Świadectwa

Kapłaństwo – kładka nadziei

Kapłaństwo – kładka nadziei

Darek Piórkowski SJ

Tekst poniższy jest próbą refleksji nad tym, jakim kapłanem chcę być dzisiaj, zwłaszcza w kontekście polskiego Kościoła i społeczeństwa. Chociaż staram się w nim nakreślić głównie charakter i jakość formacji przyszłego księdza w relacji do świata, to jednak za kluczowe uważam w tym względzie dwa wymiary kapłaństwa: być przyjacielem człowieka i nieść innym nadzieję. W ten sposób próbuję odzwierciedlić osobistą wizję kapłaństwa, a co za tym idzie, związane z nim pragnienia i plany. W pewnym sensie przemyślenia te leżą też u podstaw mojego zaangażowania na Tezeuszu.

Jak świadczyć o niezmiennych wartościach w świecie, który zmienia się jak w kalejdoskopie? Muszę sobie na to pytanie odpowiedzieć, skoro przygotowuję się do kapłańskiej posługi. Nie mogę z tym czekać do chwili, gdy biskup położy na mnie ręce, przekazując moc sprawowania Eucharystii.

Wstępując przed ośmiu laty do zakonu, nie wiedziałem jeszcze w pełni, co mnie czeka. Bo łatwo wyczytać w mądrych książkach, na czym polega tożsamość kapłana i jakimi cechami winien się odznaczać. O wiele trudniej realizować to powołanie tak, aby go nie wypaczyć i zarazem właściwie osadzić we współczesności.

Między niebem a ziemią

Życie kapłana cechuje swoiste napięcie. Z jednej strony – jak pisze Sobór Watykański II w dekrecie o posłudze kapłańskiej – „duchowni nie mogliby być sługami Chrystusa, gdyby nie byli świadkami i szafarzami innego życia niż ziemskie; z drugiej strony – nie potrafiliby też służyć ludziom, gdyby pozostali obcymi w stosunku do ich życia i warunków”. Jeśli ksiądz zanurzy się po uszy tylko w sprawach tego świata, to o czym będzie świadczył? Jeśli zabarykaduje się za murami klasztoru, kościoła czy plebani – na cóż komu takie świadectwo? Wybierając jedną z tych opcji, przypominałby żołnierza, który strzela na oślep. Każda próba zniwelowania napięcia grozi popadnięciem w skrajność: ksiądz będzie starał się zostać mistykiem albo społecznikiem, zostanie liberałem albo konserwatystą, będzie towarzyszył wiernym „do tańca” albo „do różańca”.

Skrajności są niewskazane. Szkopuł w tym, aby ksiądz nauczył się umiejętnie łączyć te przeciwieństwa, by był pomostem pomiędzy sprawami boskimi a ludzkimi. A każdy most rozpina się pomiędzy dwoma przeciwległymi brzegami. Nie sposób być księdzem, zahaczając się tylko o niebo, a odwracając z niechęcią od świata. Kapłan przypomina umocowaną na ziemi i sięgającą ku górze kładkę, po której inni mają zdążać do Boga. Wszelako będzie to możliwe, jeśli duchowny zdobędzie nie tylko solidną wiedzę teologiczną, ale także trzeźwy stosunek do otaczającej go rzeczywistości. Miarą tej trzeźwości jest, w wielkim uproszczeniu, umiłowanie Boga, człowieka i życia, które czyni z księdza ambasadora nadziei w świecie.

Jeden z moich współbraci mawia, że nie mieszkamy w krainie elfów i hobbitów, choćbyśmy nie wiem jak sobie tego życzyli, lecz między ludźmi. Świata nie tworzą jakieś bliżej nieokreślone moce, lecz ludzie z krwi i kości, w swojej wielkości i nędzy. Stąd także postać tego świata odbija kondycję serca ludzkiego. Nic dziwnego, że jest w nim miejsce na dobro i na zło. Ale jeśli ksiądz ma być świadkiem nadziei, nie może podchodzić do świata wyłącznie jak do wroga, nie może wszędzie węszyć spisku i tropić czających się za każdym rogiem czartów. Ma przede wszystkim wskazywać na dobro i przez jego pryzmat spoglądać na rzeczywistość.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, jak przełożyć te wymagania na nasze polskie realia. Jak odnaleźć się w tej coraz bardziej złożonej rzeczywistości? Jakie aspekty kapłańskiej formacji potrzebują wzmocnienia i przeformułowania, zwłaszcza w odniesieniu do przemian, jakie zachodzą w świecie i społeczeństwie?

Dowartościować odpowiedzialność

Zacznę od sprawy na pozór trywialnej. Warto uświadomić sobie, że od 15 lat cieszymy się w Polsce demokracją, która jednak nadal znajduje się w powijakach. Bo w demokracji ważne są nie tylko reprezentacja i prawo głosu, ale, podobnie jak w religii, aktywne uczestnictwo każdej osoby w życiu wspólnoty.

Czynny udział w demokracji przeciwdziała, by przytoczyć tu myśl Alexisa de Tocqueville’a, naturalnej tendencji człowieka do zamykania się w sobie. Każdy z nas chętnie uznałby się za pępek świata, innych zaś potraktował jak mało ważne uzupełnienie własnej egzystencji. A z demokracją nie da się tego pogodzić.

Chrześcijaństwo ma tutaj wielkie pole do popisu. Życie religijne, przy założeniu, że nie ogranicza się tylko do czterech ścian kościoła, wspiera działalność społeczną, bo zachęca do wychodzenia z siebie, otwiera szersze perspektywy, skłania do podejmowania odpowiedzialności za innych, do zrzeszania się i inicjatywy. Wcześniejszy system utwierdzał ludzi w pasywności, co odbiło się niestety w słabym zaangażowaniu świeckich w życie Kościoła. Dalsze podtrzymywanie takiej bierności mija się z samą istotą ustroju demokratycznego i chrześcijaństwa. Demokracja nie rozwinie się, a życie religijne nie wyjdzie poza opłotki prywatności i zewnętrznych rytuałów, jeśli nie uwzględni się tego żywotnego związku.

Niestety, wśród wielu wiernych do dzisiaj pokutuje przekonanie, że kapłan wskaże im np., na kogo mają głosować, lub będzie rozsądzał za nich, co jest grzechem, a co nie. Taki typ zachowania to relikt z minionej epoki. Z kolei niektórzy duchowni zapominają, że – jak głosi Sobór – „niewiele dadzą ceremonie, chociażby piękne, albo stowarzyszenia, choćby kwitnące, jeśli nie są nastawione na wychowywanie ludzi do osiągnięcia dojrzałości chrześcijańskiej”. Nie jest przejawem dojrzałości, gdy wierni zrzucają odpowiedzialność na księży, a książa chętnie decydują za nich i podejmują działania, które powinni wykonywać świeccy. Czasem mam wrażenie, że za mało mówi się o tym w wychowaniu seminaryjnym.

W gąszczu idei

Czy się na to godzimy, czy nie, Polska już dziś przypomina światopoglądowy „supermarket”. Nie trzeba daleko szukać. Wystarczy pójść do kina i teatru, zajrzeć do internetu, do gazet i na księgarskie półki. Coraz częściej spotykam rówieśników, którzy gubią się w tej pstrokaciźnie poglądów. Przychodzą i pytają: Co wybrać? Co robić, aby nie błąkać się w tym ideowym labiryncie? Gdy w sercu ludzkim króluje niepewność, rośnie popyt na łatwe rozwiązania. Jednocześnie odżywa tęsknota za integralną wizją sensu i własnej egzystencji. Próbując wyjść im naprzeciw, stawiam sobie często pytanie o charakter i treść formacji intelektualnej dzisiejszego księdza, gdyż obrażanie się na świat nic tu nie pomoże. Wycofywanie się, ciskanie zza murów oblężonej twierdzy gromów na napierające zewsząd „nowinki” też na niewiele się zda.

Zamiast ulegać panice i lękom, lepiej pójść po rozum do głowy. W nowej sytuacji kulturowo-społecznej, której nie da się uniknąć, wiara nie wytrzyma próby czasu, jeśli nie uzyska głębszego racjonalnego uzasadnienia. Każdy ksiądz, podług swych talentów i zdolności, musi nauczyć się poznawać i oceniać otaczającą go mieszaninę poglądów. Nie wszystko, z czym się zetknie, to wytwory spętanego ducha. Nie każda myśl człowiecza jest echem wołania z otchłani absurdu. Nie wszystko, co ludzkie, kłóci się z tym, co boskie. Trzeba rozpoznać również przejawy głodu wolności, nienasyconą potrzebę dobra, tęsknotę za pięknem. A często dążenia te nie wyrażają się w czystej postaci, lecz mieszają z różnymi mirażami jak kąkol z pszenicą.

Niemożność dialogu z odmiennymi kierunkami myślowymi bierze się z ich nieznajomości i uprzedzeń, ale także ze słabego ugruntowania osobistych przekonań. Jeśli nie potrafię uzasadnić swojej wiary, jeśli nie odważę się na rzeczową konfrontację z odmiennością, wtedy łatwo działać wedle zasady, że najlepszą obroną jest atak.

Zaintrygowały mnie niedawno słowa Jana Pawła II z dokumentu Pastores dabo vobis: „Trzeba zdecydowanie przeciwstawić się tendencji do zaniżania poziomu studiów występującej w niektórych środowiskach kościelnych, między innymi w wyniku niedostatecznego przygotowania i braków w ogólnym wykształceniu alumnów”. Chociaż teologia stanowi fundament i źródło intelektualnej formacji w seminarium, to wcale nie znaczy, zwłaszcza dzisiaj, że filozofię i tzw. nauki o człowieku należy traktować po macoszemu. Właśnie takie dziedziny wiedzy jak psychologia, socjologia, politologia itd. poszerzają horyzonty i, co ważniejsze, pomagają lepiej orientować się we współczesności. Moim zdaniem należy jeszcze bardziej dowartościować ogólne obycie ze współczesną myślą, uwrażliwić na kulturę i sztukę, tak aby po wyjściu z seminarium nie przestraszyć się wielobarwności świata, a tym samym zrozumieć rozterki dzisiejszego człowieka.

Na pewno w seminariach już się tak w jakiejś mierze dzieje. Niemniej – jak pokazuje doświadczenie – nieraz z powodu przeładowania programu studiów klerycy postrzegają przedmioty humanistyczno-filozoficzne bardziej jako warunek otrzymania święceń, jeśli nie jako kulę u nogi, niż przygotowanie do pracy apostolskiej. Ponadto, suche wykłady odczytywane często z pożółkłych skryptów już dzisiaj nie wystarczają. Myślę, że potrzeba większej ilości konwersatoriów i ćwiczeń, wdrożenia do dyskusji i wymiany poglądów, które uczą samodzielnego myślenia. Naturalnie pociąga to za sobą zmianę w metodzie kształcenia. Ale jeśli się tego nie uczyni, pozostaną tylko wyuczone definicje i formułki, którymi zasypie się chociażby wątpiącego lub poszukującego człowieka, a ten obróci się na pięcie i odejdzie z kwitkiem.

Kuźnia języka

Marny to ksiądz, który chciałby zostać przyjacielem człowieka jedynie za studencką ławą. Jestem przekonany, że wiedza teologiczna i humanistyczna, nawet najszczytniejsza, nie przyniesie za wiele pożytku, jeśli nie zmierzy się w jakiś sposób z doświadczeniem słabości i cierpienia bliźnich. Spotkanie z chorymi umierającymi w hospicjach, więźniami, niechcianymi dziećmi, bezrobotnymi, ubogimi rodzinami przeobraża książkową teorię w prawdziwą mądrość i wytrąca z naiwnego poczucia oczywistości wielu prawd. Takie doświadczenia nieraz drastycznie zmieniają punkty widzenia, wtrącają w ogień krzyżowych pytań, przewracają hierarchię wartości do góry nogami, uczą empatii, solidarności i miłosierdzia. Służba potrzebującym pomaga z większym wyczuciem odgadywać trudności i problemy oraz wyraźniej dostrzegać godność osoby ludzkiej. Podczas praktyki duszpasterskiej wśród uchodźców i wśród ludzi konających więcej zrozumiałem niż w ciągu trzech lat studiów filozofii.

Wiele osób utyskuje dzisiaj nie bez słuszności na stan polskiego kaznodziejstwa. Zresztą sami księża stają nieraz przed poważnym dylematem, kiedy odnoszą wrażenie, że ich słowa trafiają w próżnię. Na ich obronę warto wszakże nadmienić, że nie zawsze brak oczytania czy lenistwo księdza powodują słaby oddźwięk wśród słuchaczy. Nie każdy rodzi się krasomówcą. Św. Jan Vianney uczył się kazania na pamięć przez cały tydzień, a i tak efekt był mizerny. Za to okazał się wspaniałym spowiednikiem. Księża mają różne dary. A recepcja Ewangelii zależy też od gruntu i nastawienia serc, na jakie pada zasiewane ziarno słowa. Oczywiście nie zwalnia to żadnego kaznodziei z trudu szukania nowego języka, który bez wikłania się w nowomowę czy używania waty słownej będzie mógł czytelniej wyrazić tajemnice wiary.

Polacy czytają coraz mniej. Wyobraźnię nasączają bombardujące nas zewsząd billboardy, reklamy i zdjęcia. Z wolna rodzi się inny rodzaj percepcji rzeczywistości. Niepodobna tego pominąć także w głoszeniu kazań. Toteż współczesny język religijny, oprócz solidnej podbudowy teologicznej, musi w swej zewnętrznej formie opierać się na komunikacji, która skupia się na obrazie, intuicji i afektywności. Aby był dostępny i zrozumiały, powinien również wychodzić od „dolin” i bezdroży konkretnej, ludzkiej egzystencji, by następnie wznieść się ku wyżynom boskich tajemnic. By nie ulegał bombastycznym wylewom uczuć bądź spłyceniu, winien karmić się dobrą literaturą, nie mówiąc już o poprawnej polszczyźnie. Z kolei kontakt z ubogimi, w trakcie formacji, jak i po święceniach, może być dobrą kuźnią, w której język religijny uwolni się z okowów nadmiernej abstrakcyjności i hermetyczności. Stykając się ze złożonością ludzkiej biedy, trzeba się też dwakroć zastanowić, zanim ubierze się kazanie w szatę taniego i płytkiego moralizowania.

Starożytni Grecy uważali nadzieję za złudę, która wraz z innymi nieszczęściami wyszła na świat z puszki Pandory. A czym winna być nadzieja dla księdza w świecie, w którym człowiek, jak pisała Anna Kamieńska, „znając wszelkie leki, nie może znaleźć zielska na boleść istnienia”? Sądzę, że przekraczaniem rozdwojenia pomiędzy niebiańską wizją chrześcijaństwa oraz siłami „dzikimi i opętanymi” w realnym życiu (Władimir Sołowiow). Motorem działania, iskrą zapalną ludzkiej twórczości. Wiatrem, który dmie w żagle statku życia i wzywa do wypłynięcia na pełne morze. Walką z wizją człowieka, która widzi w nim jedynie bezduszne monstrum zdolne do wszelkiego okrucieństwa. Wydobywaniem spod zwałów człowieczych iluzji utajonej tęsknoty za dobrem. Byciem z drugim w ubóstwie słów, milczenia, patrzenia, rozumienia po to, by stać się jego bratem i towarzyszem w drodze.

Dodaj komentarz

Tekst ukazał się pierwotnie 15.05. 2004 w „Gazecie Wyborczej”.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code