W stronę dojrzałości

Dojrzałość zakonna i kapłańska

Dojrzałość zakonna i kapłańska

Andrzej Miszk

Jung sytuuje moment inicjacji w tzw. wieku połowy życia, gdy po okresie społecznego przystosowywania się jesteśmy zapraszani do wejścia na drogę rozwoju i realizacji pragnień obiektywnych – indywiduacji. To zaproszenie, któremu towarzyszy dotkliwy kryzys, doświadczanie życiowej pustki i utraty dotychczasowego sensu istnienia, związane jest jednocześnie z koniecznością asymilacji cienia (treści nieświadomych) oraz akceptacji animy (lub animusa) czyli komponenty żeńskiej (lub męskiej). Dla Heideggera doświadczeniem centralnym dającym Dasein szansę uwolnienia się spod dyktatu Się i wejścia na drogę egzystencji właściwej – Sobości, jest trwoga, gdy ‚byty wyślizgują się i rzeczywistość ukazuje się nam jako nicość.

Czym jest dojrzałość? Próba definicji

Gruntowna i całościowa odpowiedź wymagałaby odniesienia się do określonej ontologii, by na niej zarysować filozoficzną antropologię z przenikającą ją teologiczną wizją zakonności i kapłaństwa, dopełniając syntezę danymi psychologii. Zmuszony pójść na skróty posłużę się intuicją językowo-fenomenolgiczną, zakładającą ‚w tle’ gruntowniejszy filozoficzny namysł związany głównie z myślą Martina Heideggera, danymi współczesnej psychologii głębi oraz doświadczeniem osobistej wiary i teologii prezentowanej zwłaszcza przez posoborowe nauczanie Kościoła.

Źródło słów słowa dojrzały odsyła nas do słowa do-jrzeć, czyli dojść do stanu wyraźnej widoczności, najpierw o owocach, zmieniających barwę z zielonej na jaskrawszą, niewidocznych dopóki są zielone wśród zielonych liści. ‚Stan wyraźnej widoczności’ wskazuje na zewnętrzną oznakę jakiegoś ujawnienia się, wyłonienia się z niezróżnicowania innych, pozornie podobnych elementów (zielone liście), ale – jak możemy się domyślić – chodzi tu również o nabycie, obok tożsamości ‚gatunkowej’ (jaskrawość1), cech ściśle indywidualnych jednostkowo, odróżniających (jaskrawość2) jeden owoc od innych. ‚Stan widoczności’ jest przejawem i skutkiem głębszego naturalnego i zdeterminowanego procesu wewnętrznego wzrostu. Przedrostek do- wskazuje zarazem na moment trwania procesu, jak i całkowitość jego skutku, ukończenie. Domyślamy się też – czego owoc nie wie – że dojrzałość owocu jest nie tylko jakimś kresem jego wzrostu, ale też zwykle kresem jego istnienia – owoc albo gnije stając się pokarmem przyrody, albo spożywany jest przez zwierzęta bądź ludzi. Dojrzały owoc i w zasadzie tylko dojrzały może stać się darem dla innych, darem całkowitym. Dojrzewanie oznacza też bytową niesamodzielność – owoc dojrzewając jest wciąż zależny od swych korzeni, sił natury, ogrodnika, itd. Jego istnienie i wzrost są wciąż zagrożone, sam proces wzrostu jest wewnętrznie zdeterminowany, ale nie konieczny. Nie tylko jego istnienie i wzrost są mu dane, ale również niepowtarzalna szansa tożsamości, najbardziej własnej ‚jaskrawości’. Dojrzeć ma również drugie znaczenie ‚podmiotowe’, oznacza bowiem dojść do stanu wyraźnego widzenia: zobaczyć wyraźnie. Zobaczyć coś, co ledwo się jawi w jego bytowej pełni. Można powiedzieć, że zobaczyć wyraźnie to w ogóle zobaczyć, zobaczyć naprawdę. Aby zobaczyć wyraźnie trzeba spełnić nierzadko szereg warunków, zwłaszcza jeśli to ‚coś’ jest trudno dostrzegalne. Zacheusz wspiął się aż na sykomorę, by ujrzeć Jezusa. Zobaczyć wyraźnie zakłada zaangażowanie całego człowieka. Można również nigdy nie zobaczyć, np. w przypadku ślepoty. Jeśli wyraźne widzenie ma być trwałą dyspozycją, trwałym nastawieniem oczu, wymaga spojrzenia niejako nowego, które zawsze widzi wyraźnie, a przynajmniej chce widzieć wyraźnie. A tylko wyraźne widzenie zapewnia kontakt z rzeczywistością. Aby wyraźne widzenie mogło stać się trwałą dyspozycją, to co chcemy zobaczyć najbardziej musi być nie-do-ujrzenia, tak byśmy nigdy i na niczym nie mogli ‚zawiesić’ wzroku, nasyceni dobrą widoczności. Ostatecznie tylko Bóg widzi wyraźnie całą rzeczywistość, jedynie więc dając się ogarnąć Jego spojrzeniu możemy ‚dojrzeć’ rzeczywistość i jej Stwórcę, tak jak sami zostaliśmy ‚dojrzani’.

Życie zakonne i kapłaństwo hierarchiczne w chrześcijaństwie czerpią swój źródłowy sens z osoby Jezusa Chrystusa, można powiedzieć, że są one egzystencjałami upodobnienia do Niego, danymi – jako boskie wezwanie, a przez to zobowiązująca egzystencjalna możliwość – powołanym przez Boga osobom. Istotą ‚zakonności’ – rozumianej jako życie na sposób Jezusa czystego, ubogiego i posłusznego – wydaje się być naśladowanie Syna Bożego w Jego relacji do Ojca w Duchu Świętym w wymiarze jej bezpośredniej jedyności i egzystencjalnej całkowitości inspirowanej pierwszeństwem miłości Boga w Trójcy Przenajświętszej. Natomiast istotą kapłaństwa jest upodobnienie się do Jezusa Chrystusa – Jedynego Kapłana w Jego odkupieńczej ofierze miłości urzeczywistnionej w trynitarnym dramacie krzyżowej męki, śmierci i zmartwychwstania. Zakonna ‚jedyność’ i kapłańska ‚ofiarniczość’ – jako dar Bożej miłości dla Kościoła i ludzi – dopełniają się i urzeczywistniają w zakonnej i kapłańskiej służbie miłości każdej ludzkiej istocie, zwłaszcza najsłabszym i ostatnim (ale też całej rzeczywistości stworzonej), by każdego i wszystko doprowadzić w imię Syna przez Ducha do domu Ojca.

Dojrzałość w powołaniu zakonnym i kapłańskim oznaczałaby więc doprowadzenie do należytego stopnia rozwoju wszystkich swych specyficznie ludzkich możliwości, by móc przylgnąć i umiłować rzeczywistość: samego siebie, innych , Boga, kształtując siebie, z pomocą łaski Bożej, na wzór jedynej i ofiarniczej miłości Jezusa Chrystusa zaofiarowanej bezinteresownie siostrom i braciom. Dojrzałość zakłada wytrwały i wszechstronny nigdy nie kończący się wysiłek integrujący wszystkie wymiary osoby: intelektualny, uczuciowy, duchowy, apostolski i in., a zwłaszcza – szalenie trudną – integrację sfery świadomej i podświadomej, tak by zapewnić spójność, przejrzystość i maksymalną moc w przylgnięciu do Boga i w służbie ludziom.

Aby powyższe próby definicji dojrzałości nabrały więcej „ciała” posłużę się fragmentami jej charakterystyk zebranych przez Dyrka i danych przez Cenciniego, akcentującymi głównie osobowy wymiar dojrzałości. Dojrzałość ludzka „uzewnętrznia się w umiejętnym stawianiu czoła życiu i napotkanym problemom. Osobę dojrzałą charakteryzuje to, że potrafi, pomimo stresów i frustracji, umiejętnie otworzyć się na nową rzeczywistość oraz dostosować się do niej, nie rezygnując przy tym z własnych ideałów i przekonań….Osoby dojrzałe są predysponowane do interioryzacji wartości, czyli takiego przyjęcia tychże wartości, w którym osoba uznaje je za swoje, kierując się miłością do Chrystusa i do wartości jako takich”. Osoba dojrzała to osoba zintegrowana, zakotwiczona w wyraźnym centrum i transcendencji, dzięki czemu cała jej świadoma i podświadoma żywotność – również wszelkie impulsy i namiętności – staje się środkiem i narzędziem do bardziej intensywnego przeżywania centralnej pasji swego życia. „Efektem jest zarys świętego, wzór osoby zintegrowanej, pana swych energii,…, człowieka, którego stać na okazanie czułości i gestów głęboko ludzkich,.., który umie rozpoznawać moce anielskie, jak i diabelskie, i umiejętnie z nimi postępować”

Linearność czy skok? Problem inicjacji wejścia na drogę dojrzałości

Dojrzałość osobowa nie jest zwykłą cechą ‚gatunkową’ człowieka. Wydaje się, że o dojrzałości można mówić dopiero przy spełnieniu pewnych warunków duchowo-psychicznych osoby. Dojrzałość nie jest udziałem każdego, a nawet, można zaryzykować ocenę, że dojrzałość osobowa jest rzadkością. Wskazują na to zarówno sądy świętych i mistyków (np. św. Jan od Krzyża, św. Ignacy), psychologów (C. Jung, G. Allport, i in.), szeroko zakrojone badania określonych grup, takich jak księża i osoby konsekrowane (L.M.Rulla, F.Imoda, J.Ridick). Dojrzałość jest zaproszeniem dla każdego, ale nieliczni z nas efektywnie korzystają z tego zaproszenia. Stąd, zanim przejdę do charakterystyki dojrzałości i służącej jej pracy, zatrzymam się trochę przy problemie, który nazwałem roboczo problemem inicjacji dojrzałości.

W człowieku współistnieją różne egzystencjały. Na użytek tej pracy dwa z nich nazwę w sposób maksymalnie uproszczony: jeden egzystencjałem potrzeb (autonomiczny, ‚wsobny’, zamykający, zubażający, zniewalający, paradoksalnie ‚bezpieczny’, iluzjotwórczy, subiektywizujący, ‚uskończoniony’, itp.), a drugi egzystencjałem pragnień (otwierający, transcendujący, ubogacający, ryzykowny, uwalniający, obiektywizujący, ‚unieskończoniony’, itp.). Jak pisze Levinas „Pragnienie jest dążeniem poruszanym przez Upragnione; rodzi się za sprawą swojego ‚przedmiotu’, jest objawieniem. Potrzeba jest zaś brakiem w duszy i pochodzi od podmiotu”. Do pewnego stopnia – ale tylko pod względem psychologicznym- różnica między pragnieniem a potrzebą może odpowiadać różnicy i napięciu między „ja” idealnym a „ja” realnym, ale w tym drugim przypadku ontycznie zarówno „ja” idealne jak i „ja” realne może pozostawać zakorzenione w egzystencjale potrzeb. Tak więc pisząc o pragnieniu pamiętam, że może dawać ono echo w postaci „ja” idealnego, analogicznie – egzystencjał potrzeby echo „ja” realnego.

Oba egzystencjały są wzajemnie względnie niezależne od siebie. Wyższy hierarchicznie jest egzystencjał pragnień i – w przypadku wejścia na drogę dojrzałości – przejmuje on swego rodzaju asymilacyjną ‚kontrolę’ nad egzystencjałem potrzeb. Na etapie predojrzałym pragnienia i potrzeby istnieją w konflikcie o charakterze albo-albo, cechującym zwłaszcza egzystencjał potrzeb, dla którego utrata możliwości realizacji oddanej kaprysom i naturalnemu przetrwaniu swobodzie jest rodzajem zagłady, stąd jego tak zaciekły i zwykle skuteczny opór. Potrzeba smakuje w swobodzie i spontaniczności, relatywnej lub całkowitej nieodpowiedzialności. W sytuacjach skrajnych, choć wcale nierzadkich (narkomania, alkoholizm, erotomania, pracoholizm, konsumpcjonizm, hedonizm, wizjomania, i wiele innych) potrzeba ‚woli’ doprowadzić egzystencję do wyniszczenia, dotkliwego zniewolenia i degradacji, byle tylko nie utracić pseudokontroli i istnienia według znanej sobie logiki, byle nie być zmuszoną powierzyć się i poddać egzystencjałowi pragnienia. Zaangażowane po stronie potrzeb są ogromne i w dużym stopniu nieświadome moce, tak w indywidualnej nieświadomości jak i zbiorowej (np. heideggerowskie Się – Das Mas, czy niektóre z wymiarów jungowskich archetypów). Potrzeba, zwłaszcza centralna, lęka się niezaspokojenia, szczególnie trwałego, które subiektywnie jest dla niej śmiercią. Moc i ciemność wynikła z jej zakorzenienia w podświadomości tworzy paradoksalną sytuację absolutyzacji potrzeby i jakby ontyczno-moralną rację jej stanowczej i zaciekłej obrony. Potrzeba jako przejaw a jednocześnie wynik ontycznego braku człowieka bezrefleksyjnie wiąże swe moce z iluzją ontycznego dopełnienia, stwarzającego przez swój obecnościowo-całościowy charakter ‚nieodparte’ wrażenie pseudo-Absolutu. A takie ważne i zasadniczo pożyteczne potrzeby jak potrzeba ochrony życia i jego przedłużania stanowią legitymację i zasłonę dymną dla całego roju potrzeb dwuznacznych podpinających się pod „jedynie konieczne i pozytywne” wzmacniają iluzję ich absolutności.

Pragnienie też posiada swą moc i atrakcję, ale czerpie je ono z Upragnionego, który nie narzuca się i nie zniewala. Atrakcja Upragnionego przewyższa atrakcje wszelkich potrzeb, ale proponuje zupełnie inną logikę, dla której umieranie jest prawdziwym procesem życia, a wystawienie się na niechybną śmierć – aktem ufnej miłości. Pragnienie nie niszczy potrzeb, ale je oczyszcza i uwalnia od ciężaru pseudoabsolutyzacji i lęku pseudozagłady. Więcej, dzięki integracji w łożysku pragnienia potrzeby zyskują radosny spokój bezpiecznego – choć nigdy całkowitego – zaspokojenia. Tak więc oferta pragnienia jest niezwykle cenna, ale zwykle nieskuteczna. Dlatego przejście z Egiptu potrzeb do Ziemi obiecanej pragnień często jest niezwykle dramatyczne i związane z ogromnym cierpieniem, lękiem, subiektywnym doświadczeniem śmierci, wyjściem w zupełnie nieznane, jest doświadczeniem utraty kontroli i wydania się w nieznane ręce, w zupełnej ciemności wiary. Bywa, że to przejście inicjacyjne związane jest z radykalnym załamaniem się dotychczasowych struktur psychicznych i światopoglądowych, dotkliwym i długotrwałym doświadczeniem utraty sensu życia, myśli i zamachów samobójczych, osamotnieniem, skrzywdzeniem i niezrozumieniem społecznym, a także nieraz subiektywnym ale realnie i niezwykle dotkliwie doświadczanym przeżyciem utraty wiary (ciemne noce u św. Jana od Krzyża, ‚ateizm’ umierającej św. Teresy od Dzieciątka Jezus).

Jung sytuuje moment inicjacji w tzw. wieku połowy życia, gdy po okresie społecznego przystosowywania się jesteśmy zapraszani do wejścia na drogę rozwoju i realizacji pragnień obiektywnych – indywiduacji. To zaproszenie, któremu towarzyszy dotkliwy kryzys, doświadczanie życiowej pustki i utraty dotychczasowego sensu istnienia, związane jest jednocześnie z koniecznością asymilacji cienia (treści nieświadomych) oraz akceptacji animy (lub animusa) czyli komponenty żeńskiej (lub męskiej). Dla Heideggera doświadczeniem centralnym dającym Dasein szansę uwonienia się spod dyktatu Się i wejścia na drogę egzystencji właściwej – Sobości, jest trwoga, gdy ‚byty wyślizgują się i rzeczywistość ukazuje się nam jako nicość. Klasycznymi przykładami inicjacji w dojrzałość są religijne nawrócenia – św. Paweł, św. Augustyn, św. Ignacy, św. Teresa od Jezusa, św. Edyta Stein – były to zwykle dramatyczne, nierzadko nagłe, poprzedzone dotkliwym bólem lub przeżywane w wielkim cierpieniu przejścia w kierunku Upragnionego. Wierzący widzą w tych – jak i każdych nawróceniach – przejaw miłosiernej łaski Bożej, wielkodusznie przyjętej przez nawróconych. Bywa, że inicjacja nie ma cech spektakularnego dramatu, ale odbywa się w ukryciu – bliska czasowo śmierć najbliższych członków rodziny: obojga rodziców i starszego, jedynego brata Karola Wojtyły na pewno przygotowały obecnego Papieża do inicjacji w dojrzałość. Ewangeliczny, znany powszechnie, przykład bogatego młodzieńca pokazuje też możliwość – tutaj akurat paradoksalnie pomimo wydawałoby się predysponującej i dobrej sytuacji wyjściowej -odrzucenia zaproszenia do inicjacji dojrzałości.

Osobiście jestem sceptyczny w stosunku do skuteczności zaprogramowanego podprowadzania osób pod inicjację dojrzałości. Można, a nawet trzeba to robić, ponieważ w sprzyjających okolicznościach – czyli jakiejś życiowej katastrofy lub, co jest również jakoś możliwe, w forsownym, choć mniej dramatycznym wzroście – ktoś może mieć pewne narzędzia do interpretacji i przemiany, ale zwykle przypomina to próbę uczenia kogoś skakania w przepaść. Dopóki toczy się nauka, sprawy idą lepiej lub gorzej, gdy pojawia się realna przepaść nauka okazuje się bezużyteczna. S. Weil w nieco innym kontekście, ale niezwykle sugestywnie daje opis trudności i warunków oraz swoistą diagnozę sytuacji inicjacyjnej:

„Geniusz jest to – być może – nic innego jak zdolność przemierzania od końca do końca „nocy ciemnych”. Ci, którzy go nie posiadają, stają na brzegu ciemnej nocy zniechęceni i mówią: „Nie mogę; nie jestem do tego stworzony; nic z tego nie rozumiem”.
(Podobnie ci, którzy mówią: „Kocham poezję, ale ile razy próbowałem ułożyć wiersz, był tak zły, że brało mnie obrzydzenie”.)
Oto dlaczego talent jest na ogół biorąc koniecznym – prawie zawsze – praktycznie biorąc zawsze – warunkiem geniuszu. To, że nie stanąwszy jeszcze na brzegu nocy ciemnej dorównało się albo przewyższyło najlepszych w jakiejś dziedzinie (najlepszych współczesnych), jest potężną obroną przeciw wyobrażeniu, że się jest do tego niezdolnym, i przeciw zniechęceniu.”

Inaczej mówiąc do wejścia na drogę dojrzałości jest potrzebny spory, choć trudny do dokładnego określenia, potencjał wysokiego egzystencjalnego ryzyka (i współdziałanie łaski), który – często na drodze dramatycznie przeżywanego kryzysu – umożliwi złamanie dyktatury potrzeb, by wejść na drogę dojrzałości, drogę pragnień ku Upragnionemu.

Charakterystyka niektórych wymiarów dojrzałości i dojrzewanie dojrzałości

Pierwotnie planowałem scharakteryzować osobno niektóre wymiary dojrzałości, by następnie przejść do opisu pewnych praktyk wspierających i pogłębiających dojrzałość. Ale uczynię to niejako jednocześnie, z trzech powodów: 1) będąc w zasadzie przekonany, że wejścia na drogę dojrzałości nauczyć nie można – takie jest również moje osobiste doświadczenie – zajmuję się etapem podążania na drodze dojrzałości (tak też rozpoznaję swój aktualny moment egzystencjalny), już po doświadczeniu inicjacyjnym; 2) dojrzewanie dojrzałości jest procesem dynamicznym, stąd jest prawie niemożliwe oddzielenie owoców od owocowania; 3) moim głównym obecnym filozoficznie usystematyzowanym ‚zapleczem’ rozumienia człowieka jest jego heideggerowska wykładania jako Dasein – jestestwa, bytu przytomnego, określanego poprzez sposób jego egzystowania, jego jak, nie zaś przez istotę, jego co.

Nie zamierzam dać tutaj wyczerpującego i obiektywnego opisu dróg dojrzałości – wymagałoby to dużo wnikliwszej i większej pracy – a charakterystykę niektórych wymiarów przeżywanej dojrzałości – modlitwa, sakramenty, samoświadomość powołaniowa, udział Słowa Bożego, twórczość poetycko-modlitewna – zawierają prace wcześniejsze załączone w Aneksie. Napiszę o kilku sprawach, tak, by zarysować zasadniczy kierunek i atmosferę dojrzewania dojrzałości w kontekście życia zakonnego i kapłańskiego, skupiając się raczej na jego ludzkim wymiarze, zarówno jako najbardziej podstawowym, jak i znanym mi gruntowniej niż stosunkowo krótki okres życia zakonnego, a w przypadku drogi do kapłaństwa, pozbawiany jeszcze niektórych ważnych, konstytutywnych dla niego doświadczeń.

Życie dojrzałe cechuje zasadnicza prostota i jednoznaczność. Można powiedzieć, że żywi się ono Pierwszym Przykazaniem: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swym umysłem, Przykazaniem, którego wykładnią dla jezuity jest pierwsze zdanie Ćwiczeń Duchowych i Fundamentu: Człowiek został stworzony, aby Boga, naszego Pana, wielbił, okazywał Mu cześć i służył Mu – dzięki temu zbawił duszę swoją. Inne rzeczy na powierzchni ziemi stworzone zostały dla człowieka i po to, by mu służyć pomocą w zmierzaniu od celu, dla którego został stworzony. Doświadczenie Boga jako Miłości przenika do głębi i na wskroś człowieka dojrzałego, stanowiąc Moc przemieniającą jego umysł, serce, wolę, ciało, jego świadomość i rosnące obszary oswajanej podświadomości. Owocem całościowego i nieodwracalnego przylgnięcia do Boga jest doświadczanie rzeczywistości – osób, spraw, zadań, przyrody, dobra, prawdy, siebie samego – w coraz większej sile i pełni, w rosnącej jedności z całym Istnienia, a w szczególności przyjmując odpowiedzialność za szczęście każdego człowieka w horyzoncie życia wiecznego z Bogiem. Najważniejszą, a właściwie jedyną miarą relacji osoby dojrzałej do Innych jest ofiarna miłość, której sugestywną wizję daje św. Paweł w Hymnie o miłości.

Człowiek dojrzały we wszystko, co robi angażuje się cały proporcjonalnie do rozpoznanego celu, a każda, nawet najdrobniejsza sytuacja – czy to ‚zewnętrzna’ czy ‚wewnętrzna’ – jest konkretnym wyzwaniem i okazją służby Jezusowi i ludziom. Widzi on wszystko we wzajemnym związku, tak wertykalnie jak horyzontalnie, stąd może czerpać światło i moc dla każdej sytuacji ze swego całościowego związku z Rzeczywistością. Jego horyzont czasowy i jakościowy jest nieskończony, dzięki czemu wiąże każdą chwilę z wiecznością, a każdą rzecz z jej możliwą doskonałością.

Urobiło go cierpienie. Zna możliwe głębie własnego i ludzkiego upadku, podłości i zdrady. Zna siebie i wie, że żyje z Boskiego i ludzkiego miłosierdzia. Doświadczył mocy wewnętrznych demonów, namiętności, autodestrukcji i złudzeń. Liczy się z mieszkańcami własnych i cudzych piekieł. Podejmuje ryzyko ujawniania i oswajania podziemnych mocy w codziennych zmaganiach. Dlaczego? Bo jego pragnienia są wielkie i bez użycia całego swego serca i energii nie zdoła odpowiedzieć na wezwanie Łaski skierowanej do niego. Podświadomość nie tyle jest dla niego przeszkodą, co rezerwuarem mocy, inspiracji, szaleństwa, których chce dla misji, do której jest powołany. Zna siebie w swoich słabościach i talentach, kocha się trzeźwo, z podziwem, sympatią, humorem i współczuciem, umiejąc i lubiąc przebywać w samotności, która jest jakoś zawsze spotkaniem ze sobą w Bogu i Nim samym. Gdy pozwala sobie na słabości, czyni to zwykle świadomie, ze współczucia dla swej natury albo by ujawniać i oswajać podświadome siły albo z konieczności związanych z wykonaniem trudnych zadań, dla których dokonania musi użyć siebie całego, również z tym, co w nim słabe.

Dysponuje dobrze przemyślanym projektem własnego życia, który mobilizuje go do ciągłego wysiłku, stawiania przed sobą nowych i trudniejszych zadań, które stara się realizować z twórczą pasją. Jeśli zależy to od niego – jest zwykle skuteczny w tym, co zamierzył lub co mu polecono (a przyjął to jako własne). Zresztą wszystko, co obiektywnie prawdziwe, dobre i piękne stara uczynić się ‚swoim’ integrując ze specyfiką własnej osoby i powołania. Dysponuje szerokim, wieloaspektowym, wciąż otwartym na modyfikacje horyzontem odniesienia, co w powiązaniu z dużą niezależnością emocjonalną umożliwia mu przekraczanie uwarunkowań bieżących sytuacji i środowisk. Wciąż, coraz lepiej i coraz szybciej się uczy, z wielu źródeł, choć preferuje – zwłaszcza w zakresie intelektualnym i artystycznym – te o najwyższej jakości. Jeśli jest studentem lub pracuje w ‚służbie myśli’ wciąż doskonali swój warsztat i metody pracy, w duchu syntezującej różne źródła poznania mądrościowej kontemplacji. Zbyt ceni czas i wie jak go wykorzystać, by regularnie korzystać z mediów czy rozrywek popularnych, choć umie z nich korzystać dla relaksu i wspólnego dobra.

Rozeznanie, uważność, introspekcja są jego zwykłymi narzędziami pracy, towarzyszą w trakcie i po każdej sytuacji, zadaniu, wydarzeniu, przeżyciu. Dobrze przemyślał i przepracowała swoją przeszłość, i pomimo, że go nieraz męczy i smuci, zachowuje żywy stosunek do wszystkich wydarzeń i osób obecnych w jego historii. Ceni sobie kierownictwo duchowe, ekspercką poradę, radę czy konsultacji z ludźmi, którym ufa. Wie, że nie wie wszystkiego, że może się mylić, że trzeba wybierać coraz subtelniej między dobrym a lepszym. Ostatecznego wyboru zawsze dokonuje sam, świadom, że to on bierze za niego odpowiedzialność. Wie też, że jest coraz więcej spraw, w których coraz mniej może liczyć na kompetentną radę innych. Stąd kolejne źródło dla uznania coraz większej wagi modlitwy. Reflektuje nad swymi pomyłkami i porażkami – nie absolutyzując ich, biorąc za nie zawsze osobistą odpowiedzialność.

Cieszy się ludźmi, dobrze zna ograniczenia swoje i innych, wie, jak sam wiele dobrego zawdzięcza bliźnim i ile od nich się wciąż uczy: rodzinie, przyjaciołom, ludziom bliskim i dalekim, również wrogom. Z pokorą przyznaje się do licznych win i zaniedbań względem swoich sióstr i braci, do swojej niemocy i bylejakości w próbie kochania ich. Stara się wspierać każdego w trudzie życia, cieszy się z sukcesów innych. Umie i lubi nawiązywać głębokie i trwałe relacje, które są zwykle satysfakcjonujące dla obu stron. Kluczem dla jego relacji jest akt ciągłego przebaczania sobie i innym win prawdziwych i urojonych. Nie unika konfliktów, ale zawsze zostawia furtkę dla rozmowy i pojednania. Relacje nie uzależniają go, ani on stara się nie uzależnić innych, świadom, że wolność jest warunkiem prawdziwego szacunku i miłości. Cokolwiek robi zawsze pamięta, że adresatem jego poczynań, nawet pozornie najbardziej odległych: samotnych studiów, lektury, pisania ‚do szuflady’, własnego relaksu, itp., jest zawsze konkretny, nie koniecznie znany człowiek. Nie unika wyrażania uczuć wobec innych, przeciwnie, wie, jak są one ważne i ile jest w nich prawdziwego dobra. Współczuje innym w ich słabości, nałogach, upadkach, i jeśli tylko to możliwe wspiera ich. Wie, że nie jest lepszy. Wie, jak długa wciąż droga przed nim, by nauczyć się prawdziwie kochać na wzór Jezusa. Pragnie tej miłości i z pokorą godzi się na jej słabość.

Ma bogatą i silną uczuciowość, i choć zna swe ograniczenia w tej materii, ceni to bogactwo i umiejętnie korzysta z niego. Jest człowiekiem pasji, człowiekiem wielkich i z trudem okiełznywanych namiętności, stanowiących jednocześnie potężny rezerwuar energii, nad którym zwykle panuje, używając ich do twórczego i wytrwałego wysiłku związanego z wykonywaniem bieżących zadań. Zawsze też dysponuje rezerwami na ‚szczególne okazje’. Wie, że wciąż przygotowuje się do urzeczywistnienia swych możliwości na ‚pełen gwizdek’, zna i ceni stan dobrego uczuciowego transu związanego z wykonywaniem jakichś zadań. Pragnie przeżyć swe życie właśnie w takim dobrym ‚transie’ świętego szaleństwa, jak św. Ksawery, św. Ignacy, Simone Weil i inni Święci. Umie wpływać na innych, ‚porywać’ ich emocjonalnie, ‚władać’ sercami. Jeśli jest mężczyzną może – choć nie musi – mieć dobre, przyjazne, czyste i głębokie relacje z kobietami. Potrafi kochać czysto kobiety i wiele się od nich uczyć. Sam też coraz ufniej odnajduje w sobie ‚kobiece’ cechy – intuicyjność, czułość, troskliwość, nie-logiczność, szczególną wrażliwość na piękno, itd. – i wkomponowuje je w całość swej osobowości. Uczucia stanowią ważny moment jego rozeznania duchowego. Stara się też, aby w każdej sytuacji i wobec każdej osoby jego uczucia były aktywnie obecne.

Ma żywe sumienie, ale zwykle nie moralizuje. Jeśli trzeba ma odwagę i dobre wyczucie, by interweniować, zwłaszcza w sytuacjach naruszenia szczególnych dóbr lub zwyczajnie pilnych. Dobrze radzi sobie z lękiem, ‚nie ma względu na osobę’, wie, że są sytuacje, w których nie będzie mógł liczyć ani na zrozumienie ani akceptację nikogo.

Swoje powołanie zakonne i kapłańskie przeżywa jako wielki niezasłużony dar Boży. Jest głęboko wdzięczny Bogu i szczęśliwy jako zakonnik. Czuje się jakby towarzyszył Jezusowi podobnie jak Jego pierwsi uczniowie. Powołanie czyni go coraz bardziej wolnym, wyzwala w nim coraz większe pragnienia służby Bogu i ludziom. Przeżywa je w duchu Paschy Jezusa – jako ciągłe uczestnictwo w Jego Męce, Śmierci i Zmartwychwstaniu. Mądrość Krzyża jest jego mądrością, głównym kluczem hermeneutycznym wobec siebie, bliźnich i całej rzeczywistości. Jego cierpieniu i trudnościom zawsze towarzyszy pokój i wewnętrzna słodycz, które nie tyle łagodzą ból, ile towarzyszą mu, jakby autonomicznie, choć jest między nimi jakaś tajemnicza więź. Człowiek dojrzały jest – na sposób dany mu przez łaskę Boga – mistykiem. I właśnie jako mistyk przeżywa swoją zakonną ‚jedyność’ i kapłańską ofiarniczość. Jego życie zmierza ku męczeństwu, a nieraz jest męczeństwem. Pożera go gorliwość o dom Pana, pragnie każdego przywieść do Jezusa. Wie, że jest wielkim grzesznikiem i nicością względem Boga, i w pokorze przyjmuje Jego miłosierdzie. W głębi duszy czuje, że każdy napotkany człowiek jest ‚lepszy’ i czystszy niż on, że w każdym mieszka Chrystus. Kościół jest jego Matką i Domem, za który w całości czuję się odpowiedzialny. Wie, że jego powołanie zakonne i kapłańskie jest dla innych, by służyć siostrom i braciom w ich drodze ziemskiej i wiecznej. Jest więc też człowiekiem publicznym, człowiekiem urzędu i służby. Nie uchyla się od tego w małych i wielkich sprawach. Swoje akty i funkcje liturgiczne i sakramentalne, apostolskie i wspólnotowe traktuje odpowiedzialnie, w duchu czci i służby, w pocieszeniu czy strapieniu starając się godnie, twórczo i wiernie wypełniać je, czyniąc coraz bardziej swoimi.

Specyfika jezuickiej dojrzałości

Charyzmat jezuicki nadaje drodze dojrzałości do powołania zakonnego i kapłańskiego cechy specyficzne. Sadzę, że można mówić o jezuickości jako swoistej maksymalizacji czy intensyfikacji wymagań stawianych zakonnej i kapłańskiej dojrzałości, zawierającej się w klasycznym, tak drogim św. Ignacemu Magis! Intensyfikacja, choć w zasadzie dotyczy każdego wymiaru jezuickiej dojrzałości, wydaje się mieć swoje momenty uprzywilejowane. Wymienię kilka: ciągłe i skupione rozeznawanie, uniwersalizm zamierzeń i odpowiedzialności ściśle związanych z misją Papieża, przecieranie nowych szlaków ewangelizacji, twórczy udział w kulturalnej i intelektualnej czołówce Kościoła i świata, udział w najtrudniejszych misjach Kościoła. To co dla innych jest szczytem, dla jezuity ma być początkiem drogi. Czy jest to w ogóle możliwe? Pytamy, spoglądając niepewnie po sobie. Tak, bo nie jest to nasza pomysł, ale Boży zamysł i Bóg daje nam dość łaski do tej intensyfikacji dojrzałości proporcjonalnej do miary każdego jezuity. Myślę, że w najnowszym wezwaniu nas – jezuitów przez Ojca Generała do ‚twórczej wierności’ zawiera się aktualna synteza programu dla naszej jezuickiej dojrzałości. Intensyfikacja winna iść więc ku świętemu szaleństwu, będącemu owocem otwarcia naszych ludzkich głębi na moc i głębię Ducha. Potrzeba nam ducha świętej przygody i zapału, twórczego ryzyka na wszystkich polach formacji i apostolatu, zamierzeń sięgających dalej niż wszystko, co jest obecnie, potrzeba pokornego nonkonformizmu wobec własnych wspólnot przełamującego przeciętne i zamykające zwyczaje. Trzeba wielkiej pracy ducha i intelektu, owocującego twórczym niepokojem, a w niektórych dziedzinach – np. w nauczaniu, kaznodziejstwie, uprawianiu filozofii i teologii – nieomal rewolucji, idącej pod prąd zarówno niektórym tendencjom globalnym i naszej, nieco zasiedziałej, prowincjalnej i strachliwej przeciętności. Potrzeba nam liderów o bogatych i mocnych osobowościach zdolnych do wielkich decyzji, wyznaczania nowych dróg, liderów umiejących głęboko inspirować i efektywnie wymagać, kreślić przejmujące i porywające wizje. Trzeba nam czegoś w rodzaju pawłowego i ignacjańskiego ducha postnowoczesnego heroizmu, który natchniony szaloną miłością Boga ogarnie myślą, sercem, sercem i wyobraźnią naszą całą współczesność.

Myślę, że naszkicowana tu specyfika, nie mająca pretensji do oryginalności, jest możliwym, a prawdę mówiąc – koniecznym składnikiem dojrzewania naszej dojrzałości jako jezuitów. Ta specyfika jest realnym składnikiem postawy i życia wielu dojrzałych i twórczych jezuitów. To jest nasz wkład w dojrzałość ogólnoludzką, zakonną, kapłańską i kościelną.

Uwagi końcowe

Dojrzałość, choć można o niej pisać wiele, jest w gruncie rzeczy sprawą praktyki. Dzięki intensywnej refleksji ostatnich dni nie zrozumiałem może rzeczy całkowicie nowych, ale wzmocniłem i wysubtelniłem swój smak dojrzałości. Dojrzałość jest tajemniczym smakiem przyswajanej Łaski. Dojrzałość czerpie swą moc z głębi ducha, zanurzonego w milczeniu, ciemności i ciszy, przenikanych uspokajającym i oczyszczającym cierpieniem, elektryzowanych radością nieskończonych pragnień. Ktoś powiedział, że człowiek staje się dorosły, gdy wie, że wyjawianie bólu niczego nie zmienia. Można tę myśl pogłębić. Wyjawianie bólu jest jakąś formą niezgody na cierpienie, szukaniem ratunku w jakimś ‚poza’. Ocalenie, a wraz z nim początek dojrzałości przychodzi, gdy wyczerpani wyjawianiem bólu i bezskutecznymi wołaniami o pomoc – jak Hiob – w nic nierozumiejącym milczeniu czekamy na nie wiadomo co, coś gorszego niż śmierć. I wówczas może zostać nam dane ocalenie, zupełnie różne od spodziewanego. Dojrzałość bowiem czerpie swą tajemniczą moc ze wspólnoty losu z Ukrzyżowanym, a inicjuje ją agonia na drzewie Krzyża.

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code