W stronę dojrzałości

Dziennik z okresu dojrzewania

Dziennik z okresu dojrzewania

Andrzej Miszk

Dojrzewanie zwykle jest okresem dość burzliwym. A jeśli przebiega w okresie jakichś historycznych przesileń staje się ono czymś trudnym do zniesienia. Ale nasze dochodzenie do dojrzałości zaczyna się już w młodości: to właśnie wówczas podejmujemy swoje pierwsze dorosłe decyzje i przeżywamy pierwsze poważne zawody. Młodość wypełniona ideałami konfrontuje się z osobistą słabością i obcością świata.

******

Dzień 13 grudnia 1981 r.

STAN WOJENNY

Ludzie niespokojni, jutro się zacznie.

Nie zaczęło się jutro. Choć wiele zakładów podjęło strajk.

***

Nie chcę zmuszać mózgu do niczego. Wiedza stała się bezużyteczna. Istnieje tylko jeden jej gatunek wart pamięci – kochaj albo zabij. Świat, w którym żyjemy pożera nas, zdani na pastwę naszej bezsiły wyrosłej z gorzkiej namiętności, trwamy – ludzkie rośliny. Spętane boleśnie własnym cielskiem.

Próba miłości kończy się zwykle jednakowo. Agata odejdzie, udowadniając mi, sobie chyba również, paradoksalność nie tyle tej sytuacji, co życia w ogóle. Uwierzyłem w paradoks, który z konieczności musi stać się ucieczką.

Świadomość – przeminiemy bez smaku, bez zapachu – nie sprawia bólu. Zapomnieliśmy o długotrwałej perspektywie tego, co będzie. I dobrze. Walka realna, o której śnię, niedługo stanie się faktem. Dokonany fakt będzie bezużyteczny. Nie trzeba jednak wiedzieć o tym.

***

Stan wojenny trwa 22 dni. Każdy dzień upokarza, budzi odrazę, zapowiada odwet. Gorycz gasnących ideałów pomieszana z przewlekłym patriotyzmem i gorączkową ambicją – oto objawy.

Muzyka wiruje, zanurzam dłoń w sylwestrowej nocy, piękna była, krzepiąca. Uwiódł mnie nastrój drgających, przylepnych ciał i rozigranych ust. Alkoholu niewiele. Kochane Kasie, Agaty…

Młode, chore na wściekliznę wilki czekają na dzień wszechsiły. Wkrótce pogubią się. Władza z natury jest podła. Gryźmy ją dla nowej podłości. Zęby ostre wżerają się. Słychać wycie wijących się kościotrupów. To wilki wyszły na żer. A zima była tego roku…

Niewierny lud musi okazać swą wiarę. Potem odejdzie i nikt go nie wspomni.

Jak usilnie staram wmówić sobie a b s t r a k c j ę . Jak najmniej nazw i konkretów. Są zbyt rzeczywiste. Nieufność musi być budująca. Nie w każdym jednak przypadku.

***

Jak trudno powiedzieć, co poczuła skóra, opisać ten dziwny stan kołysania myśli i wrażeń. Ciepła radość przypomina, czym mogłoby być życie. Pragnę tego ciepła, jak niczego poza tym. Bo warte jest. I nie pytam o żaden sens, czy wiekuistą prawdę. Nie mówię – „kocham”. Jesteśmy chwilkę bliżej siebie, nie zasypiamy, czuwamy, by trwało to dalej. Bez pamięci o początku, bez pewności końca.

o nocy sylwestrowej 1981-1982

***

Urywam kontakt z ludźmi. Odchodzę. Obsesyjny „strach życia większy aniżeli śmierci…” Nigdy nie bawiły mnie , ani interesowały damskie ploteczki, rzygam podtrzymując głupawą rozmowę. Dzisiaj, tzn. pierwszego w czasie stanu wojennego dnia w szkole próbowaliśmy zaprotestować.

Strach. STRACH. Bezwolne, leniwe umysły, bojaźliwe dusze nie chcą uznać swego marnego stanu. Chcą jedynie trwać. Najbliżsi, najbardziej „zbuntowani” łamią się pod presją konsekwencji. Czy warto żyć?

4.01.82 r.

Dla kogo? Dla jakiej sprawy? Jeśli nie znajdę tego czegoś, trzeba będzie wreszcie skończyć z farsą. Dość śmiechu. Człowiek gwiazdom nierówny. Po co wołasz? Trwaj ! Pogrąż się w odmęcie, w próżni, której nawet nie poznasz. Gdy legniesz bez czucia, skończy się ziemski pogrzebowy marsz. Nie pytaj o nic. Giń. Zaufaj śmierci, niech cię skusi.

***

Co robić? Terror psychiczny wzmaga się. SOLIDARNOŚĆ – to banda, no przynajmniej kryminalistów, pijaków, kierowanych przez cyników – erotomanów! Jeszcze chwila, sekunda, człowiek wyjdzie na ulicę – zacznie strzelać. Obojętnie – do innych, czy do siebie (tylko 1 raz). Idiotyczne stany: to entuzjazm walki, zaraz potem zupełna niemoc – przeklęta choroba znużenia i niewiary. I wstyd, odraza do samobójstwa.

Walka o nowy obraz Polski, swobodnej i tolerancyjnej, o państwo niezachłanne, nie totalitarne – o antypaństwo dla człowieka, którego polityka gówno powinna obchodzić, gdzie człowiek zajęty jest kochaniem, żeglowaniem, wymyślaniem skrzydeł i lekarstwa na katar.

Polska grzęźnie, kolejki stają bez nadziei dostania czegokolwiek. Stocznie, fabryki głodują z powodu braku materiałów. Ogólny marazm. Społeczeństwo zdezorientowane, milczące, apatyczne, niedługo głodne i wściekłe się stanie. Wyjdzie na ulice szukać żeru, i nie znajdzie go, zemści się okrutnie, na wszystkim – na decydentach, za ich pełne, owrzodzione żołądki, na maszynach, na sklepach, wyrwie uliczne słupy, porozbija okna i lampy. W godzinę później Rosjanie zaprowadzą kołchozowy ład. Śmierć będzie w nas i dookoła wszechobecną. Zostanie nam tylko jedno prawo – prawo wyboru śmierci naszych ciał, tak ciał, bo dusze już nie nasze są. Jak wolisz zginąć człowieku? Z ręki swojej, czy swego brata, który również niedługo zginie?

Zbiorowe mogiły poległych – fantastyczne budowle przełomu XIX /XX w. Budujemy je od zarania dziejów, jako jedynie sensowne obiekty – symbole zagłady.

Bóg istnieje w ludzkiej rozpaczy, nigdzie dalej, ni głębiej. Upokorzeni ludzie pytają często, czy zasłużyli na los tułaczy. Nie wiedzą nic do końca. Zagubieni, zadręczeni, żałośni jesteśmy. Jakie jest wyjście? Nie ma żadnego. Nie stworzyłem w sobie nic, co mógłbym nazwać chociaż cieniem duszy. Harmonia to puste, ironiczne słowo, doskonałość materii i duszy nie może istnieć. Jest zaprzeczeniem rzeczywistego człowieczeństwa.

Czas: 22:33, wtorek, 5 stycznia 1982 r. Wczoraj był identyczny dzień ze zmienioną nazwą, jutro istnieje, jak tysiąc lat temu, dla kogoś innego. Nie zdaję sobie sprawy jak długo to trwa, głupio mi będzie, jeśli spytają, co było, co będzie, nawet, co jest teraz.

8.01.82

Nie czytam, nie mogę czytać. Każdy wysiłek umysłowy skazany na samozagładę. Organizm nie przyjmuje prawie niczego, istnieje jedynie psychoza stanu wojennego. Oficjalnie panuje spokój. Ludzie są represjonowani za brak s p.o k j u . Jest spokój. Nie ma niepokoju. Słowo często powtarzane to słowo strachliwe i niepokorne. Naród nie podda się nigdy.

***
Biorę udział w oszustwie, które nazwano życiem. Kurtyna nie spadła jeszcze. I nigdy do tego nie dojdzie, jeżeli sam nie chwycę sznura strachu i śmiechu. Płacz kobiet i mężczyzn na chwilę zatrzyma finał. Zawiśnie i bez potrzeby – wybuchnie albo zgaśnie. W zaświaty i bogów nie wierzę, nie czczę strachu, który zwie się miłość. Zataczam się, rzucany przez byle paproch. Ćwiczę się w przebieraniu palcami. Kochać nie potrafię, żyć nie chcę. Człowieku, oszukują cię. Jesteś niczym, śmierdzącym i bezwonnym. Zaufaj nieznanym zapachom.

19.01.1982

Urzekająca kraina bezwładu pochłania mnie. Jest to pijackie oddanie, beznadziejne trwanie bez celu. Bezwład członków mego ciała rzuca na kolana cały świat schizofrenicznej wizji. Czystość znaczy bezruch. Światowe rozwiązanie żrących i kwaśnych problemów moralnych – nie ruszaj, milcz, nie rób nic, zachowasz idee. Głodówka umysłu, rozpoczęta dawno, już każe zabić instynkt samozachowawczy, unieruchomić biologiczne bodźce. Głód seksualny przerodził się w impotencję – zupełny brak onanistycznego zewu. Żołądek przestaje domagać się pokarmu. Jak dobrze, jak dobrze.

Chcę kobiet, alkoholu i szaleństwa, które trwa wiecznie (kilka chwil jeszcze). Nie. Niczego, niczego!

23.01.82 r.

Ludziom, których kochałem, kocham…niewiele już mogę ofiarować. Brzemienny goryczą i niesmakiem, potrafię już tylko dawać innym beznadzieję, wątpliwość, widmo zagłady. Krzysztofie, wierzę, że wystawisz tych plwaczy i wątpliwców na ich niebotyczne, cholerne zgłupienie. Adamie – oddaję ci skrawek swego serca, pamiętaj, ateusz szanuje wiarę bez granic, tę ufność szlachetną. Ignac – Twoje słowa, gesty, kłamstewka w dobrej wierze, niezręczności, żale i namiętne miłości, Ty cały – wiedz, że Cię kochałem jak brata. Och, moje kobietki, dziewuszki, pieścił i mamiłbym was wciąż. Lecz tylko jednej zawsze chciałem oddać się – nie było można. Kochana D.

Mamusiu – kocham Cię moją nieporadną, kującą miłością.

Beatko, najlepsza moja Siostrzyczko kochana.

Tato – kochaj łaskawiej.

Umieram.

26.01.82 r.

Cieszę się, że żyję. Są wokół mnie ludzie i sprawy, wśród których i dla których żyć warto. Nie wiem, komu dziękować. Nie umieram, lecz wracam. Oby na długo.

30.01.82 r.

Rzucałem dziś kamieniami. Uciekałem, wrzeszczałem i robiłem jeszcze wiele innych rzeczy w dzikim zapamiętaniu. Jeśli tak ma wyglądać rewolucja, to nie zgadzam się na nią. Pójdę jednak w pierwszym szeregu, tylko po to, żeby mnie wkrótce nie było.

W chwilę później

Co człowiek powinien robić, gdy nie wie po co żyć? Jaka szkoda, że to biurko tak długo się trzyma. Życie moje, kiedy wreszcie uwolnisz się ode mnie?

7.02.82 r.

Szukam właściwego wyjścia z tego koszmaru. Coraz słabszy promyk nadziei. Zmęczony mózg wije się, trapią go wyrzuty sumienia i nienawiść. Myśl o wyjściu OSTATECZNYM musi zostać zniszczona – wydaję sobie polecenie, błaganie. Wiesiek dostał 3 miesiące aresztu. Został złapany w idiotyczny sposób ( tak mniemam) w SOBOTĘ. Jestem tym przygnieciony – część winy leży po mojej stronie. Od grudnia nastąpiła gwałtowna radykalizacja klasy. I choć te 3 miesiące z perspektywy będą nic nie znaczącym epizodem, dziś setka ludzi rzuciła się do pomocy, by zmyć poczucie winy, zaznaczyć swą obecność.

Jeśli ktoś proponuje mi sensowny obraz świata, próbuję uwierzyć, ale kiepsko mi to idzie. Jeśli życie zacznie spełniać swe srogie, szaleńcze zamiary, człowiek przestanie wierzyć w cokolwiek. A ten, który uwierzy w coś takiego jak dobroć, Boga, uznany będzie wariatem, i będzie się go szczelnie izolować za jego ignorancję. Świat musi uznać oficjalnie swój cel, przyznać się do zbrodni i sankcjonować jej poczytalność. Niech to będzie ostatni gest prawdy.

Trwamy dalej, ludzie – skazańcy.

Zostało kilka kroków

obrzydliwego marszu. I koniec.

7.02.82 r.

Dziwię się swojemu ciału, że jest takie stałe, ruchliwe, żyjące. Zastanawiam się, jakby to było, gdyby myśli mogły barwić nasze tkanki barwami o przysłowiowych znaczeniach – od bieli do czerni. Ale nie dzieje się tak. Ciało zachowuje swą statyczność, majestat POZORU. Najohydniejsze wątpliwości nie przebijają cielesnej powłoki. Jaka szkoda! Może by barwnik przemienił się w żrący kwas H2SO4, a wtedy… +. W człowieku powinien być zainstalowany licznik zohydzenia – przekroczenie limitu niszczyłoby człowieka w sposób bezwzględny.

A teraz coś dla ciebie – M. Chciałbym cię ukochać serdecznie. Patrzeć oczyma błyszczącymi, zamazanymi i nic więcej. W myślach moich masz wizerunek swój. Jest czysty, jak słodki ale twardy landrynek. Jaka jesteś? Taka, jaką chcę cię widzieć. Maleństwo, które jak tylko ktoś zobaczy bierze w swą opiekę. Kochana Mariczko, słodka dzieweczko, posłuchaj mnie, choć trochę. Ja chcę kochać przez chwilę, pozwól mi. Odejdę wkrótce, ale Ty pozostaniesz wypieszczona, piękniutka, ukochana. Masz oczy, które mogą kochać i … zabijać. Mnie możesz jedynie zabić. Nawet pragnę tego. Twoje małe rączki zatrzymać na mojej szyi, napinają się, kilkusekundowy wysiłek. Zrobisz to dla mnie? Ha, ha – co za idiotyzmy!

Och, jakie to życie mogłoby być normalne i chwilami dobre. Człowieku, mógłbyś wtedy choć trochę pokochać i zasnąć wyczerpany, ale gotowy na spotkanie jutrzejszych dni.

Wędrówka staje się ponurym ceremoniałem. Pogrzebem, w którym umarli opłakują żywych.

12.02.82 r.

Od kilku dni odczuwam wyraźną zmianę w moim postępowaniu. Mózg stał się władny, działa sprawnie na bezpiecznych i spokojnych tranzystorach. Jestem przeraźliwie opanowany.

24.02.82 r.

Napięcie uczuciowe między ludźmi ginie w ciszy brzemiennych goryczą dni. Wychodzimy na spotkanie z nieuświadomionym celem OMINIĘCIA. Skłonni do nienawiści, apatyczni, nieczuli. Kto winien?

Jak wygląda rzeczywistość moich dni? Wiesiek wrócił! Na pierwszy rzut oka nie zmienił się, tylko oczy jakby głębiej wlazły, a przez te oczy widać „delikatny” mrok, ból… Kochany Wiesiu – Bies nie zapomina istot, które ukochał.

Jak ciężko pisać, o tym co jest, co się dzieje, jacy ludzie chodzą dookoła. Czyżby nie warte to było?

Wiele czasu – tego „społecznego” – zajmują konflikty. Nie dość, że w środku człowiek się zżera, to wśród ludzi tworzy niepokoje. A co najzabawniejsze w tym ( dla mnie oczywiście tylko w przypływie ironicznego nastroju), gdy uspokoiła się dusza, środowisko musi „wysłuchiwać” jej wyciszonych ( z pozoru) zgrzytów. Zrobiłem pomyłkę niewybaczalną – myśl chciałem zmaterializować! A musiałem znać ów pewnik – myśl jednostki rzadko zgadza się z zachcianką większości. Chciałem bronić prawdy i rozumu, przeciwstawiono mi jedność, w której jest siła zaklęta. Lecz jedność sama w sobie jest niczym, jeśli nie służy tworzeniu, a odwrotnie – sprzyja stagnacji i konserwowaniu starego obrządku leniwej, bezpłodnej większości. Wiadomo – szkołę zżera rak, ale mimo to to chore ciało kradnie wiele czasu, może i nie tylko może, a powinno się ono bronić przeciw sztuczności i jałowemu trwaniu. Prześledziłem ewolucję mego stosunku do szkoły, okres negacji, agresję do „drugiej strony” już przeszedłem. Myśl na dziś i najbliższą przyszłość: Szkoła to haracz młodości, którym płacisz za ten etap życia. Jedyna nauka w niej zdobyta – społeczna wyżymaczka – i niczieowo bolszie.

3.03.82 r.

Po trzech dniach wróciłem do domu. Chcemy spróbować jeszcze raz. To moja druga ucieczka. Niejasność myśli i ocen nie pozwala pisać dalej – poczekam na jasny dzień.

28.03.82 r.

Od kilku dniu żyję dość dziwacznie: w umyśle chaos, a w sercu radość mam. Nie lenię się, czytam wiele. „trochę” myślę. Prawdopodobnie przechodzę jakiś kryzys. Zaćma umysłu! Nie potrafię zdobyć się na swobodną wypowiedź, a i myślę chaotycznie. Odkładam pióro. To za długo trwa!

10.04.82 r.

Kwietniowa plucha zapowiada lato. Jaki jest świat, w którym żyję? Co zrobiłem dla niego i siebie? Od 13 grudnia minęły już 4 miesiące! Czy naprawdę zatkano nam gęby, wymazano, zniszczono wszystko, co dały nam posierpniowe miesiące? Nie, nie! Ja – młody Polak nie zgadzam się z tym, co zrobiono z narodem polskim. Zawsze i wszędzie, gdy zajdzie potrzeba będę krzyczeć, protestować przeciw wszelkiego rodzaju totalitaryzmom, zbrodniom w imię ideologicznych bóstw.

Dystans „rozumienia” przeradza się w nienawiść do władzy. Drukowanie ulotek, napisy na murach są zapowiedzią terroryzmu. O ironio – terroryzm manifestujący idealizm! Co począć? Jeśli jakakolwiek walka jest zbrodnią – jak walczyć? Czy może uznać słuszność tej walki, choćby najkrwawszej i nie dbać o jej moralne powikłania? Znowu masz wybierać…

Matka z całą szczerością sądzi, że w domu jest szatan, i że to ja nim jestem. Siostra nazywa mnie zwyczajnie – oszustem, który wszystkich dookoła oszukuje, a siebie głównie. Niepokój jest stanem permanentnym. Nie wiem dokładnie, co czują oni, ale ja staję się coraz bardziej obcy, obojętny, nienawidzący, upokorzony, groźny.

13.04.82 r.

Znowu wraca „optymistyczna” myśl, myśl natarczywa – skończyć z tym przypadkowym istnieniem, którym jestem. Dlaczego tak radośnie, spokojnie myślę o własnej zagładzie? Przez jakiś miesiąc, czy dwa, odkąd poznałem Grażynę, odrzuciłem tę możliwość. Dziś, kiedy zwątpiłem, kocham obojętną twarz, która nudzi się mną, miłość zalewa gorycz niespełnienia i cóż pozostaje? Grażka – ja Ciebie kocham. Prawdopodobnie głębiej, a przez to tragiczniej, niż jakąkolwiek kobietę przedtem. Przy Tobie gardzę mą rozpaczą, niewypłakanym żalem, wreszcie sobą samym. Że nie potrafiłem, nie byłem zdolny, nie warty Twojego uczucia, oddania. Nic bardziej dla człowieka nie jest okrutne, niż próżnia wokół jego uczucia. Teraz dopiero te dni wydają mi się anielskim trwaniem, świętem. Ale to minęło i nigdy nie wróci. Och, jakiż jestem banalny. Zauważyłem, że czym bardziej kocham, tym mniej jestem sobą, albo inaczej – tym prawdziwsze stają się dla mnie wszechwładne banały. Dookoła przekonują mnie, że życie to jest życie… I każą zrozumieć. Mało tego. Stosować! Już nie starcza sił. Tonę we łzach własnej duszy.

Jestem problemem
Jestem goryczą
Jestem ateistą
Jestem przyszłym samobójcą
Człowiekiem bez…
No właśnie – kim jeszcze
jestem dla Was?

Ale jeszcze mogę wybrać.
I nie będę nikim.
Nikt mnie nie dotknie
nie zauważy, nie odczuje.

Bo człowiek ma dosyć

być wiecznym problemem,
wieczną goryczą, beznadziejnym
wizerunkiem czyichś majaczeń.

Tak – przegrywa to, co miało
być WIECZNE! A ja tak
chciałem spokoju i radosnych dni.

Muzyka, poezja
nie istnieją już dla mnie.
Nie myślę,
Nie pragnę

Dobrze, b.dobrze, odejdź proszę.

Grażko – Dlaczego?

SERGIUSZ JESIENIN

***

Bywaj, przyjacielu, do widzenia
Miły mój, jak brat byłeś dla mnie.
Ta rozłąka, wyrok przeznaczeni,
Obiecuje w przyszłości spotkanie.

Bywaj, bez uścisku rąk, bez słowa.
Rozchmurz się, żałować nie ma czego.
W życiu tym umierać – to nie nowość
A i żyć, też przecie, nic nowego.

***

Nic dla tego świata nie zrobiłem.
Przyjaciół, których zostawiam,
I którzy wierzyli mi czasem,
Proszę – nie gardźcie mną,
Grać jednak nie mogłem.
Kochałem, nienawidziłem,
Wierzyłem, płakałem…
Dziś koniec z tym.
Odchodzę bez bożej nadziei.
Nie potrzebna mi.
Nie, nie lękam się,
Jestem dziwnie spokojny.
Życie pozostawiam bez żalu.
Nie zżyłem się z nim.

16.04.82 r.

Pożegnałem się wczoraj, lecz był to próbny start.

1 maja 1982 r.

Życie dopisze resztę

W chwilach zagrożenia świat wydaje mi się lepszy. Tak pragnę wtedy żyć, obojętnie jak i gdzie. Dusza spokojna, bo wiem, że czyniłem dobrze. Łzy matki, ojca, siostry – boli, o jak to boli. Wy myślicie: „Jaki on obojętny, nieczuły, kamień.” Ale nie, wierzcie mi – musiałem. Jakiś zew, coś ode mnie i od was potężniejsze było. Pytacie – „Po co?” A ja nic już nie mówię. Jest we mnie siła prawdy, ona daje spokój i siłę człowiekowi, który uwierzył. I nie trzeba nic mówić, wykrzykiwać. Prawda jest jak bicie serce serca, które bije instynktownie, bez namysłu. Jest wieczna, póki żyje człowiek. Umrze wraz z nami, niepotrzebna nikomu.

Teraz, chyba po raz pierwszy dotknąłem księgi sensu życia. Nie otworzyłem jej. Bez pytania, bez wątpliwości, bez wiedzy otrzymałem nadzieję.

3 maja – 18 września 1982

WIĘZIENIE

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code