Teksty Anselma Grüna OSB

Manię przemienić w tęsknotę

Manię przemienić w tęsknotę

Anselm Grün OSB

„W każdej miłości, nawet tej czysto zmysłowej, tkwi tęsknota za miłością absolutną”.

Swą sławną książkę o miłości Ernesto Cardenal rozpoczyna słowami: „W oczach każdego człowieka mieszka nieukojona tęsknota. W źrenicach ludzi wszystkich ras, w spojrzeniu dzieci i starców, matek i kochających niewiast, w oczach policjanta i urzędnika, miłośnika przygód i mordercy, rewolucjonisty i dyktatora, w oczach świętego: we wszystkich mieszka ta sama iskra nieukojonego pragnienia, ten sam tajemny ogień, ta sama otchłań, ten sam nieskończony głód szczęścia, przyjaźni i posiadania bez końca”. Każdy człowiek – uważa Cardenal – w ostatecznym rozrachunku tęskni za bezwarunkową miłością, dzięki której jego życie stanie się warte trudu, a on sam będzie kimś wyjątkowym i wartościowym.

„Tęsknota jest początkiem wszystkiego” – mówi Nelly Sachs. Od niej rozpoczyna się droga samorealizacji. Bez tęsknoty człowiek nie byłby człowiekiem; bez niej kostniałby i tracił witalność. W jednym ze swoich wierszy Rainer Maria Rilke wyraża przekonanie, że Bóg, zanim wyprawi człowieka w mrok nocy świata, daje mu słowo na drogę. A słowo to brzmi:

„Wysłany przez swe zmysły,

idź na skraj swej tęsknoty;

daj mi szatę”.

To Bóg zasadził tęsknotę w ludzkim sercu. Człowiek gnany tęsknotą wstępuje w świat, by odkrywać jego piękno, a w tym pięknie i w każdej rzeczy szukać samego Boga.

„Blisko jest kraina, którą nazywają życiem”.

Bóg jest blisko nas. Musimy tylko wejść w kontakt z naszą tęsknotą, by zawsze i wszędzie dostrzegać Boga, bez którego nie możemy ukoić naszego wewnętrznego złaknienia.

W innym wierszu Rilke tak oto definiuje tęsknotę:

„Tym jest tęsknota: mieszkać w ciżbie

i nie mieć ojczyzny w czasie”.

Tęsknota polega na tym, że żyjemy w wirze czasu, ale nie mamy tu ojczyzny: ona jest gdzie indziej (według św. Pawła „nasza ojczyzna jest w niebie”). Tęsknota chciałaby nam przypomnieć, że tylko tam możemy rzeczywiście mieszkać, gdzie zbiegają się czas i wieczność.

Tęsknota i mania

W naszej ponowoczesnej epoce uleciały gdzieś wizje, nie ufamy wielkim słowom, dla niejednego tęsknota nie jest niczym więcej jak fatamorganą. Pozostało nam jedynie samo „po-„, wolne od wszelkich nadziei i tęsknot – nie ma żadnego „pre-„, które stanowi istotę tęsknoty.

Ale nawet teraz człowiek nie może poniechać tęsknoty. Potajemną tęsknotę odkrywamy zatem w pragnieniach i potrzebach, jakie rozbudza i stara się ukoić społeczeństwo konsumpcyjne. Tęsknoty zostają tu skomercjalizowane, ukrywają się za namiastkami zaspokojenia. Wystarczy się przyjrzeć popularności czasopism ilustrowanych, które odpowiadają na pragnienie uczestnictwa w barwnym życiu gwiazd filmu i sportu. Wystarczy dostrzec ciekawość, z jaką ludzie śledzą doniesienia na temat rodziny królewskiej: wszak każdy chciałby być królem czy księżniczką.

Jednak w dzisiejszych czasach tęsknota kryje się przede wszystkim za manią. Człowiek opanowany przez manię w istocie poszukuje czegoś, z utęsknieniem wypatruje czegoś w głębi serca, lecz nie przyznaje się do swojej tęsknoty. Chciałby przeskoczyć ponad nią i bezpośrednio uzyskać to, czego pragnie. Mania czyni go uzależnionym i chorym1 : pakuje się on w zależność, która (na pozór) zapewnia mu coś, na co z utęsknieniem czeka, w rzeczywistości jednak nigdy tego nie otrzymuje.

Manie są dziś chorobą powszechną – nie tylko narkomania czy alkoholizm, mania obżarstwa czy odchudzania, lecz także mania hazardu, pracy, związków z innymi, akceptacji, mania imponowania czy podbojów erotycznych. Dawni mnisi wymieniali dziewięć tak zwanych logismoi, które mogą opanować człowieka. Owe logismoi przyporządkowywali trzem sferom istniejącym w ludzkim wnętrzu:

– sfera pożądania – mania obżarstwa, nierząd i mania posiadania;

– sfera emocji – smutek, gniew i acedia (gnuśność, brak ochoty);

– sfera ducha – mania sławy, zawiść i pycha.

Zwłaszcza trzy główne popędy w sferze pożądania łatwo mogą się przerodzić w manie.

Ale przecież popędy mają nas pobudzać do życia, a ostatecznie poruszać ku Bogu. W akcie jedzenia na przykład kryje się tęsknota za tym, by spożywać Boga i stawać się z Nim jednością. W akcie seksualnym – tęsknota za tym, by w ekstazie zapomnieć się w Bogu. W dążeniu do majątku przejawia się tęsknota za spokojem: mieć wszystkiego pod dostatkiem i móc wreszcie wypocząć. Każdy z tych popędów może jednak służyć ucieczce przed życiem. Każdy może nam dawać pozór życia – i wtedy wyrodnieje w manię. Napychamy się, żeby nie odczuwać rozczarowania, konfliktu, złości – albo po to żeby sobie zrekompensować brak miłości. Seks może się stać ucieczką przed banalnością życia: niczego nie przeżywamy, nie jesteśmy zadowoleni, dlatego w nim szukamy potwierdzenia, żeby tylko coś przeżyć i odnaleźć satysfakcję. W żądzy posiadania rekompensujemy sobie brak poczucia własnej wartości. Nie dostrzegamy jej w sobie, dlatego musimy stwarzać wartości wokół nas.

Theodor Bovet powiada, że mania jest namiastką matki. W manii bowiem ostatecznie tęsknimy za rajem matczynego łona. Boimy się opuścić ów raj i pozostajemy w łonie matki: nie chcemy przyjąć odpowiedzialności za własne życie, nie chcemy osiągnąć dojrzałości. Albo szukamy utraconego raju. Sądzimy, że szczęścia można zaznać dzięki konsumpcji, alkoholowi, narkotykom, tabletkom. Uważamy, że możemy się go dorobić pracą, że możemy je osiągnąć dzięki uznaniu, że możemy go zakosztować, uprawiając hazard…

Nasuwa się pytanie, w jaki sposób człowiek może uwolnić się od manii jako namiastki matki. Zdaniem Junga tęsknota za matką jest zbyt ważna egzystencjalnie, aby można się jej było tak po prostu pozbyć. Ale prawdą jest również to, że kto pozostaje zbyt blisko matki, ten nigdy nie osiągnie dojrzałości. Dlatego ową tęsknotę należałoby skierować na jakiś symbol, na Boga, Kościół, raj…

Przemiana manii w tęsknotę

Przemiana ta może się dokonać jedynie wtedy, gdy zaaprobujemy manię. Ojcowie Kościoła powiadają, że człowiek może się wybawić tylko od tego, co sam zaaprobował – i to dotyczy również manii. Nie wolno nam jej potępiać, bo będzie nas ona stale prześladować. Nie możemy podjąć z nią bezpośredniej walki, bo nastąpi przerastający nasze siły kontratak. Właściwą drogą byłaby zatem próba refleksji nad tęsknotą przejawiającą się pod postacią manii.  Za czym tęsknię, kiedy się upijam? Chciałbym uciec przed banalnością dnia codziennego; chciałbym doznać jakiegoś innego uczucia; chciałbym się wznieść ponad niziny codzienności, by móc przeżywać świat jako piękniejszy i milszy.

Według André Gide’a upijamy się, ponieważ chcielibyśmy posiąść marzenie o szczęściu, za którym daremnie gonimy. Jednak alkohol nigdy nie ukoi mojej tęsknoty; zawsze będę marzył o szczęściu i będę stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy, rezygnując z konkretnych dróg, które rzeczywiście mogłyby mnie do niego przybliżyć. „Straszliwe jest to, że nie można się wystarczająco upić” – konstatuje Gide. Za czym tęsknię, kiedy nie mogę się oderwać od pracy? Staram się zasłonić otchłań, która rozwarłaby się przede mną, gdybym nie miał nic do roboty; uciekam przed sobą, nie mogę ze sobą wytrzymać – nie dałbym sobie rady, gdybym w ciszy spotkał samego siebie i swoją prawdę. A może tęsknię za uznaniem? Staram się coraz więcej osiągnąć, żeby nikt nie mógł mnie przejrzeć. Tęsknię za związkami z innymi ludźmi, żeby móc siebie odczuwać, żeby doświadczyć, że jestem godny miłości. Chciałbym być bezwarunkowo aprobowany, chciałbym móc siebie samego aprobować i kochać. 

Kiedy będę walczył ze swoją manią, zawsze przegram. Będę miał poczucie, że ona naciera jeszcze mocniej, choć na moment zmusiłem ją do ucieczki. Zamiast z nią walczyć powinienem się w nią wczuć i odkryć tęsknotę, która w tej manii się skrywa. Powinienem się w nią wsłuchać i dostrzec, gdzie pojawiło się uzależnienie. I powinienem do końca ją przemyśleć. Dopiero wtedy będę mógł zrozumieć, że przezwyciężę nałóg jedynie wtedy, gdy go na powrót przemienię w tęsknotę. Na początek muszę więc sobie zadać pytanie, na przykład takie: Co dzieje się, kiedy uzyskuję podniosły nastrój za pomocą alkoholu? Czy to już wszystko? Czy nie pragnę niczego więcej? Czy nie tęsknię za zupełnie inną rzeczywistością, za rzeczywistością ducha? „Spiritus contra spiritum” – powiada Carl Gustav Jung. Jedynie otwartość na ducha może przezwyciężyć uzależnienie od alkoholu. „Jego alkoholizm – pisał Jung o jednym ze swoich pacjentów – stanowi na niskim szczeblu odpowiednik duchowego pragnienia całości; w języku średniowiecznym powiedzielibyśmy: odpowiednik pragnienia jedności z Bogiem”. A Christina Grof, która również popadła w alkoholizm, tak mówi o swojej tęsknocie: „Na ile sobie przypominam dziecięce lata, zawsze poszukiwałam czegoś, czego nie potrafiłam nazwać. Czegoś, czymkolwiek by to było, dzięki czemu dobrze bym się czuła. Gdybym to znalazła, nie byłabym już samotna. Wiedziałabym, co to znaczy być kochaną i aprobowaną, sama również potrafiłabym dawać miłość. Byłabym szczęśliwa, pełna, pogodzona ze sobą, ze swoim życiem, ze światem. Czułabym się wolna, nieskrępowana, otwarta, radosna”.

Poszukiwania te były ostatecznie poszukiwaniami duchowymi. Wprawdzie Grof utopiła swoją tęsknotę w alkoholu, ale w końcu zrozumiała, że był to głód duchowej tożsamości, niebiańskiego źródła, Boga. Powtórzmy zatem: każdy człowiek tęskni – za bezpieczeństwem, miłością, prawdziwą ojczyzną, za autentycznością i wolnością. Co więcej: czy tego chcemy, czy nie, we wszystkim, czego z pasją szukamy, ostatecznie tęsknimy za Bogiem. Kiedy na przykład wszelkimi siłami zabiegamy o bogactwo – posiadanie nie zapewni spełnienia naszej tęsknoty. Albowiem w poszukiwaniu bogactwa tkwi tęsknota za spokojem. Niestety, posiadanie bierze nas w swe posiadanie i rodzi jeszcze większy niepokój. Kiedy dążymy do sukcesu, ostatecznie kieruje nami tęsknota za tym, aby być kimś wartościowym. Lecz zarazem wiemy, że żaden sukces nie jest w stanie ukoić naszej tęsknoty – swojej wartości doświadczamy dopiero w Bogu. Człowiek w istocie tęskni za tym, żeby być kochanym i samemu kochać. Miłość zawsze łączy się z tęsknotą. Obie – powiada Peter Schellenbaum – „lokalizujemy” w tym samym miejscu: „w piersi, na wysokości serca, tam, gdzie swe ręce składa cierpiący od miłości i tęsknoty” (Die Wunde der Ungeliebten). To właśnie tęsknota nadaje miłości niedocieczoną głębię. 

W każdej miłości, nawet tej czysto zmysłowej, tkwi tęsknota za miłością absolutną – za Bogiem. „Stworzyłeś nas jako skierowanych ku Tobie – pisze św. Augustyn. – I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”. Przepełnia nas nieukojony głód Boga, głód absolutnej ojczyzny, utraconego raju. I chociaż na zewnątrz wydaje się, że nasze pragnienie zmierza do zupełnie innego celu, to jednak celem ostatecznym jest zawsze Bóg. Nawet w tych, którzy się od Niego odwrócili, kołacze tęsknota za Czymś Więcej, za Kimś Innym, za Tym, który sam wystarcza za wszystko. Oto na przykład ludzi, którym udało się osiągnąć wszystko, za czym tęsknili, ogarnia często poczucie wewnętrznej pustki. „Jeden może uzyskać tytuł piłkarza roku, drugi obronić doktorat summa cum laude, trzeci zdobyć serce wspaniałego partnera albo zarobić tyle pieniędzy, że będzie mógł sobie pozwolić na styl życia, o jakim zawsze marzył” (Grof), lecz pośród tej pełni utrzymuje się pustka wewnętrzna, a tęsknota za Czymś Innym staje się jeszcze bardziej dojmująca. Nic ziemskiego, żaden sukces, żaden człowiek nie są w stanie ukoić tego niepokoju. Święty Augustyn ma rację. Spokój osiągamy dopiero wtedy, gdy naszą tęsknotę kierujemy ku Bogu, gdy w samych sobie odnajdujemy Go jako wewnętrzne źródło, które nigdy nie wysycha, jako bezpieczeństwo i ojczyznę, z której nigdy nie zostaniemy wyrzuceni, jako miłość, która nigdy nie rozpłynie się między palcami. 

Zaaprobować rzeczywistość 

Wejść w kontakt ze swoją tęsknotą to nie znaczy: uciec przed rzeczywistością własnego życia. Przeciwnie, gdy mamy poczucie, że mieszka w nas tęsknota za Bogiem, potrafimy się pogodzić z banalnymi często realiami życia. Nie będziemy wówczas rozczarowani, że ukochana osoba nie może zaspokoić naszej najgłębszej tęsknoty za absolutną miłością. Nie będziemy obciążać jej oczekiwaniami, które w istocie mógłby spełnić jedynie Bóg. Nieraz obserwuję, jak ludzie oczekują od siebie nawzajem duchowego uleczenia, wybawienia i wyzwolenia, nadania ich życiu ostatecznego sensu. To są pragnienia, którym nie może sprostać żaden człowiek. Tymczasem tęsknota relatywizuje nasze oczekiwania wobec innych; dzięki niej jesteśmy zdolni się ze sobą po ludzku obchodzić, przyjmować drugiego takim, jaki on jest, zamiast stale porównywać go z Bogiem, któremu żaden człowiek dorównać nie może. Nasze życie jest pełne rozczarowań. Rozczarowuje nas rodzina, praca, bywamy rozczarowani samymi sobą. Stworzyliśmy sobie iluzje – na swój temat i na temat innych ludzi – i bolejemy, gdy sobie to uświadomimy. Niejeden woli uniknąć konfrontacji – i stale ucieka przed sobą, nie osiągając nigdy spokoju. Ale kiedy staniemy wobec naszej tęsknoty, będziemy się mogli pogodzić ze sobą, ze swoimi brakami i słabościami. To przecież nie jest tak, że musimy sobie wystarczać. Nasza tęsknota wybiega poza nas samych – biegnie ku Bogu, bo jedynie On potrafi ją zaspokoić. Tęsknota relatywizuje wszystko, co czynimy tutaj, na ziemi. Uwalnia nas od zawziętego dążenia do sukcesu i od presji, jaką sami na siebie wywieramy, chcąc spełniać cudze oczekiwania kierowane pod naszym adresem.

Tęsknota wprowadza człowieka w kontakt z samym sobą: kiedy odczuwam tęsknotę, cudze oczekiwania nie mają nade mną władzy. Nie muszę odpowiadać rezygnacją na życiowe rozczarowania. Przeciwnie, owe rozczarowania nie pozwalają zasnąć mojej tęsknocie. Rozmyślałem kiedyś o niezaspokojonych potrzebach mojego dzieciństwa – przeżywałem wówczas pewien kryzys, miałem poczucie, że coś mnie ominęło. I oto podczas wakacji, siedząc nad jeziorem i spoglądając na fale, doznałem nagle poczucia głębokiego spokoju. Pogodziłem się z tymi wszystkimi niezaspokojonymi potrzebami i powiedziałem sobie: „To dobrze, że się nie nasyciłeś. Dzięki temu masz czujny i żywy umysł, dzięki temu jesteś otwarty na Boga. W przeciwnym razie może stałbyś się mieszczański, może żyłbyś w zadowoleniu. Ale nigdy byś nie odkrył swego prawdziwego powołania”. Tak widzę moje powołanie: podtrzymywać tęsknotę w swoim sercu, aby być otwartym na Boga, i mieć szerokie serce: także dla ludzi. Szerokie serce nie potępia. Ono poznało i zaaprobowało życie z jego rozczarowaniami. Nie skarlało pod wpływem tych rozczarowań, lecz przyjęło je jako odskocznię ku bezmiarowi Boga. 

Ernst Bloch, filozof o orientacji ateistycznej, w wywiadzie, którego udzielił z okazji swych dziewięćdziesiątych urodzin, powiedział: „W moim życiu przekonałem się, że tęsknota jest najbardziej uczciwą właściwością człowieka”. Bo człowiek we wszystkim może kłamać, wszędzie może zakraść się fałsz i nieautentyczność. Miłość może być udawana, uprzejmość może być tylko wpojona przez wychowanie, pomoc może wynikać z egoistycznych motywów… Jedynie tęsknotą człowiek nie może manipulować – on jest swoją tęsknotą.  Nieraz zdarzyło mi się spotykać ludzi, którzy wszystko, co ich dotyczy, przedstawiają w najpiękniejszych barwach. Kiedy na przykład opowiadają o wakacjach, mówią: „Było super!” Kiedy rozmawiamy o jakimś kursie, w którym uczestniczyli, okazuje się, że było to ich „najgłębsze przeżycie”. Czasami podejrzewam, że muszą wszystko przedstawiać w ten sposób, aby… ukryć swoje rozczarowanie. Podejrzewam, że ich życie jest w rzeczywistości najzupełniej przeciętne. Podczas tych wakacji dochodziło pewnie do wielu nieporozumień ze współmałżonkiem, ale na zewnątrz trzeba udawać. Trzeba niejako udowodnić, że wszystko, co się robi, jest najlepsze. 

Tęsknota nakazuje mi uczciwość. Nie muszę przesadzać, nie muszę udowadniać, jak głębokie są moje doznania i jak wielkiego postępu dokonałem na swej drodze wewnętrznej. Postrzegam siebie takim, jaki jestem: jestem przeciętny, ale przecież i poszukujący, walczący, osiągający sukcesy i nie mający sukcesów, wrażliwy i niewrażliwy, uduchowiony, a jednocześnie powierzchowny. Mogę swe życie zobaczyć w prawdzie. Albowiem moja tęsknota wybiega poza życie. Co więcej: tylko tam, gdzie jest tęsknota, jest także prawdziwe życie. Idąc po śladach własnego życia, odkrywam Boga. Duchowość dla mnie polega więc na tym, że ufam swojej tęsknocie i pozwalam jej, by mnie wiodła ku wolności i ku miłości. Podczas rekolekcji zawsze pytam, nie tylko siebie, ale i uczestników: „Co jest twoją najgłębszą tęsknotą?” Nie zawsze potrafię natychmiast odpowiedzieć na to pytanie. Ale gdy wobec niego staję, nie ma już miejsca na kurczowe starania, by uczynić siebie kimś lepszym. Niejedna sprawa, nad którą łamałem sobie głowę, okazuje się nieistotna. Wchodzę w kontakt z samym sobą, z moim sercem i powołaniem. Kim właściwie jestem? Co jest moją misją? Jaki ślad chciałbym tutaj po sobie zostawić? Co spełnia moją tęsknotę? Koniec końców zawsze dochodzę do Boga jako celu mojej tęsknoty. 

Pytanie o najgłębszą tęsknotę prowadzi mnie wszakże nie tylko do Boga, lecz i do mojej odpowiedzi na tęsknotę Boga. Również Bóg tęskni za mną, jak mówią mistycy. Matylda z Magdeburga woła do Boga: „O, Boże, palący w swej tęsknocie!” Bóg tęskni za tym, by miłować człowieka. Stawiając sobie pytanie o swą najgłębszą tęsknotę, odkrywam, jak chciałbym odpowiedzieć na tęsknotę Boga za mną, na miłość Boga do mnie. W swej najgłębszej tęsknocie pragnę się stać całkowicie przepuszczalny dla miłości i dobroci Boga, dla Jego miłosierdzia i łagodności – bez zafałszowania przez mój własny egoizm, bez zaciemnienia przez moją potrzebę uznania i sukcesu. Dawni mnisi nazywali to czystością serca. 

Tęsknota i dyscyplina

Przemiana manii w tęsknotę to dopiero pierwszy krok. Potem, w drodze uwalniania się od manii, niezbędna jest również dyscyplina. Tęsknota wymaga dyscypliny – właśnie dlatego, że uczy aprobować rzeczywistość. Albowiem rzeczywistość mojego życia wygląda tak, że jestem discipulus – uczniem, który wciąż się uczy. Mania to przedłużenie rozpieszczonego trwania w łonie matki. Dyscyplina uczy brać życie w swoje ręce i nadawać mu ład. Łacińskie słowo disciplina oznacza „naukę”, „nauczanie”, ale również „rygor”, „ład” i „metodyczność”, z jaką zabieram się do czegoś. Niektórzy uważają, że „dyscyplina” pochodzi od słowa dis-cere („uczyć się”), moim zdaniem jednak bardziej prawdopodobnym źródłem jest słowo capere („brać”). „Dyscyplina” wywodziłaby się zatem od dis-cipere – „rozczłonkowywać, by uchwycić”. Biorę coś do ręki, rozczłonkowuję, dzielę – żeby zrozumieć, zobaczyć, co tam jest. Dyscyplina nie oznacza więc czegoś pasywnego (podporządkowanie się rygorowi), lecz coś aktywnego: biorę życie we własne ręce. Spoglądam na nie i zastanawiam się, jak mogę je „rozczłonkować”, by rzeczywiście żyć, żeby życie nie „żyło mną”. 

W Trzeciej Rzeszy do skrajności doprowadzono dyscyplinę i ład, dlatego przez następne dziesięciolecia raczej zaniedbywaliśmy tę sprawę. Tymczasem jedna z zasad życia monastycznego brzmi: „Kto walczy bez metody, ten walczy daremnie”. Niezbędne są jasne metody, by można było rzeczywiście postępować naprzód. Jak mówi John Bradshaw, dyscyplina jest sztuką niwelowania cierpień życia: bez niej człowiek cierpi od swego wewnętrznego i zewnętrznego zamętu. A Hildegarda z Bingen powiada, że dzięki dyscyplinie zawsze i wszędzie można odczuwać radość. Dzięki dyscyplinie nadajemy życiu kształt i formę. Starożytni Grecy mówili o ascezie. Asceza to swego rodzaju trening, ćwiczenie (na przykład sportowiec ćwiczy, by osiągnąć swój cel). Asceza nie jest po prostu rezygnacją, lecz świadomym ćwiczeniem się w wolności wewnętrznej, co jednak wymaga również rezygnacji. Bez rezygnacji, podkreślają psychologowie, u dziecka nie może się rozwinąć mocne ego. Kto musi natychmiast zaspokajać swe potrzeby, ten nigdy nie osiągnie dojrzałości. Muszę wytrzymać doskwierający mi brak, wówczas będę się rozwijać. Co więcej, tylko ten, kto dzięki ascezie uczy się odwlekać zaspokojenie swych potrzeb, rzeczywiście może się rozkoszować życiem. Asceza wzmaga rozkosz, a mania nie pozwala się nam rzeczywiście rozkoszować. Asceza rodzi też ochotę do życia. Bez niej nie sposób przezwyciężyć manii. 

Tęsknota i modlitwa  

W jaki sposób możemy nawiązać kontakt z naszą tęsknotą? Jedna droga polega na przyglądaniu się swemu życiu i odkrywaniu w nim owej tęsknoty, która tkwi w naszych pożądaniach, maniach, namiętnościach, potrzebach, pragnieniach i nadziejach. Dalszy jej etap to przemyślenie do końca tego wszystkiego, co przeżywamy, dojście do samych fundamentów. Druga droga wiedzie przez modlitwę. Jak czytamy u św. Augustyna, modlitwa ma pobudzać naszą tęsknotę. Gdy odmawiając „Ojcze nasz”, wypowiadamy słowa: „Przyjdź królestwo Twoje”, nie musimy – powiada św. Augustyn – błagać Boga, by w końcu nastało Jego królestwo, lecz budzimy w sobie tęsknotę za tym królestwem. 

Psalmy to dla św. Augustyna pieśń tęsknoty. Gdy je śpiewamy, rośnie w nas tęsknota za prawdziwą ojczyzną w Bogu. Św. Augustyn porównuje naszą modlitwę Psalmami do śpiewu współczesnych mu wędrowców. W jego czasach wędrowano nocą, żeby się ustrzec rozbójników. Lecz noc wzmagała lęk. Aby go przezwyciężyć, wędrowcy śpiewali swe pieśni ojczyste. My tutaj, na obczyźnie, tak właśnie śpiewamy nasze pieśni miłości: żeby pokonać lęk przed ciemnością i pobudzić tęsknotę. Nie o to chodzi, żeby każde słowo wypowiadać z zadumą – w namyśle nad słowami można utknąć. Słowa powinny raczej umacniać tęsknotę za Bogiem. Tak jak w Psalmie 63: „Boże, Boże mój, do Ciebie się zrywam na świtaniu. Pragnęła Ciebie dusza moja, jak bardzo tęskniło za Tobą ciało moje” (Ps 63 [62], 2)2 . Czy jak w Psalmie 84, tej pieśni pielgrzyma, który podąża drogą do wytęsknionej świątyni: „Jak miłe przybytki Twoje, Panie Zastępów! Pożąda i tęskni dusza moja do przedsieni Pańskich” (Ps 84 [83], 2-3). Słowa Psalmu mają pogłębiać naszą tęsknotę do Boga. Stąd u Izajasza czytamy: „Dusza moja tęskni za Tobą w nocy, także mój duch jest pełen tęsknoty za Tobą” (Iz 26, 9)3.

Jednak według św. Augustyna modlitwa ma nie tylko pobudzać naszą tęsknotę za Bogiem. Dla niego sama tęsknota jest już modlitwą. Mnisi we wczesnym Kościele chcieli wypełniać nakaz apostoła Pawła wyrażony w Liście do Tesaloniczan: „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17). Nie możemy się bez przerwy modlić ustami – mówi św. Augustyn. – I nie możemy bez przerwy klęczeć. Jedyną możliwością nieustannej modlitwy jest tęsknota. Stąd w komentarzu do słów Psalmu 38 [37], w. 10: „Panie, przed Tobą jest cała tęsknota moja”, czytamy: „Sama twoja tęsknota jest już modlitwą. Jeżeli tęsknota jest ciągła, ciągła jest też i modlitwa. (…) Jeżeli nie chcesz przerywać modlitwy, nie ustawaj w tęsknocie. Ciągła twoja tęsknota to nieustanne twoje wołanie [modlitewne]”. Modlić się to zatem: wejść w kontakt z wewnętrzną tęsknotą, która trwa w naszych sercach, z tęsknotą, która już tutaj, na obczyźnie, łączy nas z Bogiem. Dla św. Augustyna tęsknota ta polega na miłości: „Umilkniesz, kiedy przestaniesz miłować. (…) Oziębienie miłości to milczenie serca; rozpłomienienie miłości to wołanie serca”.

Tęsknić za Bogiem znaczy zarazem miłować Go. Gdy w modlitwie wchodzę w kontakt ze swoją tęsknotą, pomaga mi to przezwyciężyć moją manię. Jednak niektórzy pobożni chrześcijanie inaczej pojmują modlitwę: modlą się do Boga, żeby to On ich uwolnił, bezboleśnie wyzwolił od manii. Są pasywni, patrzą na Boga jak na „Wielką Matkę”, która rozwiąże ich problemy. W taki sposób nigdy nie będą wolni od swoich manii, nigdy też nie dojrzeją – pozostaną dziećmi, które wszystkiego oczekują od matki.  Modlitwa tylko wtedy pomaga mi uwolnić się od manii, gdy modląc się, wyznaję Bogu tę manię, i odkrywam w niej swoją najgłębszą tęsknotę. Drugi krok polega na tym, żeby wejść w kontakt z tą moją tęsknotą i dzięki modlitwie ją umacniać.  Natomiast trzeci krok to odkrycie wewnętrznej przestrzeni ciszy – przestrzeni, w której mieszka Bóg. Tam, gdzie mieszka we mnie Bóg, jestem w pełni sobą. Tam wchodzę w kontakt z moją prawdziwą istotą i mogę mieszkać u siebie. Tam mogę stać się u siebie samego domownikiem.

Najgłębsza tęsknota, jaka kryje się za wszelką manią, jest przecież tęsknotą za tym, żeby znaleźć ojczyznę, żeby w końcu dotrzeć tam, gdzie mamy prawo być w pełni sobą.Ernst Wiechert napisał kiedyś piękne opowiadanie Der verlorene Stern („Zagubiona gwiazda”). Niemiecki żołnierz powraca z rosyjskiej niewoli. Cieszy się, że znów jest w domu. Ale po paru tygodniach coś zaczyna go dręczyć. Zwierza się swojej babci i oboje odkrywają, że w ich domu zagubiła się gdzieś „gwiazda” – że już nie mieszka w nim tajemnica.  Życie stało się powierzchowne. Wprawdzie mieszkańcy nadal snują plany, budują, reperują, troszczą się, by wszystko jakoś funkcjonowało, lecz z domu znikła gwiazda tęsknoty, zagubiła się jego istotna cząstka. Tam, gdzie gwiazda tęsknoty wypadła z naszego serca, nie możemy się już czuć jak w domu. Domownikiem można być tylko tam, gdzie mieszka tajemnica.W nas samych znajduje się owa przestrzeń, w której mieszka tajemnica. Jest to przestrzeń ciszy – przestrzeń, do której dostęp ma tylko Bóg. Jest ona wolna od hałaśliwych myśli, które nami zwykle kierują. Jest wolna od oczekiwań i żądań ludzi, którzy nas otaczają. Jest wolna od męczących zarzutów, jakie kierujemy pod swoim własnym adresem, wolna od deprecjacji i obwiniania samych siebie. W tej przestrzeni, w której mieszka Bóg, pozostajemy wolni od władzy innych ludzi. Tam nikt nie może nas zranić. Tam jesteśmy nienaruszoną całością. Tam jesteśmy w pełni sobą.Tam, gdzie mieszka w nas tajemnica, możemy u siebie samych być domownikami. A kto u siebie samego jest domownikiem, ten wszędzie może mieć ojczyznę – wokół niego powstaje ojczyzna. Gdy w ciszy natrafiam jedynie na samego siebie, na moje problemy, niedostatki, kompleksy mojej psychiki – muszę szukać ucieczki.  Kiedy jestem sam, trudno mi wytrzymać konfrontację ze sobą – właśnie dlatego niektórzy przed własną prawdą uciekają w manię. Ale gdy wiem, że gdzieś głębiej pod tą traumą mieszka we mnie sam Bóg, wtedy potrafię to wszystko w sobie wytrzymać, doświadczam w sobie przestrzeni, w której mogę być domownikiem, ponieważ jest we mnie tajemnica. Kiedy mogę w samym sobie znaleźć dom, już nie potrzebuję manii. Potrafię wytrzymać siebie, ponieważ podtrzymuje mnie i bezwarunkowo miłuje Bóg – On sam we mnie zamieszkał. A to nam wszystkim obiecał Jezus Chrystus: „Jeśli mię kto miłuje, będzie strzegł słów moich, a Ojciec mój umiłuje go, i do niego przyjdziemy, i mieszkanie u niego uczynimy” (J 14, 23).  Tłum. Grzegorz Sowinski  

Publikujemy za uprzejmą zgodą Redakcji Miesięcznika Znak 

MANIA – inne teksty na ten temat
Jacek Filek, Dowód dobra
Ks. Marek Dziewiecki, Podsycanie pragnienia
ks. Andrzej Miszk, Jak rodzi się Inny?

TĘSKNOTA – inne teksty na ten temat
Kamila, moje tęsknoty
Jacek Filek, Etyka jako wiara w dobro
Szymon Gurbin, Dom na skale

DYSCYPLINA – inne teksty na ten temat
Andrzej, Jak być chrześcijaninem we współczesnym świecie?
Tomasz Merton, Twórcza cisza
Benedykt XVI, Eucharystia musi być centrum waszego życia

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code