Małżeństwo i Rodzina

Jak dzisiaj przekazywać wartości?

Jak dzisiaj przekazywać wartości

Chantal Delsol

Czy nie można przekazywać formy bez zawartości? Wyrobić w dziecku zmysłu krytycznego, zdolności osądu, tolerancji: nauczyć je bycia wolnym, po to by kiedyś później samo mogło nadać sens tej wolności i dać tej formie zawartość? Pozwolę sobie udzielić na to pytanie mojej osobistej odpowiedzi. Wiem, że jest ona kontrowersyjna. Ale tym, co łączy nas w tych dociekaniach, są przekonania, które chcemy pogłębić.

Dorośli w dzisiejszych czasach odczuwają lęk przed wychowywaniem.

Rodzina to między innymi przekazywanie wartości. Problem ten nastręcza obecnie wiele trudności, których powody chciałabym tu omówić. Spróbuję też odpowiedzieć na pytanie, dlaczego przekazywanie jest konieczne.

Aby określić ramy tego zagadnienia,, zauważmy najpierw, że zanika przekazywanie rzeczy. Dawniej syn przejmował firmę po ojcu lub poświęcał swoje osobiste plany, żeby zachować własność, która była środowiskiem życia jego przodków. Człowiek miał niegdyś poczucie, że jest ogniwem długiego łańcucha („a jeśli jedno oczko w łańcuchu puści…”), z tego powodu często bywał więc zmuszony do rezygnacji ze swoich talentów czy zamiłowań. Dzisiaj daje mu się możliwość samorealizacji. W reklamówce ubrań zamieszcza się stwierdzenie: „Życie jest zbyt krótkie, żeby ubierać się ponuro”. Nikt z nas nie wpadłby już teraz na pomysł, żeby posłużyć się szantażem emocjonalnym po to, by zmusić swojego syna do kierowania rodzinną firmą..

W dzisiejszych czasach zerwana została jednak nie tylko ciągłość przekazywania rzeczy: nie przekazuje się również wartości i przekonań. Jeśli rodzice mają nawet jakieś własne przekonania na temat tego, czym jest „dobre życie”, wahają się, czy je przekazywać, uważając, że to, co było wartością dla nich, niekoniecznie będzie nią dla ich dzieci. Innymi słowy, nie tylko rzeczy utraciły swą symboliczną nieśmiertelność (przedsiębiorstwo, dom rodzinny czy rodzinne dzieło nie są już tak ważne, by od młodych pokoleń można było wymagać poświęcenia siebie), ale też same idee stały się nietrwałe. Przekonania ulegają więc „przeterminowaniu”. Kiedy zostajemy rodzicami, mamy dojmujące, choć często niewytłumaczalne uczucie, że nasze ideały niekoniecznie mają jeszcze znaczenie dla naszych dzieci. Od tego momentu nie wiemy już, co im przekazywać. Dlaczego? Widzę trzy tego przyczyny.

Po pierwsze, pewności, które były naszymi wspólnymi przekonaniami, wywołały w XX wieku niedopuszczalną opresję polityczną i społeczną. Na własne oczy zobaczyliśmy terroryzm przekonań. Widzieliśmy, jak tysiące młodych ludzi, początkowo niewinnych i czystych, zaczynało zabijać albo stawało się ofiarami zabijania – w imię lepszego jutra, tysiącletniej Rzeszy lub dla jakiegoś oszalałego dyktatora. Tym, co nas połączyło pod koniec tamtego wieku, była nieufność do jakichkolwiek ideałów i przywiązywania się do nich. Trzeba tu dodać, że ideologie, które zaczęły naśladować religie po uprzednim ich wyparciu, zdyskredytowały ideał religijny, karykaturując jego sposoby przejawiania się (od tamtej pory każdy katechizm przypomina nam o katechizmach totalitarnych, a dzisiejsze religie podejrzewa się o ducha sekciarskiego). Na skutki nie trzeba było długo czekać: boimy się przekazywać taką wiarę, która z definicji wydaje nam się niebezpieczna.

Powód drugi to nieprawdopodobnie szybka na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci ubiegłego wieku ewolucja w dziedzinie moralności. Wiele zachowań i czynów, które jeszcze pięćdziesiąt lat temu wydawały nam się albo uprawnione (kolonizacja, wojny zdobywcze), albo jawiły się jako ostateczność (tortury), dzisiaj niezależnie od okoliczności wywołuje w nas uczucie grozy. Moralność zachodnia w krótkim czasie tak bardzo się zmieniła, że pojawiło się zjawisko skruchy. Zaburzona została etyka życia codziennego: relacje między kobietą a mężczyzną i podział ról między nimi, życie seksualne i obyczajowość w ogóle, etyka pracy i samo nawet pojęcie „projektu życiowego”. Ta błyskawiczna ewolucja rzuciła nas w bardzo niestabilny świat – czyż mamy więc prawo przekazywać naszym dzieciom zachowania, które za trzydzieści lat mogą zostać potępione? Jeśli jeszcze nie tak dawno zdolni byliśmy bronić tego, co dzisiejszy świat przejmuje grozą, to co właściwie oznacza „dobre życie”? Przekazywać można to tylko, co uważa się za godne unieśmiertelnienia – tymczasem my nie wiemy już, co to jest.

Jedyną rzeczą, jaka wydaje nam się warta ocalenia z pokolenia na pokolenie, jest osobista wolność wyboru własnych przekonań. Jest to trzeci powód nieprzekazywania. Zależy nam przede wszystkim na tym, żeby dziecko mogło żyć zgodnie z własnymi uzdolnieniami i osobistym planem życiowym. Osoba dziecka wydaje nam się ważniejsza niż jakakolwiek prawda wiary. Innymi słowy, nasze podejście jest dokładnym przeciwieństwem postawy Blanki Kastylijskiej, która mawiała o swoim synu, przyszłym Ludwiku Świętym: „Wolę, żeby był prawy niż szczęśliwy”. Należy zauważyć, że nie jest to zerwanie z przeszłością, lecz apogeum powolnej ewolucji, w toku której osoba osiąga pełnię swej godności wyrażającej się autonomią i wolnością.

W ten sposób dochodzimy do bardzo współczesnego pytania: czy przekazywanie rzeczywiście jest konieczne?

Jestem wierzący, mówi ojciec rodziny. Ale nie mam odwagi przekonywać dziecka do mojej wiary. To takie proste, kiedy jest jeszcze małe! Miałbym jednak poczucie, że popełniam gwałt na jego sumieniu, że pozbawiam go przyszłej wolności. Dokona wyboru, gdy dorośnie. Albo zostanie ateistą, albo przyjmie jakąś inną religię niż moja. A jeśli wybierze moją religię, dokona się to przynajmniej bez mojego wpływu.

Czy nie można przekazywać formy bez zawartości? Wyrobić w dziecku zmysłu krytycznego, zdolności osądu, tolerancji: nauczyć je bycia wolnym, po to by kiedyś później samo mogło nadać sens tej wolności i dać tej formie zawartość? Pozwolę sobie udzielić na to pytanie mojej osobistej odpowiedzi. Wiem, że jest ona kontrowersyjna. Ale tym, co łączy nas w tych dociekaniach, są przekonania, które chcemy pogłębić.

Nie można nauczyć się sądzenia, nie wydając żadnej opinii. Ani nauczyć się tolerancji, nie mając jakiegoś adwersarza, którego trudno nam jest tolerować. Ani poznać, co to religia, nie nauczywszy się wierzyć. Podobnie też nikt nie jest w stanie poznać miłości w sposób intelektualny, jeśli nie kochał najpierw ojca i matki. Chcę przez to powiedzieć, że nie możemy przekazywać formy bez zawartości ani pytania bez odpowiedzi, choćby prowizorycznej. Dziecko będzie mogło odstąpić po pewnym czasie od tego, w co ja wierzę, i zwrócić się ku czemuś innemu, nie będzie to jednak możliwe, jeśli nie zostanie wychowane w oparciu o jakieś szczegółowe przekonania moralne, poprzez które nauczy się relacji i uzna inność.

Mówiąc inaczej, problem wolności dziecka nie wygląda tak, jak się go dzisiaj powszechnie postrzega. Wszyscy jesteśmy przekonani, że powinno być ono wolne, ma bowiem – jako osoba – stać się kimś autonomicznym i odpowiedzialnym. Ale nie uczynimy go wolnym, zaprzestając przekazywania mu tego, w co wierzymy, z obawy, że mogłyby poczuć się wyobcowane. Uczynimy je wolnym, przekazując mu nasze przekonania jednocześnie ze zmysłem krytycznym, tak aby samo mogło je zweryfikować, gdy przyjdzie na to czas. Wiem, że to zadanie dla akrobaty: przekazywać przekonania i uczyć jednocześnie zdolności rozróżniania, która będzie je oceniać. Ale gra warta jest świeczki.

Jesteśmy bytami wcielonymi. Wszystko, czego się uczymy, musi wcielać się w jakiś konkret, który daje dziecku oręż. Przywołując poprzedni przykład: dziecko nauczy się kochać dzięki konkretnej miłości do matki i w tej pierwszej relacji zobaczy, że miłość może być wspaniała albo przysparzać cierpienia, że może być szlachetna albo zaborcza. Utopią jest próba wychowania dziecka uniwersalnego, które będzie bezgranicznie wolne, ponieważ bezgranicznie puste. Wolność jest tylko możliwością wybrania punktów odniesienia, za które stajemy się odpowiedzialni. Ale żeby istnieć, już u podstaw musi się ona określać według tych punktów odniesienia i tej odpowiedzialności. Dziecko nie uczy się najpierw wolności, a potem dopiero się nią posługuje. Uczy się jej, gdy się nią posługuje, nieporadnie. Doświadczając, jak trudna jest odpowiedzialność, zdaje sobie sprawę, jak trudna jest wolność.

Dlaczego tak jest? Ponieważ człowiek jest istotą kulturową. Właśnie to odróżnia go od zwierząt. Czym jest kultura? Zespołem odpowiedzi, zawsze niedoskonałych i niedokończonych, na niespokojne pytania, które zadaje sobie to zwierzę zwane człowiekiem: dlaczego muszę umrzeć?, skąd przychodzimy?, jak dobrze żyć?, co to jest prawda? Odpowiedzi – moralne, religijne, polityczne, społeczne – są spójne w obrębie danej grupy ludzi, tworząc w ten sposób za każdym razem specyficzny – a więc relatywny – świat kulturowy. Świat kulturowy Chińczyków jest inny niż nasz. Ale ich religia i polityka tworzą spójną całość z ich moralnością czy estetyką. Każda kultura tworzy jakiś świat. Wszyscy ludzie należą do tego samego gatunku, ponieważ stawiają takie same pytania, i należą do różnych kultur, gdyż na te pytania udzielają różnych odpowiedzi.

Te odpowiedzi kulturowe musi się przekazywać, gdyż są one zgromadzonym skarbem, dzięki któremu żadne dziecko nie musi zaczynać historii od początku. Ponieważ jesteśmy istotami kulturowymi, ponieważ z tego tytułu od pierwszych ludzi – tak bliskich zwierzętom – różni nas gigantyczne dziedzictwo, można powiedzieć, że rodzimy się dwa razy

Dziecko jest człowiekiem (istotą człekokształtną), kiedy opuszcza łono matki. Staje się istotą ludzką (istotą ucywilizowaną) dzięki przekazowi kulturowemu. Stać się istotą ludzką to wyrwać się z pierwotnego barbarzyństwa. Barbarzyńca to człowiek, który nie posługuje się językiem i jest tak prymitywny, że w starożytności uważano go za członka innego gatunku. Pierwszy przekaz to przekazywanie słów. Każdemu pokoleniu trzeba przekazać przeogromny kapitał świata kultury, jego słowa i znaki, historię, wiedzę i marzenia, jego organizację i rytuały. Jest to gigantyczna praca, praca syzyfowa, ponieważ za każdym razem trzeba zaczynać od nowa, a im więcej stuleci mamy za sobą, tym zadanie jest trudniejsze, tym bardziej złożone jest pojmowanie spraw. Tymczasem przekazywać trzeba wątpliwości wraz z wiarą, pytania wraz z namiętnościami. Albowiem przekazać nie znaczy przynieść gotową, zapakowaną paczkę, którą podaje się z ręki do ręki, jak piłkę w grze. Każde pokolenie musi kulturę ocenić i zweryfikować na nowo, uporządkować ją, usuwając przestarzałe przesądy, musi z drżeniem przekazywać stare pytania, na które nikt nigdy nie potrafił znaleźć odpowiedzi, ofiarowując równocześnie odkryte właśnie skarby, najświeższe doświadczenia, nowe rozróżnienia, nie burząc przy tym całej budowli. Istnieją rodziny, w których ta tytaniczna praca prowadzona jest z taką pieczołowitością, tak cierpliwie i z tak niezwykłą uwagą, że wyrastają w nich wspaniali ludzie, tak doskonali, jakby polerowały ich stulecia. Przypomina mi się obraz przedstawiający małego Tocqueville’a pracującego pod okiem ojca. Z postaci chłopca emanuje bystrość, skromność, wyrozumiałość, które cechować miały później wielkiego pisarza. Dzieło przekazywania polega na wpisywaniu dzikiego stworzenia w świat – bez tego natychmiast musiałoby ono powrócić na drzewo.

Zachwyt żyjącym w stanie natury dzieckiem, jak pamiętamy, zaczyna się zasadniczo w XVIII wieku, kiedy wykrystalizował się mit tabula rasa. Według tego mitu, związanego z ideą nieokreślonej dekadencji, który przyczyni się do narodzin XX-wiecznych totalitaryzmów, człowiek jest bardziej ludzki w stanie niecywilizowanym – kultura bowiem szkodzi naturze i psuje ją. Chodzi więc o to, by przekazywać jak najmniej, pozwalając tym samym, by dziecko mogło rozwinąć w sobie utraconą dobroć naturalną. Po doświadczeniach ostatnich dwóch wieków wiemy dziś, że kultura nie przeciwstawia się naturze, lecz barbarzyństwu, a dziecko, któremu niczego się nie przekazuje, nie zostaje dobrym dzikusem, lecz młodym barbarzyńcą. Nie istnieje zresztą coś takiego jak „dobry dzikus”.

Bezpośrednią przyczyną sytuacji, jaką dobrze znamy z niektórych naszych szkół, jest ciągle świetnie się mający mit tabula rasa. Dorośli w dzisiejszych czasach odczuwają lęk przed wychowywaniem. Boją się, mówiąc dosłownie, przekazywać kulturę, do której nie mają zaufania, bo uważają ją za niedoskonałą (jaką jest w rzeczywistości – jak wszelka rzecz pochodząca od człowieka). Własną historię postrzegają jako pasmo zbrodni, wiara wydaje im się zawsze wystawiona na pokusę fanatyzmu, wielkich pisarzy uważają za autorytarnych macho. I zrozpaczeni, że nie mogą zaproponować nic doskonałego, nie chcąc ograniczać wolności dziecka wpisywaniem go w świat z konieczności partykularny, zbyt leniwi, być może, by podjąć pracę wychowawczą krępującą ich własną wolność – rezygnują z przekazywania. Efektem tego są dzieci „pozbawione marki”, niemające punktów odniesienia, czasem zupełnie niezainteresowane życiem i błądzące z jednego miejsca w drugie, nie wiedząc, na co mają skierować swą uwagę, czasem dzieci-barbarzyńcy, niszczące swoje otoczenie i zniekształcające język, aby faktami potwierdzić tragizm egzystencji, na który dorośli nie mieli odwagi zaproponować jakiejś niedoskonałej odpowiedzi. Dorośli dają w ten sposób dowód swojego nihilizmu i przesytu cywilizacją – uczuć, które ukształtowały ich samych. Pozbawiając dzieci znaczeń, które uczyniłyby z nich istoty ucywilizowane, głoszą, że sami odrzucają człowieczeństwo godne tego miana.Chcę jeszcze powiedzieć o czymś, co wydaje mi się najbardziej istotne, kiedy zastanawiamy się, jak przekazywać. Wszyscy doświadczyliśmy trudności z przekazem, ponieważ nasze punkty odniesienia bezustannie ewoluują, a wolność dziecka wydaje nam się obecnie ważniejsza niż kiedykolwiek. Dlatego nie możemy przekazywać tak jak dawniej: argument z autorytetu nie ma już teraz sensu („masz tak robić, bo tak zawsze robił twój ojciec; masz tak myśleć, bo ja ci to mówię”). Tego, co my mówimy, oni już nie przyjmują. Pozostają nam tylko czyny. Kiedy prawdy są niepewne, kiedy otacza nas atmosfera nihilizmu, ci, którzy chcą przekazywać, mają już tylko jedno wyjście: muszą być świadkami tego, co przekazują. „Świadkami”, czyli „męczennikami” – ludźmi, którzy dają dowód swej wiary, a nie tylko ją głoszą. Ci, którzy chcą przekazywać, nie mogą więc tylko rozprawiać czy argumentować (chociaż to również jest konieczne): muszą tym żyć. Żyć możliwie jak najbardziej wiernie temu, w co wierzą, i być szczęśliwi, że tak żyją. Myślę, że tylko pod takim warunkiem możemy dzisiaj przekazywać. Tego, w co wierzymy, społeczeństwo nie uważa już niezmiennie za słuszne. Przeciwnie – wyśmiewa to i niszczy ironią. Inaczej mówiąc, nie ma już wielu instytucji, które podtrzymywałyby i przechowywały nasze przekonania (instytucje są strażnikami przekonań). To my sami jesteśmy więc ostatnim schronieniem dla naszej wiary. Dlatego nie wolno nam opierać się tylko na prawdach odziedziczonych. Musimy bezustannie poddawać nasze przekonania weryfikacji i kwestionować ich zasadność. Musimy wypróbowywać je na sobie: na tym polega bycie świadkiem. Odsłaniamy w ten sposób naszą kruchość (jesteśmy bowiem raczej samotni i pozbawieni punktów oparcia), zmusza nas to jednak do stania w prawdzie. Nasza epoka jest doskonałą szkołą dla rodziców.

Publikujemy za uprzejmą zgodą Redakcji Miesięcznika Znak

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code