnianych paliły i mordowały. W tym regionie lud był prawosławny: tysiące katolików i żydów wymordowano albo zapędzono do kościołów czy synagog i spalono żywcem. Armia rosyjska przywróciła porządek za pomocą metod, które nie odbiegały wiele od wyczynów rebeliantów.

Na ogół w kontekście tego właśnie powstania chłopskiego pojawia się jedna z najważniejszych postaci proroczych polskiej (i ukraińskiej) historii oraz literatury. O kozackim wizjonerze Mojseju Wernyhorze niewiele wiadomo na pewno. Nie wiadomo nawet, czy naprawdę istniał, choć jedno ze źródeł podaje, że przyszedł na świat w Dymitrowce na lewobrzeżnej Ukrainie i zbiegł do Polski po tym, jak zamordował brata. Jego przepowiednie krążyły najpierw z ust do ust, a dopiero później zostały spisane. W XIX wieku, kiedy Rzeczpospolita przestała istnieć, Wernyhora stał się symbolem nadziei i zmartwychwstania. Opowiadał bowiem o „złotym wieku” sprzed czasu klęski, kiedy jeszcze wszystkie ludy dawnego państwa, a zwłaszcza Polacy i Ukraińcy, żyły w pokoju. Przepowiedział też nadejście dnia, kiedy powrócą honor, harmonia i szczęście. Wernyhora był sławiony przez wielu poetów – od Goszczyńskiego po Wyspiańskiego. Wrażliwi na jego urok byli szczególnie romantycy, w tym również boski Słowacki:

Czy znasz prorocką dumę Wernyhory?
Czy wiesz, co będzie w jarze Janczarychy,
Gdzie teraz gołąb lub jelonek cichy,
Ze łzą przeczystą w szafirowym oku,
Gdzieś w księżycowym się przegląda stoku?
Czy wiesz, że wszystkie te się sprawdzą śnicia
W jednej godzinie rycerskiego życia?
Że zemścisz syna, ojca, matkę, brata
W tej błyskawicy, co na szabli lata?

W wieku XX ideały podobne do tych, które głosił Wernyhora, zaczęto kojarzyć z ruchem niepodległościowym Józefa Piłsudskiego, który marzył o odrodzeniu w nowej postaci dawnego wielonarodowego państwa. W historiografii nazywano to podejście „koncepcją jagiellońską”; chodziło o to, że przeszłość Polski powinna być udziałem wszystkich ludów, które niegdyś zamieszkiwały terytorium Rzeczypospolitej. Idee te były znienawidzone przez polskich nacjonalistów pokroju Dmowskiego, którzy chcieli „Polski dla Polaków”; przez nacjonalistów ukraińskich, którzy mieli podobną wizję „Ukrainy dla Ukraińców”; przez zwolenników rosyjskiego i sowieckiego imperializmu, którzy starali się „dzielić i rządzić”; a wreszcie najbardziej nieubłaganie przez powojenne władze komunistyczne. W świecie nacjonalizmów i polityki siły koncepcja jagiellońska była zapewne niepraktyczna; niewątpliwie poniosła ona porażkę. Co nie oznacza, że nie należy się jej szacunek. Miała przecież swoje wielkie dni, jak podczas prowadzonej pod nieszczęśliwą gwiazdą kampanii Piłsudskiego w latach 1919-1921, która miała na celu utworzenie federacji państw kresowych. Wiosną 1920 roku, kiedy Piłsudski i jego ukraińscy sojusznicy odbijali Kijów z rąk bolszewików w imię niepodległej Ukrainy, mogło się wydawać, że zostanie ona urzeczywistniona. Ale wtedy świat wprowadzony w błąd przez bolszewicką propagandę zawołał niedorzecznie „Ręce precz od Rosji!” i okazja przepadła. Dzień chwały dla tej idei może jednak jeszcze nadejść. Koniec końców, konsekwentna polityka braterstwa jest nawet dziś jedynym szańcem chroniącym suwerenność narodów Europy Wschodniej przed triumfem nagiej przemocy.

1831

Jednym z przejawów ironii dziejów Polski jest to, że jej największy bard, Adam Mickiewicz, nigdy nie był ani w Warszawie, ani w Krakowie. Urodził się w Nowogródku na Litwie, a większość życia spędził na wygnaniu – najpierw w Rosji, potem we Francji. W roku 1831 – gdy po powstaniu listopadowym toczyła się wojna polsko-rosyjska – przebywał w Dreźnie, gdzie tworzył mistyczny dramat patriotyczny Dziady. Kiedy jego rówieśnicy walczyli na próżno o przetrwanie konstytucyjnego Królestwa Polskiego, on wymyślał alegorie i metafory, które nadawały sens ich ofierze. Do katolickiego narodu przemawiała najbardziej idea – sformułowana po raz pierwszy w scenie rozgrywającej się w celi księdza Piotra – w której Mickiewicz dał wyraz przeświadczeniu, iż cierpienie Polski jest złem koniecznym dla ostatecznego zbawienia całego świata. Wynikał z tego oczywisty wniosek, że Polska jest „Chrystusem Narodów”. Jak czterdzieści lat wcześniej, podczas powstania kościuszkowskiego, Polacy znów walczyli „za wolność naszą i waszą”: „Powstanie narodów zbawiciel i zjednoczony odkupi całą Europę”.

Najzwięźlej ujął tę myśl współczesny Mickiewiczowi, Kazimierz Brodziński
1791-1835):

Chwała Tobie, Chryste Panie!
Lud, który chodził Twym śladem,
Co Twoim cierpiał przykładem,
Z Tobą zmartwychwstanie.

W Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Mickiewicz powtórzył tę samą ideę w tonacji zaiste biblijnej:

Ale królowie posłyszawszy o tym zatrwożyli się w sercach swych i rzekli: (…) Pójdźmy zabijmy Naród ten. I uknowali między sobą zdradę. (…) I umęczono Naród polski i złożono w grobie, a królowie wykrzyknęli: Zabiliśmy i pochowaliśmy Wolność. A wykrzyknęli głupio (…).

Bo Naród polski nie umarł, ciało jego leży w grobie, a dusza jego zstąpiła z ziemi, to jest z życia publicznego, do otchłani, to jest do życia domowego ludów cierpiących niewolę w kraju i za krajem. [Lecz] trzeciego dnia dusza wróci do ciała, i Naród zmartwychwstanie i uwolni wszystkie ludy Europy z niewoli *10.

Pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego mit „Chrystusa Narodów” ma kilka poważnych wad. Po pierwsze, graniczy z bluźnierstwem. Bez względu na skalę niesprawiedliwości żaden sumienny katolik nie może zgodzić się na porównanie – nawet metaforyczne -politycznej niedoli narodu z ukrzyżowaniem Chrystusa. W rzeczywistości istniał więc głęboki konflikt między patriotyzmem polskich katolików a wymogami ich wiary. Ci, którzy czuli się bardziej patriotami niż katolikami, byli przekonani, że Kościół ich zdradził. Ci, którzy stawiali na pierwszym miejscu wiarę, mieli poczucie, że powstańcy zmusili ich do dokonania bolesnego wyboru. Jeszcze dziś wielu Polaków woli nie pamiętać o tym, że Mickiewicz nie był zwykłym wiernym, ani o tym, że papież otwarcie potępił powstanie listopadowe, co skłoniło Mickiewicza do użycia owej prawie bluźnierczej metafory *11.

Po drugie, koncepcja „Chrystusa Narodów” pogłębiła jeszcze podziały, których źródłem była wcześniejsza idea „Polaka-katolika”. Umacniając mistyczną wizję polskiego katolicyzmu, osłabiała więzy łączące to wielonarodowe społeczeństwo. Była więc bardziej poetycka niż praktyczna.

trzecie wreszcie, pozostaje zagmatwana kwestia altruizmu. „Chrystus umarł za grzechy wszystkich ludzi”, a zatem Polska walczy o wolność powszechną. Cóż za wspaniały polityczny chwyt reklamowy! Rzecz jasna, w pewnym sensie, występując przeciwko trzem wielkim mocarstwom Europy Wschodniej, Polska ipso facto wspierała sprawę innych uciemiężonych narodów. Można wskazać wiele indywidualnych przypadków, kiedy w odległych zakątkach świata wielkoduszni wygnańcy oddali życie w walce o cudzą wolność. Ci Polacy byli kontynuatorami starożytnej i godnej szacunku tradycji. Republika Haiti zachowała we wdzięcznej pamięci tych polskich legionistów, którzy w latach 1802-1803 pomogli jej zrzucić jarzmo rządów francuskich. Każdy Węgier słyszał o generale Józefie Bemie, bohaterze wojny 1848-1849 roku. Wreszcie mamy przypadek samego Mickiewicza, który w 1849 roku opowiedział się czynnie po stronie Rzeczypospolitej Rzymskiej (tzn. przeciwko papieżowi), a zmarł w 1855 roku w Konstantynopolu, kiedy próbował zorganizować oddział mający walczyć przeciwko Rosjanom w wojnie krymskiej.

To jednak niecała historia. Kiedy chodziło o konflikty sąsiedzkie, Polacy nie zawsze byli tak wielkoduszni. W kontekście polityki cesarstwa austro-węgierskiego Polacy bynajmniej nie sympatyzowali z aspiracjami Czechów czy Słowaków. Z kolei w Rosji władze carskie miały nader ułatwione zadanie w guberniach zachodnich na skutek rosnących napięć między Polakami a Litwinami, Żydami i Rusinami.

1892

W ostatniej dekadzie XIX wieku w Polsce zaczęły działać nowoczesne partie polityczne. W 1892 roku powstała na uchodźstwie w Paryżu Polska Partia Socjalistyczna (PPS). W lipcu 1895 w Rzeszowie odbył się pierwszy zjazd Stronnictwa Ludowego (od 1903 – PSL). W kwietniu 1893 roku zawiązała się w Warszawie Liga Narodowa, zakonspirowany organ polityczny Demokracji Dmowskiego. W Polsce powstała również partia komunistów – SDKP, po aresztowaniach w latach 1894-1895 odbudowana w 1900 roku pod nazwą Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL). Chrześcijańska Demokracja, czyli chadecja, która działała głównie w zaborze pruskim, pojawiła się nieco później – w roku 1902.

Spośród wymienionych najbardziej masowym poparciem cieszyli się niewątpliwie ludowcy i narodowcy. Każda z tych grup odwoływała się do innych warstw społecznych, lecz obydwie łączyła wiara w najpotężniejszy być może wytwór ideologiczny polityki europejskiej na początku XX wieku, który politolodzy określają czasem mianem „integryzmu narodowego”. Zasadniczym aspektem tej ideologii, w wersji przedstawionej w sposób najbardziej elokwentny w tym samym okresie we Francji przez założycieli Action Francaise, był mistyczny związek narodu i jego terytorium. Niemcy wymyślili slogan Blut und Boden („krew i ziemia”). W Polsce podobne idee były składnikiem tzw. koncepcji piastowskiej. Jednym z jej pierwszych zwolenników byt Bolesław Wysłouch (1855-1937), ojciec-założyciel PSL-u. Drugim był Jan Ludwik Popławski (1854-1908), ważny ideolog narodowców.

W głównych zarysach koncepcja piastowska sprowadzała się do prostego i sugestywnego mitu historycznego. Tysiąc lat temu, a nawet jeszcze wcześniej, naród polski żył jakoby w pokoju i harmonii na ziemiach przodków pod sprawiedliwymi rządami pierwszego, legendarnego władcy – chłopskiego syna o imieniu Piast. Niestety, w ciągu wieków Polska utraciła jednak jedność, a Polacy przestali być panami swojej ziemi ojczystej. Cudzoziemcy i intruzi wszelkiego autoramentu – Niemcy, Żydzi, Ukraińcy i Rosjanie – nadużywali ich naturalnej gościnności i przywłaszczyli sobie znaczną część polskich miast i wsi. Obcy królowie zasiadali na polskim tronie, aż sam tron przestał istnieć. Polska została ograbiona ze swego dziedzictwa. Przesłanie było jasne. Wszyscy polscy patrioci mają obowiązek zjednoczyć się i przepędzić cudzoziemców z ziemi ojczystej: „Polska dla Polaków!”. Koncepcja piastowska stanowiła oczywiste uzupełnienie idei „Polaka-katolika”. Była ona diametralnie przeciwna wielonarodowej koncepcji jagiellońskiej, propagowanej przez PPS i ruch niepodległościowy Piłsudskiego, która w okresie międzywojennym zyskała przewagę w kręgach rządzących.

Warto może przypomnieć, że nie tylko politycy nowoczesnych partii posługiwali się legendą Piasta dla swoich celów. W czasach wolnej elekcji była ona wykorzystywana jako argument przeciwko rządom obcych królów. W wiekach XVII i XVIII utarło się nazywać imieniem „Piast” wszystkich kandydatów do tronu, w których płynęła polska krew. W okresie romantyzmu Piast stał się symbolem odległej pogańskiej przeszłości, pełnej tajemniczości, prostoty i dostatku:

Kmieć Piast przed chatą dobrego wieczora
Używał, stary kmieć, pełny dobroci;
A wtem skrzypnęła domowa zapora
I weszli do wrót aniołowie złoci.
Wnet przed nimi stół, stągiew miodu spora,
Pełno mięsiwa i mącznych łakoci,
Pełno owoców rozsypano różnych.
Duchów przyjęto jadłem – jak podróżnych.

Debaty historyków na temat stopnia prawdziwości koncepcji piastowskiej nie mają wielkiego znaczenia. Ważne jest to, że wierzyły w nią miliony Polaków, a wielu wierzy w nią nadal. Co więcej, można sądzić, że również wielu zagranicznych mężów stanu i polityków – od Woodrowa Wilsona po Stalina – uznawało ją za prawdziwą. Choć nie było zgody co do tego, gdzie znajduje się polskie „terytorium etniczne”, i nikt nie potrafił zdefiniować, kto jest, a kto nie jest Polakiem, to istniało powszechne przekonanie, że należy jakoś wyznaczyć etniczny obszar Polski, gdyż „Polacy” pozostaną ofiarami krzyczącej niesprawiedliwości dopóty, dopóki nie zostanie im on zwrócony. Był to gotowy przepis na rozlew krwi. Każda próba zdefiniowania takiego obszaru i dostosowania do niego granic Polski – od konferencji paryskiej do poczdamskiej – natychmiast rodziła kłopoty. W doświadczonym przez historię regionie Europy, który obfituje w mniejszości etniczne, problem polskich granic nie mógł być rozwiązany pokojowo za pomocą formuł nacjonalistycznych. W końcu więc został on rozwiązany za pomocą nagiej przemocy. W końcowym okresie II wojny światowej – z poparciem Stalina – polscy komuniści bez skrupułów przejęli koncepcję piastowską swoich przedwojennych przeciwników: ludowców i narodowców, by następnie realizować ją metodami, które dziś określilibyśmy mianem „czystek etnicznych”. Na oficjalnych mapach granice Polski za panowania pierwszych znanych książąt piastowskich – ok. roku 1000 – niemal dokładnie pokrywały się z granicami Polski powojennej, które zostały zaaprobowane przez rządy aliantów w Jałcie i Poczdamie. Jedyne, co pozostawało do zrobienia, to dostosowanie ludności do granic. Miliony „nie-Polaków”, głównie Niemców i Ukraińców, którzy mieszkali po złej stronie nowych linii demarkacyjnych, trzeba było wygnać; z kolei miliony Polaków, których domy znalazły się teraz na terytorium „odzyskanym” przez Związek Radziecki, należało wypędzić do Polski Ludowej”. (Wszystkich przepędzonych nazywano chytrze „repatriantami”). Była to największa wymiana ludności w dziejach Europy. I naturalna konsekwencja nacjonalistycznych mitów o „krwi i ziemi”, w które po narodzinach współczesnej polityki masowej w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia uwierzyło tak wielu Europejczyków.

1920

10 lutego 1920 roku w małym porcie Puck odbyła się ceremonia, podczas której setki Polaków brodziło w lodowatej wodzie Bałtyku, żeby uczcić mistyczny związek Polski z morzem. Był to dzień, w którym weszły w życie dekrety traktatu wersalskiego, na skutek czego fragment wybrzeża został odebrany Niemcom i przekazany odrodzonej Rzeczypospolitej Polskiej. Podobna ceremonia została powtórzona ćwierć wieku później – w styczniu 1945 roku, pod koniec II wojny światowej – kiedy Polska miała otrzymać znacznie większy dostęp do Bałtyku. Te „zaślubiny z morzem” były zapewne wzorowane na weneckim sposalizio del mar – dorocznych obchodach ślubu miasta św. Marka z Morzem Śródziemnym.

Krakowiakowi takiemu jak ja nie przystoi sugerować, że tradycja Polski jest bardziej związana z rozległymi równinami i wspaniałymi górami południa niż z wydmowymi pustkowiami północy. Niemniej jednak idea, że Polacy to historycznie naród morski, jest dla wielu w najlepszym razie dziwaczna. Poza starymi miastami Danzig i Elbing, które były w dużej mierze opanowane przez Niemców, dawna Rzeczpospolita nie miała właściwie od XIV wieku znaczącego dostępu do morza.

Oczywiście, w pierwszych latach dziejów piastowskich Polska sprawowała kontrolę nad Pomorzem od Odry po Wisłę. Pomorze Zachodnie, o które w XII wieku walczył zawzięcie Bolesław Krzywousty, po jego śmierci w 1138 roku wpadło w ręce miejscowej dynastii. Nadworny kronikarz Krzywoustego, Anonim zwany Gallem, uwiecznił ten wątek pomorski w historii Polski, zapisując popularną wówczas pieśń łacińską poświęconą przyjemnościom nadmorskiego żywota:

Pisces salsos et foelentes apportabant alii.
Palpitantes et recentes nunc apportant filii.
Civitates invadebant patres nostri primitus
Hii procellas non verentur neque maris sonitus.
Agitabant patres nostri cervos, apros, capreas,
Hii venantur monstra maris et opes aeguoreas.

[Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące,
My po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające!
Ojcom naszym wystarczało – jeśli grodów dobywali,
A nas burza nie odstrasza, ni szum groźny morskiej fali.
Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie,
A my skarby i potwory łowim skryte w oceanie].

Z kolei Pomorze Wschodnie, znane również pod niemiecką nazwą Pommerellen, pozostało częścią Rzeczypospolitej aż do podboju krzyżackiego w latach 1308-1309. Od tego momentu do roku 1454, kiedy na prośbę Związku Pruskiego król Kazimierz Jagiellończyk dokonał inkorporacji Prus do Korony, Polska nie miała żadnego fragmentu wybrzeża. Pamięć jednak przetrwała i kiedy w 1920 roku odrodzonemu państwu polskiemu zwrócono kawałek linii brzegowej, zdarzenie to wymagało uzasadnienia za pomocą odpowiedniego mitu i na poły średniowiecznego rytuału. „Zaślubiny z morzem” spełniły to zadanie doskonale.

22 lipca 1952

Konstytucja Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej jest najbardziej mitycznym dokumentem współczesnych dziejów Polski, może więc służyć za stosowne zakończenie.

Wszyscy kompetentni komentatorzy wiedzą o tym, iż w państwach komunistycznych, gdzie rządzi Partia, rola konstytucji jest marginalna. Nie jest ona tutaj – w przeciwieństwie do prawdziwych demokracji – ostatecznym fundamentem rządów prawa. Na odwrót, zawiera przepisy dotyczące wyłącznie instytucji państwowych, które stanowią jedynie fasadę i narzędzie działania dla instytucji partyjnych sprawujących władzę: absolutną, niepodlegającą kontroli, totalitarną. Krótko mówiąc, jest listą oficjalnych fikcji, których zadanie polega na ukrywaniu realiów komunistycznej dyktatury. Nie jest przesadą stwierdzenie, że jedynym artykułem takiej konstytucji, do którego należy przywiązywać wagę, jest ten przyznający Partii „kierowniczą rolę” w państwie. W praktyce oznaczało to, że towarzysze partyjni mogli bezkarnie naginać bądź ignorować wszystkie pozostałe artykuły konstytucji. Dziwnym trafem towarzysze, którzy w 1952 roku pisali Konstytucję PRL, byli tak zadufani, że zapomnieli dołączyć ową zwyczajową formułę. Dlatego też musieli w 1976 roku dodać odpowiednią poprawkę do konstytucji wraz z artykułem mówiącym o niewzruszonym sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim.

Z jakichś powodów wielu mieszkańców Zachodu, w tym zdecydowanie zbyt wielu politologów, nie rozumiało, na czym polega ten mechanizm. W związku z tym nader często opisywano system komunistyczny jako „państwo monopartyjne” – być może wzorując się na modelu latynoskim, gdzie kliki generałów bądź polityków eliminowały rywali i przejmowały wyłączną kontrolę nad państwem. Tego typu opis nie oddaje wyrafinowania dyktatury komunistycznej, gdyż pomija dwoistą naturę państwa rządzonego przez Partię oraz fakt, iż to ona jest właściwą władzą wykonawczą. Prawdziwymi organami władzy byli pierwszy sekretarz, Biuro Polityczne i Sekretariat Komitetu Centralnego, a nie „prezydent”, Rada Ministrów czy urzędy państwowe.

Te elementarne prawdy pozostawały na ogół niepojęte dla mieszkańców Zachodu, którzy nie znali miejscowych realiów. Jeśli mogę tu sobie pozwolić na reminiscencje osobiste, to chciałbym wspomnieć o długiej kłótni z amerykańskim redaktorem Encyclopaedia Britannica, który w połowie lat osiemdziesiątych zwrócił się do mnie z prośbą o ocenę dotychczasowego hasła dotyczącego Polski. Zauważyłem, iż rozpoczyna się ono od opisu Konstytucji PRL, więc stwierdziłem, że rodzi to nader fałszywe wrażenie w kwestii rzeczywistego systemu rządów w Polsce. Redaktor pozostał jednak niewzruszony. Wielogodzinne prośby i wyjaśnienia nie zdały się na nic – ponieważ w encyklopedii wszystkie hasła na temat państw rozpoczynały się od opisu konstytucji, był przekonany, że nie ma powodu czynić wyjątku dla Polski.

Jedną z najbardziej zdumiewających cech komunizmu było jego nałogowe przywiązanie do wszelakich mitów, fikcji, tabu i fetyszów. Choć w teorii miał się opierać na ideologii racjonalnej i naukowej, to był on wylęgarnią najbardziej irracjonalnych i nienaukowych praktyk, jakie można sobie wyobrazić. W istocie rzeczy był on fałszywą religią, która czarne z reguły nazywała białym, a jej artykułem wiary było to, że dwa plus dwa równa się trzy albo pięć – zależnie od okoliczności. Przed wprowadzeniem poprawek w roku 1976 Konstytucja PRL nie mówiła absolutnie nic o panującym w tym kraju ustroju. Była jednak publikowana w milionach egzemplarzy, czytana w szkołach, sumiennie cytowana w rozmowach z tymi cudzoziemcami, którzy byli tak głupi, że chcieli słuchać, a wreszcie rocznica jej ogłoszenia była regularnie obchodzona jako święto narodowe (które oczywiście nie było świętem narodowym). Mieszkańcy krajów demokratycznych, gdzie konstytucja wyznacza podstawowe zasady życia publicznego, nie byli w stanie sobie wyobrazić tzw. konstytucji, której „prawa” nie miały żadnego wpływu na zupełnie bezprawne rządy.

Wszystkie mity służą jakimś celom. W miarę jak te cele się zmieniają, zmianie ulegają również same mity. Podstawową kwestią w dzisiejszej Polsce jest zatem to, czy któryś z tradycyjnych mitów może zostać wskrzeszony bądź dostosowany do warunków życia w Trzeciej – postkomunistycznej – Rzeczypospolitej. Po zaledwie pięciu czy sześciu latach trudno na ten temat powiedzieć coś pewnego. Niektóre z mitów są niewątpliwie martwe – Konstytucja PRL jest równie passé jak Sarmaci. Mity „Polaka-katolika” bądź „Polski piastowskiej” wydają się pozbawione sensu w państwie jednolitym etnicznie, którego granice nie są już zagrożone. Mit „przedmurza” może jednak odrodzić się ponownie, jeśli Polska stanie się krajem granicznym NATO albo Rosja znów będzie chciała panować w Europie Środkowej. Z kolei przepowiednie Wernyhory są zawsze aktualne. Nawet jeśli na wschodnich kresach Polski nigdy nie było „złotego wieku”, to potrzeba utrzymywania bratnich stosunków ze wschodnimi sąsiadami jest szczególnie żywotna. Pożyjemy, zobaczymy. Tylko jedno jest pewne. Jeśli stare mity nie wystarczą, to w ich miejsce zostaną wymyślone nowe.

Przekład: Andrzej Pawelec

Artykuł pochodzi z książki „Smok Wawelski nad Tamizą”. Publikujemy za uprzejmą zgodą Wydawcy – Redakcji Miesięcznika Znak

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code