Świadectwa

Pomiędzy trwogą a nadzieją młodości

Pomiędzy trwogą a nadzieją

Andrzej Miszk

„Tylko dusza już zabita przez prawdziwy kontakt z Bogiem (nawet gdyby, przez błąd językowy, dany człowiek uważał się za ateistę) może skoncentrować uwagę na nieszczęściu.”

„Pisze się tak, jak się rodzi; nie można się powstrzymać od największego wysiłku. Ale skutek jest ten sam. Nie potrzebuję bać się tego, że nie będzie to maksymalny wysiłek. Trzeba spełnić tylko jeden warunek: nie kłamać sobie i nie ustawać w uwadze.”

/Simone Weil „Świadomość nadprzyrodzona”/

Spacerowałem w nocnej ulewie szukając smaku obojętności doskonałej. Wróciwszy pozazdrościłem kotu jego nie-ludzkości, sztuce egzystencji bez wspomnień, bez myśli o tym, że istnieje jutro. Pozazdrościłem wszystkiemu, co tylko jest. Myślałem o swoim życiu, pogodnie licząc dni, których przeżyć po raz wtóry nie będę musiał, w ich niebycie dostrzegłem nadzieję jutra.

Poniższe zapiski odsłaniają duchowo-psychiczny krajobraz poszukiwań młodego agnostyka. Niektóre fragmenty pisał już konwertyta. Tym co wydaje mi się w nich interesujące jest zapis różnych sytuacji granicznych umożliwiających jakieś głębsze wglądy. Ludzka wolność rozgrywa się tutaj w jakiejś mgle, prawdziwe są tylko mocne, zwykle bolesne doświadczenia, które upewniają w istnieniu. Opracowywałem te zapiski na użytek mojego licencjatu o filozofii Heidegger, w którym zajmowałem się m.in. doświadczeniem trwogi, śmierci, zła. Wybór materiału i śródtytuły noszą ślad tych poszukiwań.

Doświadczenie wewnętrznego „rozszerzenia” w miłości bez Boga

Myślę, że gdybyś przestała mnie kochać w tej chwili pragnąłbym tylko śmierci.

Po fatalnej nocy, niewiele lepszym dniu, Twoje Istnienie pozostaje jedynym, ostatnim argumentem na rzecz życia. Gdybym teraz miał wybierać między Bogiem a Tobą wybrałbym Ciebie. Straszliwe bluźnierstwo, podszept Szatana. Twoją miłość czuję bardziej niż miłość Boga. Z miłości do Ciebie przybywa mi sił, myśl o Nim powiększa obszar pustki i przerażenia. Zdumiewające jest jak piękne istoty wybiera szatan, by nas kusić, przerażające, z jaką łatwością poddajemy się (L, 2-3).

Ta część Ciebie, odporna na wołanie miłości, a być może, jak piszesz, zajęta przez Boga, jest ważniejsza dla Ciebie, tak myślę, niż jakikolwiek człowiek. Przeraża Cię i fascynuje ta wielka siła zobojętnienia, gdy docierasz do swej własnej granicy. Zaczynasz ją czcić, więcej niż miłość, jako źródło, znacznie potężniejszych metafizycznych doznań (L, 11).

Milczenie Boga i milczenie o Bogu

Żyjemy w epoce, gdzie wiarę zdobywa się za cenę milczenia o Jego obecności. Od jakiegoś czasu, nie wiem skąd to we mnie, staram się, nawet w myślach, nie wypowiadać Jego imienia. Instynktowna asceza, obawa przed używaniem ważnych słów, dopóki nie znajdę dla nich najbardziej osobistej treści (L, 23).

Dlaczego poczułem r a d o ś ć , gdy mi powiedziała, że przestała już szukać Boga? Czyżby była to radość ze śmierci konkurenta? Zadość stało się mojej zazdrości o jednego z tych, o których pamięta, do których się modli? I to jak ważnego! Boga!

Myślę majakami. Niespodziane wyrwanie ze snu, tym bardziej z pół-snu jest wprost dramatyczne. Czuję jakbym tracił wielką szansę na wielkie majaki (D, 156).

Czy jest możliwe, żeby Twoja Siła słabła? Twoja Miłość poddawana była procesowi kruszenia? (…) Myślałem o śmierci. Ciekawe, dlaczego człowiek myśli o śmierci. To Ciebie bardzo oskarża. Choć nie wiem czy potrzebnie. Może t a m. jest lepiej. Tam, to znaczy gdzie? (D, 171)

Nawet, jeśli Bóg milczy, i za Jego pozwoleniem idziemy, a raczej wleczemy swe życie w nicość, musi być w nas coś z Jego Majestatu, musimy to dowlec (D, 178).

Pomału dociera do mnie: „Trzeba wierzyć w Boga tak, jakby Jego nie było.” A może „Trzeba żyć tak, jakby Bóg nie istniał”? Chrystus rzadko mówił o sobie, że jest Mesjaszem – oprócz św. Jana – jakby nie chciał przesłonić Królestwa Niebieskiego. Dopóki myślimy, że Bóg istnieje, a nasze myślenie o nim dalekie jest od doskonałości, łatwo wpadamy w pułapkę złudzeń, sztucznej jasności i energii z trzeciorzędnych źródeł. Gdy już żadna myśl i żadne słowo o Bogu nie zadawala nas, możemy już tylko całym sobą nasłuchiwać. Czego? Ciszy, która jest ciszą dla zmysłów, dla rozumu, i dać się prowadzić… Wszystko, co robię jest poniżej tego, co wiem, a to co wiem przychodzi wówczas, gdy nic nie robię, unieruchomiony, powalony przez Ciebie.

W jasnej, prawdziwej myśli, przechowane zostają cząstki energii, dźwigające nas, gdy nie ma w nas…Nie wiem, jak to nazwać. Gdy nie ma w nas już sił, by „wytwarzać” prawdy, to co najprawdziwsze staje przed nami (D, 268-269).

Dobro zbyt dalekie

Zaakceptować siebie w sprzecznościach. Nie szukać zgody między nimi. Nie dane ci jest odnajdywać sens we wszystkim, co robisz, myślisz i czujesz. Lepiej dbaj o styl, żeby był na poziomie. Nie będziesz święty, nie dlatego, że jesteś zły – moralnie jesteś przeciętny, a dlatego, że nigdy nie wierzyłeś i nie będziesz wierzył w Dobro. I nie chodzi tu i zwykłe wątpliwości, lecz o radykalną wątpliwość, czy będąc dobrym ujawnisz prawdę o człowieku, czy w ogóle ją poznasz.

Zawsze byłeś wyczulony na własną prawdę wewnętrzną, a ta obchodzi się bez zewnętrznych absolutów, bez Boga wreszcie. Źródła inspiracji szukałeś w sobie, poza sobą – rzadko. I tego się trzymaj. Moralność? Tę zwyczajną, ludzką, masz – zbrodni wielkich nie popełnisz. Pamiętaj o godności osobistej, a z miłości do siebie ustrzeżesz się głupstw. Jeśli czujesz, że twoim powołaniem jest tworzenie – twórz. W tworzeniu szukaj doskonałości (D, 157)

Żyję w samotności. Unikam ludzi, bo nie ma we mnie żadnego przesłania – przepustki do ludzkiej wspólnoty. Najpiękniejszym przesłaniem byłaby miłość. Nie ma jej we mnie. Ze strachu. Żeby kochać ludzi, trzeba zgodzić się być słabym, a co gorsze – śmiesznym w ich oczach. Trzeba wyrzec się siły, którą czerpiemy z bestii społecznej. Zgodzić się na dobro, które nie byłoby zarazem siłą. To jedna możliwość. Druga wynika z niewiary w „prawdę pozytywną”, w to, że świat jest dobry, w sens moralny ludzkich poczynań, więcej – ludzkiego istnienia (D, 166).

Dlaczego nie przychodzi mi do głowy myśl, żeby być po prostu dobrym? Bo naraża mnie na kontakt z ludźmi, z k a ż d y m. Zobowiązuje do samozatraty (D, 182).

Złuda wyzwolenia od grzechu i winy

Hiob mógł rozpaczać i miało to sens, nawet na dnie swej boleści wierzył Bogu, ja – człowiek współczesny wiem, że na dnie jest Nic. I mam dwie drogi wyboru: albo przyjąć to nic jako swoją rzeczywistość albo rozpoznać przyczyny przemiany Hiobowego dna w moje i postarać się zrobić z tego jakiś duchowy użytek. Przyjąć to, co się stało z człowiekiem, a sytuacja jest podła, za punkt wyjścia, wyzwanie, nie uchylając się rzeczywistości, nie uciekać w pozory.

Jeśli człowiek obecnie pozwala sobie na wiele, zawdzięcza to w dużej mierze błyskotliwym diagnozom współczesnych znachorów, które różniąc się niekiedy znacznie w jednym są podobne: wyzwalają go z poczucia winy i grzechu, i mówiąc – wszystko jest dozwolone i masz bać się głodu (to dla biednych) lub ośmieszenia (dla bogatszych), żerują na ubóstwie naszej wyobraźni, która naszą nędzę – w dużej mierze rzeczywistą – jak najoczywiściej dotykalną, każe uznawać za naszą „duszę” i głębię (L, 25).

Jestem tak samo winny jak inni, a może bardziej, i nie wiem jak się do tego przyznać.

Utraciłem wzrok i zacząłem widzieć (D, 181).

Zew sumienia. Zamilkły głos

W chwilach zagrożenia świat wydaje mi się lepszy. Tak pragnę wtedy żyć, obojętnie jak i gdzie. Dusza spokojna, bo wiem, że czyniłem dobrze. Łzy matki, ojca, siostry – boli, o jak to boli. Wy myślicie: „Jaki on obojętny, nieczuły, kamień.” Ale nie, wierzcie mi – musiałem. Jakiś zew, coś ode mnie i od was potężniejsze było. Pycie – „Po co?” A ja nic już nie mówię. Jest we mnie siła prawdy, ona daje spokój i siłę człowiekowi, który uwierzył. I nie trzeba nic mówić, wykrzykiwać. Prawda jest jak bicie serce serca, które bije instynktownie, bez namysłu. Jest wieczna, póki żyje człowiek. Umrze wraz z nami, niepotrzebna nikomu.

Teraz, chyba po raz pierwszy dotknąłem księgi sensu życia. Nie otworzyłem jej. Bez pytania, bez wątpliwości, bez wiedzy otrzymałem nadzieję (D, 23).

Przebywam wśród myśli „ostatniego słowa”. Wielkość, bezradność i …brak odpowiedzi. Szanuję ten różnorodny wysiłek ludzkiej myśli, ale jeśli to tylko kolejna pułapka, Jedna z Wielkich Plag – mądra wielomówność. Ludzka mądrość bez nadziei odpowiedzi. Jest coś zniewalającego w Tym Milczeniu. Coś w rodzaju: „Skończycie gadać, czyli umrzecie, i wtedy przekonacie się, jak to naprawdę jest.” (D, 178)

Być może siła człowieka rodzi się i wzrasta z obrony czegoś kruchego – wiersza, niemowlęcia, jednej myśli, której nikt nie rozumie. Czym bardziej kruche jest to, co chcemy ocalić, czym bardziej niewidoczne i nieuzasadnione, tym większej potrzebujemy wytrwałości.

Nie wiem już, co lepsze – wrzask miliona informacji czy ogrom milczenia, ogłuszającego. Żyję na progu ciszy, prawie absolutnej. Dziwne wrażenie – Nieskończoność milczy. Dźwięki, słowa, myśli toną w ciszy. Brak echa. Echa. Echa. Ha, haa. (D, 183).

Odpychająca świadomość grzechu

Dzisiaj wiem, choć nigdy wcześniej nie uświadamiałem sobie tego w pełni, że myśląc o człowieku przyjmowałem jako oczywiste, iż jest on z natury raczej dobry niż zły. Dotyczyło to tzw. człowieka w ogóle, a więc każdego, mnie również. Przełom, który we mnie nastąpił – jeśli przyjmiemy oczywiście, że istnieje coś takiego jak „natura człowieka” i może być ona zła lub dobra, i rozważanie o tym jest sensowne, a konsekwencje przyjętych wniosków olbrzymie – każe mi przyznać, na zasadzie narzucającej się oczywistości, że to, co przez całe swoje życie myślałem o człowieku, prawdą nie jest. Przyznaję, że poza konstatację, naszkicowanie problemu, nie wyszedłem dalej. Lękam się tego sam na sam z problematyką (jakiż eufemizm!) Zła i Grzechu. I przypuszczam dlaczego- rzetelna refleksja nad Złem czyni twoją wolność śmieszną i faktycznie drugorzędną. Ustawia cię w pozycji klęczącej, a twoją wolność każe postrzegać przez pryzmat Grzechu, co nie jest sytuacją wygodną ani przyjemną. Alternatywność „wolnego wyboru” staje się złudna a radości wolnościowej pychy odjęte. Powtórzę jeszcze raz: lękam się refleksji nad Grzechem, bo stawia mnie to, wcześniej czy później przed obliczem Boga na J e g o warunkach, a więc w sytuacji rzeczywistej powagi, co dla człowieka współczesnego, jakim jestem, jest nie do zniesienia (L, 24-25).

„Się” i śmierć

Żyć się nie chce,
A żyć przecie trzeba.
Pijmy więc,
Panowie i panie,
Za miłość – bo jest
I życie bez-miłości – bo także jest,
Za Polskę – bo przecież jest
I za nas – bo jeszcze jesteśmy.

Pijmy, pijmy wciąż
Za faktyczność tego, co jest.
Niech nie-picie będzie czekaniem tylko,
Niech picie będzie życiem.
Niech życie będzie piciem.
By się zapomniało,
By boleć przestało.

I się piło,
I się żyło,
I się umierało.

Umarł Krzysiu. Popełnił samobójstwo, po wyjściu od nas, we wtorek wieczorem (…) (D, 68-69).

Do dziś nie myślałem w więzieniu o śmierci. Można nie chcieć żyć nie pomyślawszy (w ogóle) nigdy o śmierci. Można tak mocno chcieć żyć, że jedynym sensownym wyjściem jest wówczas umrzeć.

Śmierć nie jest jeszcze poważna, mogę nią „władać”. Nie zagraża mi, mogę czuć się swobodnie, obcując z nią duchowo. Sytuacja zmieni się na pewno, gdy śmierć zacznie b y w a ć naprawdę (D, 97).

Samotność jest wyzwaniem rzuconym samemu sobie na przekór światu, ludziom, słabości. Służy samowiedzy, gorzkiej, nie radosnej. Zanika poczucie własnej wartości – brak ludzkich spojrzeń. Dusi mnie męczące pragnienie ucieczki od siebie, w ludzi, albo w śmierć. I jedno i drugie byłoby przegraną. Czym jest prawda, dla której warto znosić tę próbę? Świadomością, że każdy mój wysiłek, praca, działanie jest ułomna i oszukańcza. Że we wszystkim, co robię nie ma szans na zbawienie, inaczej – dosięgnięcie absolutu. Że nic z tego, co zwykle człowiek robi nie zapośredniczy mnie w transcendencji, w Bogu. Że energię, impuls dla tych działań czerpię ze źródeł zatrutych przez bestię społeczną. Z pobudek, które uniemożliwiają jakąkolwiek transcendencję. Co wówczas pozostaje? Tylko śmierć. Śmierć, jako ostateczna konsekwencja życia. Życie jest mniej pewne od śmierci, skompromitowane, niedokończone. Człowiek został przeklęty i od kiedy istnieje ucieka, tworząc fałszywe uzasadnienia. Bo czym można uzasadnić nasz bełkot, gonitwę za pieniądzem… Strach przed śmiercią czyni z nas oszustów i tchórzy. (D, 165)

Większość życia przepływa nam na uciekaniu przed pustką i nicością życia. Ten strach uniemożliwia nam często rozróżnić prawdę od fikcji, od fałszu. Chwytamy się tego, co jest pod ręką – każdej idei, światopoglądu, działania, religii, byle nie cierpieć. Zwłaszcza, jeżeli jest to cierpienie bez jasnej przyczyny, ból samego istnienia. (D, 166)

Byty tylko obecne

Spacerowałem w nocnej ulewie szukając smaku obojętności doskonałej. Wróciwszy pozazdrościłem kotu jego nie-ludzkości, sztuce egzystencji bez wspomnień, bez myśli o tym, że istnieje jutro. Pozazdrościłem wszystkiemu, co tylko jest. Myślałem o swoim życiu, pogodnie licząc dni, których przeżyć po raz wtóry nie będę musiał, w ich niebycie dostrzegłem nadzieję jutra
(L, 13).

Życie traktowane jako obecne i poręczne

„Prawda jest niejadalna.” [Celine] Człowiek upierający się przy prawdzie zostaje wyrzucony na margines. Ludzie chcą wówczas, żeby nie przeszkadzał i zdechł z dala od ich oczu.

Udajemy, że życie ma jakąś konstrukcję. Łatwiej jest, gdy tzw. konieczności życiowe ujawniają twardość, chropowatość, ciężar wreszcie ich materii. Wówczas wrażenie jej konieczności przekonuje nas o tym, że JEST. A nie ma nic na czym można by oprzeć ludzkie łaknienie sensu i ładu. I jak z tą prawdą w głowie można być uczestnikiem wspólnoty? Tędy tylko wspólna droga w seks, picie, narkotyki. Żeby tylko przeżyć. (D, 163)

Powtórzenie i złudzenie czasu

Nasze życie nie jest kołem absurdu. Punkt wyjścia jest punktem dojścia. Punkt zatacza koło? Linia tworzy koło? Kto nie widzi sensu powrotu do punktu wyjścia, komu kolista linia-punkt jawi się jako fatalistyczny absurd, ten nie wie czym jest on sam i czym jest Bóg. Wszyscy zataczamy koło, nieliczni doznają szczęścia powrotu.

Nie ma kół absurdalnych, istnieją tylko ślepi tworzyciele absurdów (D, 61).

Lęk, trwoga i Nic

Wyrosłem z lat tych pierwszych
Teraz stoję obłąkany staniem
Czas nie ujarzmia życia
Pozwala wspinać się wysoko
by ujrzeć
ogrom przepastny dwóch światów
Dopiero wówczas korzy się
człowiek prawdziwie
i lęk jego
przeraża samego Boga
(D, 13-14)

(…) mam dzisiaj, na wczoraj i na jutro jedno pragnienie: chcę być n i k i m . Nie istnieć. I boję się, że tego nie wytrzymam (L, 3).

Pamiętaj, że jest się niczym. Momentem wieczności (D, 183)

Myślę o śmierci. Życie przejmuje mnie trwogą. Tracę grunt. Czy w ogóle można mówić o jakimkolwiek gruncie? Chyba nie. Stanowczo nie (D, 30).

Ból głowy. Bezsenność. Szamotanina w brudnej pościeli. Palony niedopałek, wyciągnięty z kosza. Niemożność. Śmierć. Więzienie. Dystans łagodzi ostrość, zabija prawdę. Życie bez spoiwa sensu. W półśnie zapisuję chwilę prawdy. Myślałem, że już nigdy nie będę musiał, że nigdy nie poczuję. „Strach życia, większy nawet aniżeli śmierci…” – jedyne, co na pewno pamiętam z Miłosza. Ta cykliczność przeraża. Sen, błogosławiony sen. Czym jestem? Sprzecznością niemożliwego. Modlitwa – Bóg byłby tylko pretekstem. Tak nie można, nawet, gdy się nie wierzy. Odejść od siebie. Katastrofizm. Jestem adekwatnością świata. Czekam końca. Nadmiar rzeczy nierozwiązanych, nie zakończonych (D, 144).

Nocą

Nic.

Po chwili.

Powraca ciemność. Nie majestatyczna. Pusta, spocona, leniwa. Po cóż te powtórki? Tyle ich już było. Czuję, jakbym przeżył już wszystko (D, 151).

Rozpadam się na okruszynki.

Mogę zrobić wszystko.

To już nie rozpad wartości, o którym krzyczał Nietzsche. Rozpada się świat. Związki miedzy ludźmi, rozpada się j a .

Nie ma już miłości, nienawiści, etc., żadnych uczuć, stosunków, które można by jakoś nazwać. Jest rozproszenie i notoryczna przypadkowość. To gorsze niż nic, niż pustka (D, 159).

Zostajesz sam. Od świata, jego klęsk i powabów oddziela cię mgła nudy. Nie spodziewasz się, by spoza ciebie przyszła „ważność” i udzieliła ci swych łask. Jesteś sam i nie wiesz, co ze sobą począć. Sam ze sobą. Groźne, niszczące, jałowe, nudne. Zawiesiłeś realność i ważność wszystkiego, co nie jest tobą. I co? Nic. Chcesz wrócić do świata, by przetrwać, by w nim odbić siebie, odszukać w rozproszeniu, w realności szczegółu. Ale wtedy odchodzisz od siebie, od nędzy, jaką ujrzałeś. Nie, to nie może być prawdą!

Nie musisz cierpieć. Twoja osobista nędza nie różni się od nędzy świata. Ty mogłeś się zatrzymać. Świat nie.

Pozbyłeś się pozorów swego istnienia w nadziei ujrzenia prawdy. I co ujrzałeś? Cień człowieka. Bezbrzeżny.

Żadne wizje nie towarzyszą spojrzeniu.

Wierzysz jeszcze, że doświadczenie siebie-z-sobą stanie się wartością (D, 160-161).

Jestem pusty. Rozdygotany. Prawdy wykoncypowane, ba, prawdy przeżyte, całe moje myślenie, nie daje mi żadnego oparcia. Zniszczenie niemożliwego jest niemożliwe (D, 168).

Rozpad świata tak zupełny, że nie znajduj rzeczy pod słowami (sic!). Każde słowo dowolne, skazane na zamienność. I myśląc o istnieniu, nie wiedziałem, co ono oznacza, co dla niego ważne? (D, 176).

Po cóż prawda, z którą żyć się nie da?

Po cóż życie?

Myślenie wydaje mi się zdradą bólu. Trumną dla jeszcze-żyjącego. Ból j e s t pomimo kultury, natury, Boga. Myśl oswaja ból, otula kołdrą pojęć. Traci on wówczas swą intensywność, znamię istnienia. Miast swej jedyności, staje się kolejnym opisem. Gdybym miał zaufanie do myśli, że mnie nie oszuka. Ból jest niemy, samotny, ba, idiotyczny. I gdy już nie możesz wytrzymać głupiej sytuacji bólu – niemej prawdy, uciekasz w dialog, tę modną formę „kulturalnej waloryzacji istnienia” (D, 178).

Ciało bez-bolesne, zbyt bolesne, nie-moje.

Słowa niewprawnie obejmują skrawki bólu. A on niemowa tańcuje z lękiem powolny morderca.

Czas. Ławice ryb lub piasku.

(D, 228)

Powinienem umrzeć, ale nie w mojej mocy moja własna śmierć. W milczeniu, trwodze, wysiłku uczyć się czekania i czekać. „Trudzić się na próżno”. Tak, tylko tak. Sekret jest prosty i straszliwy. „Wszystko marność.” Wszystko, co jest mną, tylko mną i jeszcze mną – nie istnieje naprawdę. Czy ma prawo istnieć życie tak pogrążone w niebycie i kłamstwie jak moje? Bezużyteczne, zmiażdżone. Każda z moich własnych odpowiedzi jest nieodpowiednia, fałszywa. Kłamię ilekroć mówię. Jest taki moment w doświadczeniu swej własnej nicości, gdy milknie rozum, uczucia, nawet zmysły. Gdy n i c staje się imieniem c z e g o ś . Prawda o tym przestaje wówczas nawet przerażać. N i c odnajduje siebie, swoją nicość. Jest to prosty akt doświadczenia własnego niebytu. Czy to możliwe, czy tylko roję sobie? Gdybym to wiedział! Co robimy z tym doświadczeniem potem? Zwykle zapominamy, wydaje się ono tak n i e1r e a l n e , niemożliwe.

Bo jakże coś może być niczym?

Nie potrafię dziś rozświetlić tego bardziej (D, 265).

Cały czas: nie to, nie to…Strzępy słów, strzępy chwil nie-ocalonych. Gdy nie pytam o sens czas biegnie poza-świadomością-sensu. Gdy pytam o sens – czas drwi sobie. Jak skąpiec przebieram wśród skarbczyka monet. W opętaniu. Nie obejmuję. Ze wstrętem odrzucam wszystko co-tylko-moje i co zawsze jest niedoskonałe. Tysiące godzin myślenia spełnianych na próżno. Być może tylko po to, by wyczerpać, znużyć wolę. Ciemna niematerialna ściana wokół. Zmęczenie. Jasno widzę tylko własną nędzę. Mam w pamięci tak wiele mądrych wskazówek. Dziwnie bezużytecznych. Każda formuła wydaje się pułapką błędu, potrzaskiem kłamstwa. Tak jakby tylko ta myśl była godna pomyślenia, której odpowiada całość mnie i nie-mnie. Utrzymać to wszystko, czego w określonej chwili nie mogę jednocześnie rozświetlić świadomością – uprzytomnić sobie na styku z tą jedną możliwą myślą, która wiedzą nigdy się nie wydaje. Prawie nigdy? Zbyt wiele n a r a z pragnę? Ale cóż warte myślenie, które za cel nie stawia sobie „objęcia” wszystkiego, co wcześniej pojawiło się w świadomości? Gorzko. Zapisuję brzydotę tego procesu, bo i t a k jest. Tak jest najczęściej. Po omacku iść donikąd. Tylko mistycy mają prawo mówić. Cała reszta to bełkot. Jestem bełkotliwym głupcem (D, 269).

Czas i nic

Wiele myślałem ostatnio o czasie. Wiem, że jest on ułudą, najtrwalszym złudzeniem człowieka, błędem naszej percepcji i źródłem cierpienia. Gdybym doświadczył nie-istnienia czasu, zapomniał o nim, osiągnąłbym wówczas stan podobny nirwanie. (…) doświadczyłem czasu jako czegoś powtarzającego się w kółko, a nie przynoszącego niczego. Ludzka nadzieja, tak powszechna, oparta na czasie przyszłym, tak naprawdę nie prowadzi donikąd. Czas jest tylko kategorią poznania, nie zaś elementem, częścią bytu. Doświadczyć czasu nie przynoszącego niczego (L, 17-18).

Wolność ku śmierci

Zrozumiałem, że jestem zdolny do każdego czynu. I nie chroni mnie nic. Nie chcę już oglądać swej nędzy. „Wszystko jest możliwe” przestało być wyborem człowieka, wyzwaniem rzuconym Bogu: jeśli Go nie ma „wszystko jest możliwe” – tutaj najczęściej myślimy o zbrodni, lubimy ją za jej ciężar oślepiający – nie wiedzieć dalej, poza nią. Myśl o zbrodni oślepia. „Wszystko jest możliwe” nasza, na pewno moja rzeczywistość. Ratuje mnie tylko, że jestem nędznym wśród nędznych, wyodrębnia wiedza o tym.

Jeśli Boga nie ma prawda może być tylko moralna, czyli ludzka. Ja wierzę, Bóg jest, lecz tutaj na świecie prawie Go nie ma. Poznałem siłę nihilizmu, nawet nie godząc się. Nie jest to powód do dumy. Prawda moralna to klęska, ludzie się mylą, a w kupie są silni (D, 181).

A przecież pragnienie śmierci – czym jest? Pragnieniem przekroczenia, wyjścia poza ten rodzaj bytowania, którego nie możemy znieść. Pragnienie śmierci jest ostatnim zawołaniem pragnienia miłości. Pragnienie miłości jest w zasadzie naszym jedynym pragnieniem (D, 256-257).

Śmierć i piekło

Nie czuje strachu przed potępieniem wiecznym, tak zresztą jak nie czuję radości na myśl o zbawieniu (D, 180).

Kilka dni temu, po raz pierwszy, myśląc o śmierci, przeraziłem się piekła. Po raz pierwszy piekło wydało mi się realną możliwością, miejscem cierpień 100-kroć straszliwszych niż najgorsze życie tutaj, na ziemi. I jeśli dotąd życie t a m jawiło mi się jako byt pełniejszy, nie był on jednak wewnętrznie zróżnicowany. Teraz wiem, że i t a m wieczność jest różna (L, 12).

Śmierć i świat

Dla nas świat już się skończył. W chwili śmierci człowiek jednoczy się ze światem. Świat umiera razem z nim. Jeśli nie ma Boga – jedynego świadka tego, co będzie, niechaj mojej śmierci towarzyszy śmierć wszystkich (D, 55).

Śmierć i życie

Dziś pragnienie życia przerasta jego możliwości. Domagam się (sic!) życia ponad jego miarę. Śmierć nie jest granicą, nie stanowi miary życia. Być może jest ona przepaścią, lecz to tylko przepaść ż y c i a !

Chcę umrzeć. I nie wiem dlaczego. Chcę umrzeć tak, jak chcę żyć. Granica nie istnieje, stworzyło ją tylko nasze umysłowe ograniczenie. Granica między życiem a śmiercią jest granicą poznania, a nie istnienia (D, 59).

Dlaczego wybieram życie? Wybieram każdego dnia za tą samą niepewnością. Nie niepewnością tego, co przyniesie, lecz niepewnością tego, czy dobrze wybrałem. Wiem przecież, że tak, jak ja wybieram życie, tak wieczność wybrała mnie. Wybrała, bym mógł wybierać. Wybrała, bym mógł żyć i mógł przestać żyć. Wybór nie-życia, tj. Życia w wieczności wydaje się radykalnym wtargnięciem w nieograniczoność i nieskończoność. Śmierć, być może, daje mi tę możliwość. Odrzucając wszelki moralny aspekt wyboru samozagłady, w imię czego chcieć jej? Czy jest to wybór nowej formy, nowej estetyki? Czy można aż tak nie chcieć żyć, i sprowadzić życie tylko do f o r m. y ? Estetyka w miejsce etyki. Sprowadzić życie do formy – znaczy zostawić mu samo pojęcie życia, pojęcie – formę. Niemożność jednoczesnego odebrania wszystkich wrażeń życia, jako całości czyni je tworem pozapojęciowym, czymś nieodtwarzalnym w naszej pracy umysłu. To może budzić rozpacz. Reakcja serca – uczuć na niewydolność intelektu.

Czym bardziej próbuję objąć to wszystko, co odczuwam, czego doświadczam jako życia- ono samo wymyka się. Bo jeśli ból nie jest konkretny, jeśli boli samo życie muszę w końcu wiedzieć, czym ono jest (D, 66).

Śmierć i prawda

Żyję w kłamstwie. Gdybym miał dziś, od tej chwili, zrezygnować z każdego swego kłamstwa – czy jest to możliwe? – boję się, że nie miałbym co jeść, gdzie spać. S. Weil ma rację pisząc, że „zgoda na prawdę jest zgodą na śmierć”. A precyzyjniej: na ryzyko śmierci (D, 229).

Wybaczyć Bogu śmierć i życie ex nihilo

Żyję w stanie tłumionej rozpaczy. Czy warto o tym pisać? Świadomość, że przychodzi dzień, gdy na nowo – jak przed laty – znajduję się na krawędzi rozpadu, błagalnego szeptu: „Nie chcę żyć”, świadomość kruchości, nietrwałości własnych dobrych postanowień – ta świadomość zdaje się podważać sens wszelkich naszych wysiłków. Przerwany, zdruzgotany sens dobrego wyboru, natchnionego i czerpiącego swą moc z wielkiej, miłosiernej Przyjaźni. Koniec. Może nie ostateczny. Ale jak każdy „koniec” i ten stawia nas przed „Końcem” ostatecznym, ma coś z jego grozy. Tak, wiem, że jeśli nie stanie się coś czego nie potrafię nazwać, czego lękam się, nie udźwignę kolejnych dni i nocy. Świadomie staram się nie pamiętać, że Istniejesz, by ujawnić moją ludzką rzeczywistość naszych braterskich doświadczeń: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?” I wiesz dlaczego to robię? (Oczywiście wiem, że Ty wiesz wszystko.) Żeby odnaleźć siebie w prawdzie, tak jakby Ciebie nigdy nie było i nie miało być. Żeby ujawnić dzięki światłu ludzkiego rozumu choć część prawdy o grzechu nieistnienia, żeby odnaleźć moje ludzkie przyzwolenie na to, że zostałem stworzony z nicości. Biorę Cię w nawias, by odszukać w sobie zgodę na swą ludzką stworzoność. Od pewnego czasu jestem chory. Nic wielkiego – zwykłe nadciśnienie 200/120. Czuję jak krew uciska mi mózg, jak arteriami ciała przeciska się śmierć. Wiem, że jestem śmiertelny i znasz mój lęk. Owszem, przypuszczam, że to iż powstałem z nicości jest tylko poślednią częścią prawdy o moim byciu. A w świetle pełnej prawdy, ta cząstkowa prawda chyba jest fałszem. Powstałem, jestem z Twojej miłości. A Twoja miłość to coś więcej niż prosta, choć tajemnicza „nicość”. Być może z powodu własnej nikczemności, częściej doświadczam tego początku i jego konsekwencji jako nicości. Przez wiele lat trwałem w mniej lub bardziej stanowczym „Nie” wobec tak lichego początku. Stworzyłeś mnie z miłości, bo jesteś Nią, i gwarantem tej miłości uczyniłeś samego siebie w swym Synu. Dlaczego więc nie mogę Ci przebaczyć? Bo chyba i tak jest. Wiem, że to głupie i niegodziwe, ale nie znajduję innego wyjaśnienia dla moich upadków, dla mojego uporczywego „Nie”. Nie mogę Ci wybaczyć, bo kochasz mnie za mało, choć jednocześnie wiem, że kochasz mnie miłością bezgraniczną. Nie mogę znieść własnej nicości i zła. Dlaczego? Ledwie powstrzymuję się przed płaczem, to tak jakbym uciekał przed Tobą. W głupim egoizmie chcę zachować coś własnego, swoją głupią wolność przyzwyczajoną do niewdzięczności i zła. Oto moja ohyda. Bo wolę pisać o swoim braku przebaczenia, niż doświadczać Twego miłosierdzia. Dlaczego? Czyżby to była szatańska chęć bycia bogiem? Pewnie tak. Nie mogę Ci wybaczyć, że Ty jesteś Bogiem prawdziwym. Dla jakiej racji, co może we mnie spowodować, bym nie pragnął być bogiem? Każde istnienie ma coś z Ciebie, z Boskości i idąc fałszywym tropem myli to z byciem samym bogiem. Dopóki nie zrozumiem, nie doświadczę całym sobą, że ja i Ty jesteśmy Jednym, Jedynym Bogiem będę żył w fikcji. Tyś mnie usynowił, przed założeniem świata, a ja doświadczę swego i Twego synostwa biorąc swój krzyż i umierając na nim. I wówczas będę miał udział w Twojej boskości, w Twoim życiu nie pożądając Twoich praw i wyłączności. Dopiero Krzyż daje zrozumienie, dopiero wzięcie krzyża czyni możliwym trwałe »przebaczenie» dla Twojej boskości. Bo, żeby być bogiem, trzeba żyć tak jak Ty. Żeby Ci przebaczyć trzeba doświadczyć „ceny” Twojego aktu stworzenia mnie. Każdego z ludzi i innych bytów.

Suche łzy
grenadierzy nicości

(D, 262-263)

Dodaj komentarz

Zobacz także:

To Jezus wysłał pierwszego maila

Dziennik z okresu dojrzewania

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code