Świadectwa

Gdy myślę o Polsce…

Gdy myślę o Polsce…

Andrzej Miszk

Gdy myślę o Polsce, tracę równowagę, zsuwam się w jakąś przepaść. Otwiera się „nieobjęta ziemia”. To jedno z tych wyzwań, które mnie zupełnie przekraczają. Na Zachodzie trudno być dumnym Polakiem. To znaczy, można, ale po jakimś czasie orientujesz sie, że to nieco zabawne i nikt tego nie traktuje poważnie. Z kraju dochodzą same złe wieści i nie ma za bardzo czym się pochwalić. Dla Zachodu wciąż jesteśmy biedni, politycznie niestabilni, cywilizacyjnie zacofani. Polskość nie jest czymś, co dać może mocne oparcie i łatwą przepustkę do życia wśród narodów świata.

—–
11 w nocy, telefon, zdyszany głos prosi mnie:
– Czy mógłbyś przenocować mnie? Właśnie przyjechałem…
– Ok, spróbuję. Dlaczego nie dałeś znaku wcześniej?
– Nie wiedziałem, czy się przedostanę…
—–
Daleki znajomy z Polski, wyrzucony 4 miesiące temu z Irlandii, kolejny raz próbuje szczęścia. W trakcie rozmowy dowiaduję się, że wszyscy jego polscy znajomi, którzy podobnie jak on zostali przez irlandzkie służby imigracyjne wyrzuceni, zdążyli już wrócić na Zieloną Wyspę, on jest ostatni. Wracali przez lotnisko w Kerry, 400 km od Dublina, które jest dzikim odludziem, ale ma niezaprzeczalny walor: brak komputerowej łączności z Centralą i ludzkich urzędników, którzy wszystkich wpuszczają.
Pomyślałem: Oto Polska właśnie! Może nie najlepiej nam idzie w kraju, ale potrafimy przedzierać się tam, gdzie innym lepiej się udało.

Gdy myślę o Polsce tracę równowagę, zsuwam się w jakąś przepaść. Otwiera się „nieobjęta ziemia”. To jedno z tych wyzwań, które mnie zupełnie przekraczają. Na Zachodzie trudno być dumnym Polakiem. To znaczy, można, ale po jakimś czasie orientujesz sie, że to nieco zabawne i nikt tego nie traktuje poważnie. Z kraju dochodzą same złe wieści i nie ma za bardzo czym się pochwalić. Dla Zachodu wciąż jesteśmy biedni, politycznie niestabilni, cywilizacyjnie zacofani. Polskość nie jest czymś, co dać może mocne oparcie i łatwą przepustkę do życia wśród narodów świata. I to jest naturalne: ranking narodów wyznacza dziś cyfra PKB i stabilne instytucje demokratyczne. Nie twierdzę, że te kryteria są doskonałe, ale sumują one aktywny dorobek społeczeństw w budowaniu wspólnej codzienności, w zakresie tego, co przyziemne, czyli ludzkie.

Myślę, że największym polskim wyzwaniem nie jest nasza relatywna bieda, ale deficyt społecznego zaufania i brak publicznej rozmowy. Czymże są bowiem sprawne instytucje, jak nie właśnie skapitalizowaniem społecznego zaufania i ciągłej rozmowy, która szuka wspólnego w żmudnej konfrontacji sprzecznych interesów i zrozumień. Demokracja jest ciągłą kłótnia, w której jednak można się odwołać do czegoś wspólnego. Dobrobyt jest raczej rezultatem skutecznych demokratycznych instucji. Nie mam politycznej czy ekonomicznej recepty na sukces Polski. Od tego są politycy i ludzi władający sferą interesów. Oczywiście, że jako wyborca będę stanowczo wspierał takie partie jak PO czy – z rezerwą – PiS i sprzeciwiał się populistom z Samoobrony czy postkomunistom z SLD. Wiem jednak, że aby dobrze czuć się jako Polak muszę swoją polską tożsamość poddać próbie konfrontacji i ją przekształcić. Tak jak nie radzimy sobie ze zróżnicowaniem w kraju, tak też słabo sobie radzimy z pluralizmem świata. Trzeba się z nim zmierzyć, nauczyć się pewnego wspólnego kodu kulturowego oraz wspótworzenia skutecznych i twórczych instytuacji publicznych. Wydaje się też, że musimy, nie wyrzekając się jej, zapomnieć nieco o naszej historii. Nie w znaczeniu moralnym, ale funkcjonalnym. Po prostu historyczne wzorce polskości nie mogę wyznaczać funkcjonalnych standardów naszej twórczej obecności w dzisiejszym świecie. Nasze proste i bohaterskie: „Nie”, które było skuteczne, przynajmniej moralnie, podczas zaborów, wojen i komunizmu, obecnie jest hamulcem, czyli postawą zbyt sztywną, zamkniętą, nieadekwatną do zróżnicowanej rzeczywistości.

Ciekawe, że nawet w warstwie językowej polskie Nie (w przeciwieństwieństwie np. do angielskiego, które zwykle precyzuje do czego się odnosi) ma charakter jakbymetafizyczny: jest mocnym zakwestionowaniem czegoś, bez wskazania na granice, których musimy domyślać się z kontekstu wypowiedzi.

Jesteśmy w Polsce, czyli Nigdzie. Tak kiedyś mowiono, gdy Polska nie istniała na mapie świata. Ale myślę, że i dla nas to dobry punkt startowy: by zacząć myśleć, czym ta Polska dla nas jest, jak czujemy się jako Polacy, co chcielibyśmy zmienić. Zapraszam do rozmowy: Gdy myślę o Polsce…

*****
Myślę, że Polska jest przede wszystkim doświadczeniem trudnej miłości. Różni się ona od miłości skierowanej do konkretnej osoby, bo ojczyzna to jakby osoba kolektywna. Ale jeśli miłość jest przyjaźnią, która dobrze życzy ukochanemu (Tomasz), to patriotyzm jest przyjaźnią ojczyzny, dla której chce się dobra dla każdego z rodaków i ojczyźnianej wspólnoty.

Mój osobisty wkład w Polskę buduję przez całość swej egzystencji. Czym lepszym człowiekiem i chrześcijaninem się staję, tym lepiej służę ojczyźnie. Tu jednak chciałbym wydobyć pewne specyficzne rysy, które wynikają z przyjścia z pomocą naszej zbiorowej słabości. Te braki to przede wszystkim: brak zaufania społecznego i efektywności instytucjonalnej, brak konsekwencji i długomyślności w myśleniu i działaniu, słaba zdolność do integrowania różnorodności i zdrowego kompromisu, pewne lenistwo duchowe i intelektualne, skłonność do „chodzenia na skróty”, czyli kombinatorstwo. Dalej: osłabiony szacunek dla prawa i wolności drugiego człowieka, niechęć do państwa, a jednocześnie roszczeniowy stosunek do instytucji publicznych, brak odwagi cywilnej i twórczej, słaba odpowiedzialność za dobro publiczne, prywata i zwykłe chciejestwo. Tych słabości jest znacznie więcej, są one ze sobą powiązane i mają mniej lub bardziej znane przyczyny. Niektóre są szczególną polską własnością, inne bardziej powszechną przypadłością zachodnich społeczeństw. Wszystkie te słabości w różnym stopniu są również moimi osobistymi słabościami, z którymi zmagam się na codzień jako człowiek i Polak. Te polskie przypadłości dostrzegłam nie tylko w naszym życiu publicznym, ale też właśnie w sobie, po prawie rocznym pobycie na Zachodzie.

Jest paradoksem, że Polacy szczycą się swym umiłowaniem wolności – i historia pokazuje, że rzeczywiście umieliśmy uparcie o nią walczyć – ale koncepcja tej wolności jest zbyt uboga, ukształtowana głównie w walce o niepodległy byt państwowy. Wydaje się, że brak nam szacunku do wolności indywidualnej, zrozumienia, że każdy człowiek i wspólnota mogą mieć inną drogę życiową i wyznawać inne niż ja czy my wartości. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do szanowania i uwzględniania racji innych osób. Polska jest raczej krajem kultury autorytarnej, gdzie liczy się tradycja i pozycja w hierarchii, nie wartość indywidualna czy dobry argument. Dlatego tak niewiele jest w Polsce debat na poziomie o ważnych sprawach kraju czy kościoła. Większości z nas szkoda czasu na myślenie i rozmowe, wolimy ten czas poświęcić nawiązywaniu korzystnych dla nas relacji wewnątrz grupy, naszej partii, koterii, mafii, układu.

Postawa szacunku dla wolności własnej i cudzej, wysiłek twórczego przedstawiania własnych racji i rozumienia racji innych osób i grup to pierwsze cechy, nad którymi jako człowiek i Polak muszą pracować osobiście, nie licząc na szczególne wsparcie mojej ojczystej wspólnoty. Szacunek i rozumienie innych związane jest głęboko z zaufaniem wobec osób i instytucji. To zaufanie nie oznacza braku krytycyzmu, ale jest założeniem dobrej woli u każdego z uczestników narodowej wspólnoty. Tę dobrą wolę trzeba weryfikować przez doświadczenie, ale przede wszystkim trzeba ją wzmacniać właśnie poprzez zaufanie, zrozumienie i szacunek.

Odpowiedzialność za własne życie oraz dobro wspólne. Umacniać w sobie i w innych ducha osobistej odpowiedzialności za życie moje, rodziny, miasta, ojczyzny, Euoropy, itd. Czasami jesteśmy tak utrudzeni życiem i rzeczywistością, że zwalniamy się z tej odpowiedzialności na czas jakichś, nieraz na całe życie. Mamy wówczas nadzieję, że ktoś inny będzie tym zbiorowym odpowiedzialnym. Niestety to tylko nasze życzenia. Nie ma zbyt wielu chętnych do dźwigania odpowiedzialności za dobro wspólne. Wydaje się, że wielu z nas chętnie pozbyłoby się odpowiedzialności nawet za własne życie.

Obecny impas polityczny jest w gruncie rzeczy skutkiem deficytu zbiorowej odpowiedzialności. To jest jak w tej anegdocie o 6 Chińczykach przyjaciołach, którzy umówili się na wspólny wieczór, i każdy miał przynieść dzbanek wina. Ale każdy z przyjaciół pomyślał: ja swoje wino oszczędzę, nikt nie zauważy, gdy doleję wody do wspólnego dzbana. Ostatecznie przyjaciele pili wrzątek, doświadczając gorzkości i wstydu z powodu własnej chciwości i egoizmu.

Kształtowanie w sobie postawy odpowiedzialności oznacza przede wszystkim pogłębienie w sobie zrozumienia osobistego daru wolności i wyzwań codziennego życia, nie tylko w wymiarze indywidualnym, ale też zbiorowym. Nie mogę łatwo dyspensować się od osobistego udziału w różnych zmaganiach mojego kraju, oszczędzć własnego czasu i energii dla tylko własnych planów, w płonnej nadziei, że inni zrobią to za mnie. Notoryczne niemyślenie o tym, co mogę zrobić dla swego kraju w konkretnych warunkach w jakich żyję i wobec wyzwań mojej ojczyzny, jest egoizmem wołającym o pomstę do nieba. Sprawy konkretnych zaangażowań każdy musi przemyśleć sam pytając o to w swoim sumieniu. Ostatecznie, jak mówił Norwid: „Polska to nasz zbiorowy obowiązek”.

2006

 

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code